n_ciekawestrony.jpg

Kto najgorszy w rządzie?
 

 -   I L U S T R A C J E   - 


Suren Vardanian

Dom na polanie


 


-  M A G I S T E R I U M  -


Pius XII

Sacramentum ordinis
- O święceniach


 

Naszą witrynę przegląda teraz 1384 gości 
Ilość odsłon od 7 XI 2008 r. .
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter

Hetmani

Przemilczana książka „Hetmani” Weyssenhoffa, ukazująca się dopiero po raz drugi w ponad sto lat od swej pierwszej edycji, to już dziesiąta z serii książek Magna carta, zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści. Więcej...

Doskonałe nabożeństwo do Panny Maryi

Staraniem Wydawnictwa Diecezjalnego i Drukarni w Sandomierzu ukazał się tradycyjny, klasyczny, nieco uwspółcześniony przekład bestsellera - ponadczasowego dzieła św. Ludwika Marii Grignon de Montfort O doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny. Więcej...

Wyprawa po żonę

"Wyprawa po żonę" Korzeniowskiego, ponownie wydana blisko 160 lat po swej pierwszej edycji, to kolejna pozycja serii Magna carta zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX wieku. Więcej...

Pójdźmy za Nim!

Nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego i Drukarni w Sandomierzu ukazała się wyjątkowa książeczka - wizytówka serii Magna carta. To niemal zapomniana - niewygodna, bo katolicka - wiecznie aktualna nowela Henryka Sienkiewicza zatytułowana "Pójdźmy za Nim!". Więcej...

Katechizm św. Piusa X

Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu ma zaszczyt i przyjemność zaprezentować nowe wydanie (4 kolory okładki do wyboru!) wybitnego dzieła świętego papieża - Piusa X - ponadczasowego i ortodoksyjnego katechizmu dla osób dorosłych i młodzieży. Więcej...

Cesarski odstępca

Staraniem WDS ukazała się kolejna książka Louisa de Wohla – już piętnasta! – „Cesarski odstępca” goszcząca – niejako w drodze wyjątku – w arcyciekawej serii brawurowych powieści historycznych o przygodach najwspanialszych świętych. Więcej...

Listy z podróży do Ameryki, t. 1

"Listy z podróży do Ameryki" Sienkiewicza, ponownie wydane w stulecie śmierci autora, to ósma z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX. Więcej...

Listy z podróży do Ameryki, t. 2

"Listy z podróży do Ameryki" Sienkiewicza, ponownie wydane w stulecie śmierci autora, to ósma z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX. Więcej...

O mitrę hospodarską

"O mitrę hospodarską" Jeske-Choińskiego, ponownie wydana w ponad wiek od pierwszej edycji, to siódma z nowej serii - Magna carta - zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i na początku XX. Więcej...

Posłaniec Króla

Nakładem Wydawnictwa Diecezjalnego i Drukarni w Sandomierzu ukazała się długo oczekiwana książka Louisa de Wohla (już czternasta!) "Posłaniec Króla" goszcząca w arcyciekawej serii brawurowych powieści historycznych o przygodach najwspanialszych świętych. Więcej...

Tiara i korona, t. 1

"Tiara i korona" Jeske-Choińskiego, ponownie wydana w ponad wiek od pierwszej edycji, to szósta z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX. Więcej...

Tiara i korona, t. 2

"Tiara i korona" Jeske-Choińskiego, ponownie wydana w ponad wiek od pierwszej edycji, to szósta z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX. Więcej...

Rodzina Połanieckich, t. 1

"Rodzina Połanieckich" Sienkiewicza, ponownie wydana w stulecie śmierci autora, to piąta z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX. Więcej...

Rodzina Połanieckich, t. 2

"Rodzina Połanieckich" Sienkiewicza, ponownie wydana w stulecie śmierci autora, to piąta z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i początku XX. Więcej...

Matka Boża i Jej rodzina

Nakładem WDS ukazała się książka z godnymi uwagi wywiadami z szesnastoma rozmówcami oraz artykułami autorstwa Kajetana Rajskiego o Najświętszej Maryi Pannie, Jej świętach i kulcie oraz Jej bliższej i dalszej rodzinie, a także o siedmiu szkaplerzach. Więcej...

Bez dogmatu

"Bez dogmatu" Henryka Sienkiewicza, ponownie wydane w stulecie śmierci autora, to czwarta z nowej serii książek – Magna carta – zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i na początku XX. Więcej...

Puszcza

Powieść "Puszcza" Józefa Weyssenhoffa, ponownie wydana wiek po pierwszej edycji, to trzecia z serii książek Magna carta zawierającej wielkie i ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i na początku XX. Więcej...

Wiry

"Wiry" Henryka Sienkiewicza (1846–1916), ponownie wydane w stulecie śmierci autora, to druga z nowej serii książek - Magna carta - zawierającej wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i na początku XX. Więcej...

Na polu chwały

"Na polu chwały" Henryka Sienkiewicza, ponownie wydane w stulecie śmierci autora, otwiera nową serię książek - Magna carta - zawierającą wielkie, ważne karty naszej rodzimej literatury, wybitne polskie powieści pisane w wieku XIX i na początku XX. Więcej...

Śmierć i sąd

Lektura tych książek – wydanych ponownie po ponad pół wieku przez WDS – jest niezwykle ważna dla każdego. Seria „Eschatologia” ks. Marcina Ziółkowskiego dotyka bowiem spraw ostatecznych, takich jak: śmierć i sąd, niebo i piekło, oraz koniec świata. Więcej...

Niebo i piekło

Lektura tych książek – wydanych ponownie po ponad pół wieku przez WDS – jest niezwykle ważna dla każdego. Seria „Eschatologia” ks. Marcina Ziółkowskiego dotyka bowiem spraw ostatecznych, takich jak: śmierć i sąd, niebo i piekło, oraz koniec świata. Więcej...

Koniec świata

Lektura tych książek – wydanych ponownie po ponad pół wieku przez WDS – jest niezwykle ważna dla każdego. Seria „Eschatologia” ks. Marcina Ziółkowskiego dotyka bowiem spraw ostatecznych, takich jak: śmierć i sąd, niebo i piekło, oraz koniec świata. Więcej...

Tylko Kościół. Apologetyka

Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnia w Sandomierzu ma zaszczyt i przyjemność zaprezentować w stulecie śmierci autora pierwsze polskie tłumaczenie książki „Tylko Kościół. Apologetyka” dobitnie dowodzącej, że poza Kościołem katolickim nie ma zbawienia. Więcej...

http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/391645baner_Hetmani.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/410401baner_Traktat_o_doskonalym_nabozenstwie.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/890362baner_Wyprawa_po_zone.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/432152baner_Pojdzmy_za_Nim.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/229445baner_Pius_X.JPG http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/657702baner_RCesarski.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/587604baner_Listy_1.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/329658baner_Listy_2.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/830971baner_MitreHospodarska.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/811784baner_poslaniec_krola.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/631027baner_TiaraiKorona1.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/235694baner_TiaraiKorona2.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/669600baner_RPolanieckich2.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/244631baner_RPolanieckich1.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/957404baner_MB_i_jaj_rodzina_czyli_kto.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/206161baner_Bez_dogmatu.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/379606baner_Puszcza.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/635690baner_Wiry.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/945785baner_Na_polu_chwaly.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/689327baner_Smierc_i_sad.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/471952baner_Niebo_i_pieklo.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/330416baner_KoniecSwiata.jpg http://rodzinakatolicka.pl/components/com_gk2_photoslide/images/thumbm/661023baner_Tylko_Kosciol.jpg
 

Król i święty PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
wtorek, 15 grudnia 2009 13:51

Człowiek, którego historię wam teraz opowiem, jest na swój sposób wyjątkiem wśród świętych. Nie dlatego, że był królem, gdyż wielu świętych nosiło ten tytuł. I nie dlatego, że był mądrym władcą, gdyż nie wszyscy mądrzy władcy zostali uznani za świętych. 

Nie dlatego również, że był dobry i wyrozumiały dla swych poddanych, ale dlatego, że i w swoich czasach i obecnie jest powszechnie uważany za najmądrzejszego i najlepszego króla. A wedle słów Woltera, filozofa, który nienawidził monarchii i nie bardzo wierzył w dobro „nie jest możliwe, by człowiek osiągnął większą doskonałość”. 

Kim był ten król, pamięć o którym nadal była żywa w osiemnastowiecznej Francji, państwie, które niemal zapomniało, że można sięgać wyżej niż własna przemyślność?

Był to król Francji, Ludwik IX. Święty Ludwik.

Miał tylko dwanaście lat, kiedy w 1226 roku, zaledwie kilka miesięcy po śmierci świętego Franciszka z Asyżu, zmarł jego ojciec, Ludwik VIII. Król chorował tylko kilka dni. Pół roku wcześniej opuścił Paryż, by walczyć z albigensami, czyli heretykami mieszkającymi na południu Francji, a w drodze powrotnej zapadł na gorączkę. Od początku było dla niego jasne, że nie dotrze do Paryża żywy, wezwał więc do siebie parów i biskupów, którzy przebywali w jego obozie. A kiedy jeden po drugim przyklękali przy jego łożu, kazał im przysiąc wierność swemu najstarszemu synowi oraz, że będą wspierać królową Blankę Kastylijską i służyć jej pomocą w rządach Francją, póki książę Ludwik nie osiągnie pełnoletności. Następnie ci, którzy nie potrafili pisać – a takich było wielu – postawili na dokumencie swój znak, a wtedy król odprężył się i umarł w spokoju.

Wielki był smutek królowej Blanki, kiedy biskup Senlis przekazał jej okropne wieści. Była ona wnuczką króla Henryka II Angielskiego, a wydano ją za mąż za francuskiego księcia, gdy miała zaledwie dwanaście lat. Ale w owych czasach dziewczęta, a szczególnie księżniczki, dorastały szybko, więc już wkrótce Blance wolno było uczestniczyć w posiedzeniach rady, a nawet czasami wypowiadać tam swoją opinię. Kochała bardzo swego męża i gdy tylko było to możliwe, towarzyszyła mu w wyprawach wojennych i dzieliła jego trudy. Była jednak również dobrą matką dla swych dzieci – powiadają, że sama uczyła swego najstarszego syna aż do dwunastego roku życia.

Choć, jak większość Plantagenetów, od których Blanka wywodziła się po matce, miała gorący temperament, posiadała również masę taktu i wiele mądrości. Starała się z całych sił pomagać mężowi, a doświadczenie w sprawach państwowych, jakie zdobyła od czasu swego zamążpójścia, pozwalało jej również pomagać synowi. Znalazła rozsądnych doradców, którym mogła zaufać, a była dość mądra, by korzystać z ich rad. Jednak jej pierwszym obowiązkiem było przeprowadzenie koronacji młodego króla, aby mógł odebrać hołd od swej szlachty.

Król Ludwik VIII zmarł 8 listopada, zaś szlachcie polecono się stawić w Rheims już 29 dnia tego miesiąca. Ten krok zaskoczył – zgodnie z zamierzeniem regentki – większość niezadowolonej szlachty, która zapewne utworzyłaby silne stronnictwo, gdyby dano jej na to czas. Blanka okazała się jednak dla nich zbyt szybka i zaledwie dwadzieścia jeden dni po śmierci swego ojca Ludwik IX został koronowany przez biskupa Soissons. Dzień wcześniej pasowano go na rycerza, po czym czuwał samotnie w katedrze całą noc aż do świtu.

Niesamowite, że w tak krótkim czasie królowa-regentka zdołała poczynić tak wspaniałe przygotowania. Choć jej serce krwawiło z bólu po stracie męża, odsunęła od siebie ten smutek i myślała tylko o tym, jak wielkim niebezpieczeństwem dla jej syna może się okazać zwlekanie z koronacją. I otrzymała nagrodę za swe trudy, gdyż, wedle kronikarza Joinville’a, który towarzyszył królowi na krucjacie „trudno byłoby wyrazić jak wielkie wrażenie zrobiła ta koronacja na ludziach, którzy ujrzeli chłopca o urodziwej twarzy i godnym zachowaniu, wyniesionego na tron zagrożony przez intrygantów, bez żadnego innego wsparcia, prócz matki”. Blanka miała rację. Niezadowoleni panowie nie odważyli się nie przybyć na uroczystość, a podczas samej ceremonii hrabina Szampanii pokłóciła się gwałtownie z hrabiną Flandrii o to, kto po koronacji będzie niósł przed królem miecz. Jednakże królowa Blanka mądrze postanowiła obdarzyć tym honorem hrabiego Boulogne, stryja Ludwika, jednego z najostrzejszych cierni w jego koronie.

Choć matka starannie kształciła Ludwika w sprawach rządzenia państwem i chciała, żeby jak najwięcej dowiedział się o swoich poddanych i królestwie – o tym co uprawia się w której prowincji, które ziemie są dumne z hodowanych tam koni i które miasta utrzymują się z handlu – miał do towarzystwa nie tylko braci, ale i przyjaciół w swoim wieku, z którymi w wolnym czasie mógł się mocować i bawić. Jak było w owych czasach w zwyczaju, szlachta, a nawet zagraniczni książęta, wysyłali swych synów na dwór królewski w charakterze paziów, aby nauczyli się dobrych manier i rycerskiego rzemiosła. Królowa Blanka znana była w całej Europie jako władczyni najbardziej wymagająca w tych kwestiach, dlatego na jej dworze nigdy nie brakowało paziów w różnym wieku, a gdyby wyraziła zgodę na wszystkie prośby, jakie do niej napływały, dwór przeżyłby prawdziwy ich najazd. Pewnego dnia, kiedy siedziała w sali paradnej, wśród tłumu paziów zauważyła nową twarz, jasną i o złotych lokach, jak sam król.

– Kto to jest? – spytała stojącego w pobliżu sługę, a ten wyjaśnił, że jest to Herman, syn Elżbiety Węgierskiej i księcia Ludwika z Turyngii. Słysząc te imiona Blanka wstała i podeszła do chłopca.

– Dobry młodzieńcze – powiedziała. – Twoja matka jest błogosławioną osobą. Gdzie cię ostatni raz pocałowała?

Czerwieniąc się gwałtownie, że sama królowa zwraca na niego taką uwagę, Herman wskazał miejsce na czole, między oczami.

– Ja również cię tu pocałuję – powiedziała królowa, pochyliła się i złożyła na jego czole pocałunek. Reszta paziów przyglądała się temu ze zdumieniem. Nigdy wcześniej nie widzieli swej pani w takim nastroju. Bali się jej raczej, gdyż rzadko z nimi rozmawiała i niejednokrotnie kazała ich chłostać, jeśli zawinili. Również i Ludwik otrzymywał chłostę jeśli próżnował i zamiast tłumaczyć łaciński tekst wyglądał przez wąskie otwory, które wówczas służyły za okna i marzył o galopowaniu konno po równinach. No, ale te chłosty przyniosły efekty. Był chyba jedynym królem w tych czasach, który znał łacinę niemal tak dobrze jak księża. Ludwik był ulubieńcem matki wśród jej siedmiorga dzieci, ale Blanka wcale nie uważała, by był to powód do pobłażliwości. Nauczyła syna ustalać reguły własnego zachowania a potem ich przestrzegać, a także nie słuchać pochlebców, którzy mówią miłe rzeczy i chcą, by zaczął się uważać za większego i lepszego niż inni ludzie, a tymczasem za plecami oskarżają go o wszelkie możliwe występki. Oczywiście jego wrogowie chętnie szerzyli takie plotki i wykorzystywali je dla własnych celów. Ludzi uczciwych i religijnych bardzo smuciło to, co słyszeli o młodym królu, aż wreszcie pewien mnich zdobył dostęp do królowej i napomniał ją co do sposobu, w jaki wychowuje syna.

Blanka wysłuchała go spokojnie, a potem powiedziała:

– Dobrze zrobiłeś przychodząc z tym do mnie. Dziękuję ci za twą odwagę, ale wiedz, że choć król, mój syn, jest dla mnie najdroższą istotą na świecie, jednak, gdyby musiał popełnić grzech, aby ocalić życie, wolałabym raczej zobaczyć go martwego.

Mnich skłonił się na te słowa i nie rzekł nic więcej, był jednak pewien, że to prawda. Ludwik, który był obecny przy rozmowie, wziął sobie do serca słowa matki i w swoim czasie powtórzył je swoim dzieciom.

Lata jakie upłynęły między koronacją a pełnoletnością króla poświęcono na utrzymanie w spokoju wielkich baronów i tłumieniu buntu na południu, gdzie albigensi nadal walczyli pod wodzą Rajmunda, hrabiego Tuluzy. Tę wojnę obie strony prowadziły, jakbyśmy dziś uznali, z wielkim okrucieństwem. Ale w końcu zawarto pokój i królowa Blanka mogła skierować swą uwagę na przyjemniejsze zadania, a mianowicie małżeństwo króla.

Pierwszą kandydatką, jaka jej przyszła do głowy, była Joanna, córka tego samego hrabiego Tuluzy, z którym niedawno toczyła jeszcze wojnę. Dziewczynka mogłaby się wychować na jej dworze i pod jej okiem. No ale czy takie małżeństwo byłoby dla Ludwika szczęśliwe? Miał wprawdzie dopiero piętnaście lat, ale Joanna była jeszcze niemowlęciem i wiele czasu upłynie, nim stanie się dla niego taką towarzyszką, jaką ona sama była dla swego męża. Nie, Joanna, kiedy trochę podrośnie, poślubi któregoś z jej młodszych synów – na przykład Alfonsa. I rzeczywiście tak się stało, a w jej imieniu Alfons został potem nie tylko hrabią Tuluzy, ale i Poitiers.

Blanka rozważała w myślach kandydatury wszystkich wielkich dziedziczek Francji i jedną po drugiej odrzucała. Poszukiwania odpowiedniej małżonki dla młodego króla trwały kilka lat, ale ze względu na wagę tej sprawy królowa nie zamierzała się spieszyć. W końcu wybrała taką, której nic nie można było zarzucić – Małgorzatę, najstarszą córkę hrabiego Prowansji, śliczną, łagodną i dobrze wychowaną czternastolatkę, która już teraz wykazywała rozsądek i stanowczość, czyli cechy, które, jak dobrze wiedziała Blanka, były królowej Francji niezbędne. A poza tym, jak i ona sama, Małgorzata miała w żyłach domieszkę krwi hiszpańskiej.

Jak widzieliśmy, królowa-regentka nigdy nie traciła czasu. Gdy tylko przedyskutowała tę sprawę z Ludwikiem, a ten zgodził się na proponowaną mu narzeczoną, natychmiast na dwór Prowansji, gdzie zawsze pełno było minstreli i wędrownych trubadurów, wysłała poselstwo z prośbą o rękę Małgorzaty. Hrabia był zachwycony propozycją tak wspaniałego małżeństwa dla córki i nie robił żadnych trudności. Posłowie mieli rozkaz przywieźć ze sobą młodą hrabiankę, więc już kilka tygodniu później Małgorzata pożegnała się z rodzicami i siostrami i ruszyła na północ, w górę rzeki Rodan. Ludwik wyszedł jej na spotkanie przed bramy miasta Sens, a następnego dnia zostali sobie poślubieni przez arcybiskupa w wielkiej katedrze. Zaraz potem Małgorzata została koronowana na królową.

Mądra polityka regentki nakazywała jej pokazywać króla poddanym, zabierała go więc na objazdy królestwa, podczas których starała się zaprowadzić pokój między wielkimi panami, albo słuchała skarg ludzi skromniejszego stanu. Wszędzie, gdzie się zatrzymali, szukano ubogich i rozdawano im pieniądze, okazując troskę, do jakiej ci ludzie nie przywykli. Jednak szybko przekonywali się, że młodego króla nie można oszukać za pomocą długich i żałosnych historii. Z pomocą kilku surowych pytań docierał zaraz do prawdy i odsyłał fałszywych żebraków z surową naganą, którą niełatwo przychodziło im zapomnieć. Widok króla zdążającego do kościoła w dni świąteczne powodował, że szli tam również dworzanie i mieszczanie. Niektórych widywano nawet jak pomagali królowi, kiedy mieszał zaprawę murarską i nosił kamienie pod budowę sławnego opactwa w Royaumont, które zaczynano wówczas stawiać. Choć Ludwik bardzo starał się wykonywać wszystkie swoje obowiązki, pod wieloma względami był jeszcze chłopcem i lubił zabawę, co widać wyraźnie z rachunków za konie, ogary, sokoły, a nawet, jakby to nam się nie wydawało dziwne, lwy i jeżozwierze, oraz piękne stroje dla siebie i braci, no i z pensji wypłacanych minstrelom.

Pierwszy akt, jaki Ludwik wydał po osiągnięciu pełnoletności i rozpoczęciu samodzielnych rządów, był niezwykły, jeśli wziąć pod uwagę jak bardzo religijnym był człowiekiem i jak bardzo matka starała się go wychować na prawdziwego syna Kościoła i wroga herezji. Był on mianowicie skierowany przeciw duchowieństwu, które nie przestrzega praw królestwa i nie słucha wyroków sądów. Do jego wydania skłoniło Ludwika postępowanie arcybiskupa Reims, który pokłócił się z mieszczanami i zamknął kościół. Król odmówił mu wsparcia bez starannego rozpatrzenia sprawy i ustalenia, kto ma rację w tym sporze, odmówił również usłuchania wskazówek papieża. Arcybiskup, jak inni ludzie, musiał się poddać procesowi, który zresztą rozstrzygnął się na jego korzyść. Ten czyn pokazał narodowi francuskiemu, z jakiej gliny jest ulepiony ich król. Zrozumieli, że posiada dwie cechy niezbędne wielkim władcom: poczucie sprawiedliwości i odwagę, by przeprowadzić to, co uważa za słuszne. Świat obserwował jego zmagania z arcybiskupem, a potem, kiedy władcy innych krajów spierali się z własnymi wasalami albo między sobą, zwracali się do króla Francji, by ich rozsądził. Nawet Żydzi, tak znienawidzeni i prześladowani w średniowieczu, we Francji chronieni byli przed torturami i śmiercią, choć wydano surowe prawa, zabraniające im pożyczania pieniędzy na wysoki procent, czyli lichwy.

W 1244 roku, pod koniec wojny z Henrykiem III, królem Anglii, Ludwik zachorował, a obawa, że umrze ujawniła wielką miłość, jaką żywili do niego poddani. Na wieść o niebezpieczeństwie w jakim się znalazł, zaczęto modlić się o jego wyzdrowienie, a wszystkie kościoły w Paryżu niemal pękały w szwach. Blanka przyniosła Koronę Cierniową – podobno była to ta sama, którą nosił Nasz Pan w dniu kaźni, a Ludwik kupił ją od Wenecjan – z przepięknej Sainte Chapelle, kaplicy zbudowanej specjalnie na przyjęcie tej relikwii, i położyła ją na ciele nieprzytomnego syna. Złożyła również w jego imieniu ślubowanie, że jeśli przeżyje, weźmie krzyż i ruszy na ratunek Świętego Grobu w Jerozolimie. Ale wszystkie jej łzy, modlitwy i śluby zdawały się iść na próżno, aż w końcu biskupi, którzy czuwali przy królu, stwierdzili, że przestał oddychać i łagodnie skłonili obie królowe do opuszczenia komnaty. Pozostały tam tylko dwie damy, z których jedna, jak to było w zwyczaju, przyniosła chustę, by zakryć twarz króla. Ale druga wyrwała jej tę chustę.

– Nie, to niemożliwe! – wykrzyknęła. – Nie wierzę, że on nie żyje! Żyje na pewno!

A kiedy to mówiła, król nagle otworzył oczy i popatrzył na nią.

– Z łaski Pana Naszego padło na mnie światło ze Wschodu i przywołano mnie na powrót z martwych – wyszeptał. Głośny płacz uradowanych dam sprowadził z powrotem do jego łoża matkę i żonę. Stanęły jednak zdumione w progu, kiedy usłyszały, że nakazuje sprowadzić biskupa Paryża, który czekał w przedpokoju.

– Daj mi krzyż – powiedział król słabym głosem, kiedy biskup wszedł do komnaty.

– Och, nie, nie teraz! Poczekaj, aż wyzdrowiejesz – wykrzyknęła królowa Blanka, rzucając się na kolana przy łożu.

– Nie przyjmę żadnego pokarmu, póki na mej piersi nie spocznie krzyż – odparł król, a biskup mu go podał.

Warunki życia chrześcijan w Palestynie były wówczas gorsze niż kiedykolwiek przedtem. Sułtan Egiptu, chcąc zająć ten kraj, zebrał wielkie mrowie wędrownych, półdzikich arabskich plemion i skłonił je, by otoczyły Jerozolimę od północy. Na pierwsze pogłoski o zbliżaniu się wroga chrześcijanie, którym sułtan Damaszku pozwolił mieszkać w Jerozolimie, uciekli do nadmorskich twierdz. Tu przynajmniej mieli za plecami morze i mogli odpłynąć, jeśli okaże się to konieczne. Wydawało się jednak, że najeźdźcy pragną nie tylko Jerozolimy, ale również chrześcijańskiej krwi, gdyż, kiedy zastali miasto puste, wymyślili plan jak zwabić uciekinierów z powrotem. Zawiesili mianowicie na murach wszystkie chrześcijańskie chorągwie, jakie pozostały tam podczas ucieczki, w nadziei, że zauważą je maruderzy. Niestety ten podły plan się powiódł. Część chrześcijan, która schroniła się na wzgórzach, dojrzała flagi, a wiedząc, że część ich współbraci przysięgła zginąć w obronie Świętego Grobu, doszli do bardzo głupiego wniosku, że widać zdołali odeprzeć wroga. Nie tracąc czasu na rozważanie, czy coś takiego w ogóle było możliwe, posłali reszcie uciekinierów wiadomość, że mogą bezpiecznie wracać do miasta. Wieści przyjęto z okrzykami radości, a ludzie niemal szaleli ze szczęścia. Na próżno kilku co rozsądniejszych ludzi starało się ich przekonać, jak nieprawdopodobne jest przypuszczenie, że wrogowie po prostu się wycofali – rozradowani chrześcijanie nie chcieli słuchać ani tracić czasu. Jednak kiedy tylko znaleźli się w murach miasta, wrogowie, którzy ukryli się na okolicznych wzgórzach, weszli za nimi i wyrżnęli wszystkich w pień. Nie zadowoliwszy się tą rzezią, zniszczyli następnie ołtarze w kościołach i obrzucili wszelkimi przekleństwami, jakie im tylko przyszły do głowy miejsca, które były dla chrześcijan święte i które nawet Saraceni pozostawiali dotąd nietknięte. Wszystko to zdarzyło się podczas choroby króla Ludwika, a kiedy usłyszał o tym papież, nie tracąc ani chwili zwołał radę i poprosił książąt Europy, aby wzięli krzyż i pospieszyli pomścić Jerozolimę. Jego spór z cesarzem Fryderykiem II opóźnił nieco sprawy, ale we Francji wszyscy gotowi byli wziąć udział w krucjacie. W domu postanowiło pozostać tylko kilku młodych szlachciców, leniwych i kochających zabawę, ale na nich Ludwik zastawił pułapkę.

Od dawna było we Francji w zwyczaju, że w każde Boże Narodzenie król dawał swoim dworzanom kosztowne opończe, czyli pięknie haftowane tuniki, a w tym roku ceremonia miała się odbyć w paradnej sali zamku, po pasterce. Migotliwe pochodnie na ścianach dawały niewiele światła, obdarowani widzieli więc tylko błyski złotych nici. Jednakże opończe wydawały się wspanialsze niż zwykle, a młodzieńcy przebrali się w nie dumnie przed udaniem na spoczynek do małych i ciemnych sypialni. A ponieważ, jak zresztą większość Francuzów, kochali stroje, rankiem przede wszystkim zanieśli opończe do okna, żeby zobaczyć jak wyglądają przy świetle dziennym.

Wtedy okazało się, że na ramieniu każdej z nich wyhaftowany jest krzyż – znak krzyżowca.

– Król z nas sobie zakpił – stwierdzili ze śmiechem, a potem okazało się, że nie było wśród krzyżowców odważniejszych rycerzy niż ci próżni, młodzi szlachcice.

Ale oczywiście król nie mógł ot tak sobie pojechać na wojnę, jak zwykły rycerz, a Ludwikowi przygotowania zajęły prawie dwa lata. Musiał dopilnować, aby pod jego nieobecność królestwo było dobrze rządzone, dlatego królowa Blanka ponownie została wyznaczona regentką, powołano też specjalną radę, która miała jej pomagać. Trzeba było zebrać stosowne fundusze na wyprawę, co nie było łatwym zadaniem, i zapewnić armii żywność i konieczne wygody, gdyż Ludwik, tak jak Hannibal, bardzo zważał na dobro swych ludzi. W końcu wszystko było gotowe i 12 czerwca 1248 roku król wraz ze swymi braćmi ruszył do opactwa Saint-Denis, gdzie legat papieski, czyli poseł, podał mu laskę i torbę pielgrzyma oraz sztandar Francji.

Królowa Małgorzata nie zgodziła się zostać w domu, a dwaj bracia Ludwika – Robert, hrabia Artois, i Karol, hrabia Anjou, obaj pechowi, gwałtowni i lekkomyślni – wzięli krzyż razem z królem. Koło Corbeil Ludwik pożegnał się z matką, która wiedziała doskonale, że więcej go już nie zobaczy, i ruszył na południe.

Dwa miesiące później wkroczył do małego miasteczka Aigues-Mortes, które dziś jest niewiele większe niż w dniu, kiedy przez jego wąskie ulice przemaszerowało siedem tysięcy krzyżowców zdążających na wąski, wżynający się w morze pas lądu nazywany Grau Louis, gdzie czekała na nich flota.

Krzyżowcy pożeglowali najpierw na Cypr, gdzie musieli spędzić aż dziewięć miesięcy, gdyż, jak to się często zdarzało podczas krucjat, wybuchły kłótnie pomiędzy książętami i trzeba było całego taktu i stanowczości Ludwika, by ich ze sobą pogodzić. Nie zgadzano się nawet co do miejsca, w którym należy uderzyć, ale w końcu Ludwik zdecydował, że skoro to sułtan Egiptu nakazał atak na Jerozolimę i to on jest faktycznym władcą świętego miasta, będzie mądrzej rozpocząć od podboju Egiptu. W tym celu armia pożeglowała przez morze do Damietty.

Po jednym, jedynym zwycięstwie wszystko zdawało się sprzysięgać przeciw krzyżowcom. Zapomnieli, że Egipt nie przypomina żadnego innego znanego kraju i że wylew Nilu może uniemożliwić przemarsz wojska. Kiedy to wreszcie pojęli, postanowili spędzić lato w Damietcie, a ta decyzja chyba w największym stopniu przyczyniła się do klęski całej wyprawy. W obezwładniającym upale żołnierze stali się leniwi, nie chcieli słuchać rozkazów i przestrzegać dyscypliny. Rabowali wieśniaków, wymuszali od nich pieniądze i zachęceni przykładem swych panów, spędzali całe dnie na jedzeniu i piciu. Zaniedbywali też wojskowe obowiązki i wielu wartowników zginęło na swoim posterunku tylko dlatego, że spali. Ludwik robił co mógł, by powstrzymać taki rozwój sytuacji i początkowo surowo karał winowajców, szczególnie swych rodaków. Szybko jednak przekonał się, że jest bezsilny i nie da rady przywrócić dyscypliny. Winowajców było po prostu zbyt wielu, a zgodnie z zasadami feudalnymi, podlegali wyłącznie swym panom. Następnie bracia udzielili królowi złej rady i spowodowali dalsze szkody. W bitwie pod Mansourah, sprowokowanej nierozwagą hrabiego Artois, zginął on sam, jak również kwiat francuskiego rycerstwa. Ludwik znalazł się w samym środku bitwy i walczył dzielnie, a pod koniec dnia krzyżowcy pokonali Saracenów i odnieśli pozbawione właściwie znaczenia zwycięstwo. Zamiast jednak wrócić natychmiast do Damietty, gdzie znajdowały się wszystkie zapasy, król nierozważnie pozostał na miejscu i pozwolił, by wróg odciął mu drogę powrotu do miasta. Żywność była na wyczerpaniu i wkrótce wojsko zaczęło cierpieć głód, a zaraz potem rozszalała się zaraza. Wszędzie leżeli chorzy i umierający, a król osobiście doglądał ich i modlił się wraz z nimi.

– Nie mogę umrzeć póki nie zobaczę mego świętego pana – powiedział śmiertelnie chory służący Ludwika, a kiedy król to usłyszał, pobiegł do niego zaraz i wziął go w ramiona.

Z upływem czasu robiło się coraz gorzej, a żywności było coraz mniej. Wkrótce za owcę trzeba było zapłacić trzydzieści liwrów, a za krowę osiemdziesiąt. Wielu krzyżowców, niezdolnych dłużej ścierpieć głodu, z własnej woli poszło do obozu Saracenów, a ci z nich, którzy byli gotowi porzucić własną religię i zostać mahometanami, mogli być pewni, że w przyszłości prowadzić będą wygodne życie. Wreszcie, kiedy król wydał właśnie rozkaz powrotu do Damietty, sam również zapadł na zarazę.

„Zostawcie nam króla na zakładnika, a wymienimy Jerozolimę na Damiettę” – tej treści wiadomość wysłali Saraceni do obozu chrześcijan. Panowie francuscy odrzucili te warunki z oburzeniem, ale gdyby zapytano o zdanie zwykłych żołnierzy, zapewne większość armii zgodziłaby się z radością na tę propozycję. W namiotach słychać było narzekania, a ludzie chodzili ponurzy. Dowódcy rozumieli, że odwrót do Damietty należy przeprowadzić natychmiast, bo inaczej wybuchnie bunt. Zamierzali przeprawić Ludwika łodzią po Nilu, razem z resztą chorych, ale król nie chciał o tym słyszeć.

– Moi żołnierze ryzykowali życie w służbie Bogu i mnie, a ja albo poprowadzę ich z powrotem do Francji, albo wraz z nimi umrę w niewoli – oświadczył.

Tej nocy wygłodzona armia rozpoczęła odwrót – król, równie osłabiony jak inni, jechał w straży tylnej, najbardziej narażonej na ataki. O świcie Saraceni uderzyli na siły krzyżowców, a ponieważ chrześcijanie byli słabi, bitwa przerodziła się w prawdziwy pogrom. W ręce wroga wpadł królewski sztandar Francji, nazywany Oriflamme, a także wiele innych sławnych chorągwi. Ludwik i jego bracia, hrabiowie Poitiers i Anjou, zmuszeni byli się poddać.

Czy to z litości, czy z obawy, że śmierć króla uniemożliwi uzyskanie okupu, sułtan wydał rozkaz, aby najlepsi saraceńscy lekarze przejęli opiekę nad Ludwikiem, który powoli zaczął przychodzić do siebie. Bez słowa skargi znosił brutalne traktowanie, na jakie był narażony, a wszystkie swe myśli zwrócił ku zawarciu rozejmu, jednym z warunków którego miałoby być wykupienie z niewoli wszystkich krzyżowców.

– Trzeba uwolnić nie tylko bogaczy, ale i biedaków – powiedział. – Nie opuszczę mojego więzienia póki nie zbiorę potrzebnych pieniędzy.

Dzięki przebywającej w Damietcie królowej Małgorzacie, równie odważnej i energicznej jak sam Ludwik, znaleziono środki na okup. Wieść o wzięciu męża w niewolę była dla niej wielkim ciosem, podobnie jak dla jego matki we Francji. Ale Małgorzata ukrywała swój smutek i chodziła po ulicach Damietty ze spokojną twarzą. Osobiście sprawdzała stan fortyfikacji i zatrudniała do obrony miasta licznych żołnierzy z Pizy i Genui, którzy cieszyli się sławą świetnych wojowników.

– Jeśli Saraceni wedrą się do miasta, rozkazuję wam mnie zabić. Nie chcę dostać się żywa w ich ręce – powiedziała do osiemdziesięcioletniego rycerza, który był jej jedyną strażą przyboczną. Jednakże Damietta nie została zdobyta, tylko sama się poddała, a królowa Małgorzata odpłynęła do Akki, zabierając ze sobą swego małego synka, który urodził się kilka dni wcześniej i został ochrzczony imieniem Tristan, co oznacza „smutek”.

Znamy wiele historii, z których wynika, że prawdomówność i sprawiedliwość króla, a przede wszystkim jego ogromna cierpliwość, zrobiły ogromne wrażenie na Saracenach i spowodowały, że zaczęli go lepiej traktować niż na początku. Ludwik nie przywiązywał wagi do tego, czy będzie żyć, czy umrze. Jak się przekonali, myślał wyłącznie o swoich ludziach.

– Król Franków tak dyskutuje o warunkach pokoju, jakbyśmy to my byli w jego mocy, a nie on w naszej – mówili zdziwieni.

A kiedy nie wykorzystał błędu, jaki popełnili Saraceni przy obliczaniu okupu i zapłacił dziesięć tysięcy funtów potrzebnych do dopełnienia uzgodnionej sumy, patrzyli na niego jak na dziwoląga. Ten człowiek z pewnością musiał być szalony, skoro zachowywał się w ten sposób!

Równie wielką obojętność okazał Ludwik, kiedy groziła mu haniebna śmierć z rąk zwykłego żołnierza.

– Nazwij mnie rycerzem, albo cię zabiję – powiedział do niego pewien mameluk, czyli turecki żołnierz.

– Przejdź na chrześcijaństwo, a wtedy pasuję cię na rycerza, nie wcześniej – odparł Ludwik, a Turka zdumiał jego spokój i pozwolił mu odejść.

Po zawarciu rozejmu król i jego armia nie wrócili do Francji, tylko popłynęli do Ziemi Świętej. Wielcy panowie towarzyszyli im z wielką niechęcią, a kiedy wylądowano w Akce, wzniecili otwarty bunt. Tylko Joinville, seneszal i kronikarz w jednej osobie, który przez dwadzieścia dwa lata był jednym z najbliższych przyjaciół Ludwika, nalegał, aby król nie opuszczał Palestyny, ponieważ konflikty między licznymi muzułmańskimi państewkami w Egipcie i Syrii pozwalały żywić nadzieję, że Jerozolima wpadnie w ręce krzyżowców, a w każdym przypadku obecność armii będzie pomocą dla tutejszych chrześcijan. Król podzielał tę opinię, ale nie mógł zmusić do pozostania swoich baronów, którzy w sierpniu odpłynęli do Francji wraz z królewskimi braćmi.

Przez cztery lata Ludwik samotnie utrzymywał swoją pozycję w Ziemi Świętej pomimo braku ludzi i pieniędzy, gdyż wszyscy europejscy władcy i wielkie miasta, takie jak Wenecja czy Genua, zbyt byli zajęci własnymi sprawami, by mu pomagać. Jedynie matka dochowała mu wierności i wysyłała wszystko, co tylko mogła zdobyć. Król cierpliwie jeździł z miejsca na miejsce, budował mury i wieże obronne – wiele z tych budowli można zobaczyć jeszcze i dziś. Tak jak w czasach młodości, przy budowie Royaumont, tu również sam mieszał zaprawę i układał kamienie. Swoim przykładem zachęcał do pracy innych robotników, opiekował się chorymi, odwiedzał ich i w miarę możliwości wykupywał z niewoli wszystkich chrześcijańskich jeńców w Egipcie i Syrii. Udało mu się nawet – bo aż tak wielka była siła jego dobroci – nawrócić część wziętych do niewoli Saracenów, zawsze też chronił kobiety i dzieci. A choć było to zaskakujące, nigdy nie pozwalał, aby dręczono mahometan, którzy potem powrócili do swojej starej wiary.

W środku tych prac spadł na niego nowy smutek. Zmarła jego matka, królowa Blanka, a we Francji nie było nikogo, kto mógłby zająć jej miejsce i utrzymać w ryzach buntującą się szlachtę. Ludwik poczuł, że jego królestwo go potrzebuje, natomiast chrześcijanie w Palestynie dadzą sobie radę bez niego, ponieważ wykonał pracę, za którą się zabrał i chwilowo byli bezpieczni.

Tak więc, wśród łez i błogosławieństw ludu, w Wielkanoc 1254 roku opuścił Akkę i pożeglował prosto na Cypr.

Pech prześladował go i tym razem. Statek wpadł we mgle na mieliznę i groziło mu zatonięcie. Marynarze i pasażerowie wpadli w panikę, ale król spokojnie udał się na mostek, ukląkł i modlił się póki kapitan, który nakazał sondować dno, nie stwierdził, że choć nie mogą się ruszyć, są jednak na głębokiej wodzie i przynajmniej chwilowo nie grozi im niebezpieczeństwo. Następnego dnia nurkowie zbadali dno okrętu i stwierdzili, że złamał się kil. Wątpiono, by statek zdołał się utrzymać na wzburzonym morzu.

– Musisz opuścić ten statek, panie, ponieważ nie wytrzyma on naporu fal – powiedzieli Ludwikowi.

– A gdyby należał on do was i był pełen cennych towarów, czy byście go opuścili? – spytał król.

– Nie, oczywiście, że nie – odparli natychmiast. – Staralibyśmy się go ratować.

– Więc czemu każecie mi odejść?

– Bo, panie, z wami sprawa jest zupełnie inna. A poza tym musisz myśleć o królowej i swoich dzieciach.

Ale Ludwik pokręcił głową.

– Jeśli odejdę – powiedział – wszyscy, którzy płyną na tym statku – a jest ich pięciuset – wylądują na Cyprze i być może nie będą mieli odwagi ponownie ruszyć w morze, a wtedy Francja utraci ich na zawsze. Dlatego raczej wystawię na niebezpieczeństwo siebie, królową i moje dzieci, niż zgodzę się mieć na sumieniu ich los.

I na tym stanęło. Prowizorycznie naprawiono statek i znów rozwinięto żagle, ale zaraz potem natrafiono na silną wichurę, która, zgodnie z przepowiednią nurków, omal ich nie zatopiła. A gdy tylko morze się uspokoiło, stanęli twarzą w twarz z jeszcze większym niebezpieczeństwem. Jedna z dwórek królowej zostawiła welon swej pani w pobliżu zapalonej świecy. Materiał zajął się ogniem, a jego płonące fragmenty spadły na prześcieradła. Małgorzatę, która wówczas spała, obudził zapach spalenizny. Królowa wykazała jak zwykle wielką przytomność umysłu, wyskoczyła z łóżka i wyrzuciła welon do morza, zaś ogień na prześcieradłach zdusiła rękami.

Od tej pory, przez resztę podróży król osobiście obchodził cały statek sprawdzając, czy wszystkie ognie zostały zgaszone.

Dotarcie do wybrzeży Francji zabrało im dwa albo trzy miesiące, a potem ruszyli powoli z miasta Hyères do Paryża. Ale choć wszędzie witano króla z wielką radością, sam Ludwik był bardzo smutny, ponieważ nie tylko nie zakończył podjętego dzieła, ale stracił również wielu ludzi, zaś innym zgotował ból i cierpienie. Nie myślał natomiast w ogóle o tym, co sam przecierpiał i z jaką cierpliwością i odwagą starał się naprawić swoje błędy. Na szczęście w Paryżu czekało go wiele pracy, która nie zostawiła mu czasu na zamartwianie się, więc wkrótce stał się równie rozsądny i wesoły jak zwykle.

Przede wszystkim zakończył wojnę z Flandrią, a następnie zajął się walkami z Anglią, której król, Henryk II, otrzymał niegdyś ziemie w południowej Francji jako spadek po żonie, Eleonorze Akwitańskiej. Obecnie Anglią władał wnuk Eleonory, Henryk III, który ożenił się z inną Eleonorą, córką hrabiego Prowansji i siostrą królowej Małgorzaty. W owym roku (1254) Henryk musiał przybyć do swych francuskich posiadłości, żeby stłumić bunt, a na wyprawę zabrał ze sobą królową. Kiedy znów zapanował spokój napisał do swego szwagra, króla Ludwika, że bardzo chciałby zobaczyć Paryż i cuda Sainte-Chapelle, o której tyle słyszał od podróżników i w związku z tym prosi o zezwolenie na złożenie krótkiej wizyty na francuskim dworze. Przywiózłby ze sobą królową Eleonorę, jej matkę, starą hrabinę Prowansji oraz dwie pozostałe siostry żony Ludwika, Sanchę, wydaną za jego brata, Ryszarda z Kornwalii, i Beatrycze, hrabinę Anjou. Jego propozycja wszystkich bardzo uradowała.

Rzadko zdarzało się w tych czasach, by spotkała się cała rodzina, kiedy wszystkie dzieci wstąpiły już w związki małżeńskie i opuściły dom rodzinny. Królowa Małgorzata bardzo się ucieszyła, że będzie mogła ich wszystkich znowu zobaczyć i pokazać im swoje dzieci. Zachwyceni byli również mieszczanie paryscy, że po latach w smutku i niepokoju znów będą mieli okazję do zabawy i zgotowali gościom wspaniałe powitanie. Ozdobili domy girlandami z kwiatów, a w nocy ulice rozświetlały setki pochodni – oczywiście nie takie długie i szerokie ulice jakie znamy dzisiaj, ale wąskie i kręte, pełne wieżyczek, szpiczastych dachów i przejść w kształcie łuków. A kiedy księżniczki zasiadły w alkierzu opowiadając sobie wszystko, co się zdarzyło od czasu kiedy jedna po drugiej opuszczały rodzinny zamek w Prowansji, obaj królowie jeździli po Paryżu, a Henryk zobaczył, tak jak o tym marzył, Sainte Chapelle i jej wspaniałe witraże, które możemy podziwiać i dzisiaj, oraz Koronę Cierniową, którą wiele lat temu król przyniósł boso z miasta Sens i złożył tymczasowo w katedrze Notre Dame.

Potem damy i panowie ucztowali razem w Temple, a król Anglii podarował panom francuskim prezenty. Wszyscy byli bardzo radośni i szczęśliwi. Niestety, gdyby dane im było ujrzeć przyszłość, ich oczom ukazałby się widok, który najtwardszych ludzi doprowadziłby do płaczu. W miejscu pałacu zbudowano potem więzienie, z którego król Francji, Ludwik XVI, został wyprowadzony na egzekucję. Kiedy skazaniec stanął u stóp gilotyny, jego oczy spotkały się ze wzrokiem abbé Edgwortha, który stał w wyjącym tłumie.

– Syn Ludwika Świętego wstąpił do nieba – powiedział abbé, kiedy spadło ostrze gilotyny.

No ale oczywiście to miało się wydarzyć dopiero za pięćset pięćdziesiąt lat.

Wynikiem wizyty króla Anglii był pokój, dający Francji wielkie korzyści, w tym cesję Normandii i kilku innych prowincji, w zamian za terytoria na północ od rzeki Garonny, warte zaledwie połowę wartości ziem cedowanych. Poza tym Henryk przyrzekł złożyć hołd ze wszystkich swych ziem. Ludwik był zadowolony z takiego rozwiązania, w przeciwieństwie do baronów, którzy byli zdania, że mógł dostać więcej.

Pozostałe lata panowania Ludwik poświęcił ustanawianiu praw i zaprowadzaniu porządku w całej Francji oraz występowaniu jako rozjemca w sporach między zagranicznymi książętami. Zabronił, podobnie jak wielu innych królów i z równie marnym powodzeniem, pojedynków, i zawsze był gotów wysłuchać swych poddanych. Każdy miał prawo podejść do króla, kiedy siedział pod dębem w lesie Vincennes, albo w swoim ogrodzie, a on albo sam rozsądzał sprawy, albo przysłuchiwał się, jak robią to jego doradcy. Wszystko to opisał nam Joinville, jego przyjaciel. Przy takich okazjach król ubierał się bardzo skromnie w luźny płaszcz bez rękawów, tunikę czy raczej kamizelkę i czapkę z białym pawim piórem. Odwrotnie niż sędziowie w tamtych czasach, bardziej był litościwy dla biednych niż dla bogatych i szlachetnie urodzonych, a największą surowość wykazał w sprawie swojego brata, Karola z Anjou. Karol przez całe życie sprawiał mu wiele kłopotów, ze względu na swą porywczość i nierozwagę. To dziwne, że królowa Blanka, która tak doskonale wychowała Ludwika i była dla niego taka surowa, jego młodszym braciom pozwoliła wyrosnąć na równie nieposłusznych ludzi. No, ale ponieważ wiele czasu spędzała poza Paryżem, być może zmuszona była powierzyć ich ludziom zbyt leniwym, albo zbyt mocno ubiegającym się o łaski, którzy pozwalali chłopcom robić, co zechcą.

Kiedy Ludwik wrócił z krucjaty, wszyscy zauważyli, że stał się jeszcze bardziej oszczędny w sposobie życia niż był wcześniej. Z wyjątkiem wielkich i oficjalnych uroczystości nigdy nie widywano go w szkarłatnych szatach i futrach, z których w młodości był taki dumny, a jadał tylko bardzo proste potrawy. W okresie Wielkiego Postu osobiście karmił biedaków, a poza tym często odwiedzał paryskie szpitale, obmywając rany, a nawet doglądając trędowatych. Mimo to nadal potrafił bawić się i śmiać, gdy usłyszał dobrą historię, zachęcał też przyjaciół, by rozmawiali przy nim równie swobodnie jak wtedy, gdy go z nimi nie było. Nigdy nie przeklinał, a jeśli nadarzyła się okazja, karał ten grzech u innych. Dawno porzucił łowy, nie lubił też gry w kości – ulubionej gry Karola z Anjou – natomiast z wielkim zainteresowaniem obserwował postępy budowy wspaniałych katedr w Amiens, Reims i w innych miejscach we Francji. Zbierał księgi i chętnie zapraszał do pałacu uczonych, a ponadto bardzo interesowała go nauka jego dzieci i w ogóle chciał, żeby z nim przebywały, kiedy to tylko było możliwe. Nalegał, aby jego synowie chodzili razem z nim na Mszę Świętą, dotrzymywali postów i obchodzili kościelne święta. A choć zostawił córki głównie trosce ich matki, pisywał do nich często, kiedy już zostały wydane za mąż, prosząc, by nie zapominały o swych obowiązkach wobec Boga i poddanych.

Smutek zapanował we Francji, gdy król ponownie wziął krzyż, a za jego przykładem jego trzej najstarsi synowie i kilku wielkich panów. Mieszczanie i większość szlachty była głęboko przeciwna nowej krucjacie, ale podczas trzech lat przygotowań wielu dało się przekonać do tej idei. W końcu, w roku 1270, wszystko było gotowe. Król wyznaczył na regentów dwóch ze swoich najbardziej zaufanych doradców, po czym ponownie wziął sztandar Oriflamme z Saint Denis i przyjął laskę i torbę pielgrzyma z rąk legata papieskiego. Tym razem zostawiał na straży kraju nie matkę, a żonę. Ich pożegnanie było smutne, ponieważ Ludwik czuł się znużony ciężką pracą, a Małgorzata wiedziała dobrze, że więcej go już za życia nie zobaczy.

W połowie lipca, armia, która wyruszyła z Aigues-Mortes, wylądowała w pobliżu Tunisu i założyła obóz w ruinach Kartaginy. Ale i tu powtórzyło się to samo co w Damietcie – wróg unikał bitwy, natomiast odciął krzyżowcom zaopatrzenie. W obozie wybuchła zaraza, której jedną z pierwszych ofiar padł książę Jan. Śmierć syna stała się dla króla ostatecznym ciosem – nie miał siły walczyć, gdy choroba złożyła i jego. Wiedział, że nadciąga koniec i przyjmował to z radością. Nim opuścił Francję, uporządkował wszystkie swoje sprawy, teraz natomiast zdołał zapisać kilka wskazówek dla swego najstarszego syna, Filipa, który miał zostać po nim królem. Następnie poprosił o ostatnie namaszczenie i odmówił na głos siedem psalmów pokutnych, po czym ułożono go na posłaniu z popiołu, z rękami skrzyżowanymi na piersiach i tak pozostał w milczeniu aż do godziny trzeciej, kiedy dusza opuściła jego ciało. Dziewięć miesięcy później jego kości przywieziono do Francji i pochowano w opactwie Saint Denis.

– Rzeczą smutną i wartą łez jest śmierć tego świątobliwego księcia – powiadali ci, którzy go kochali.

Andrew i Lenora Lang

Powyższy tekst jest fragmentem książki Andrew i Lenory Langów Święci znani i nieznani.

Czytaj więcej z tej książki:

Pierwszy pustelnik

Róże z Rajskiego Ogrodu

Święty i lew

Łowca strusi

Zmagania świętego Augustyna

Namiestnik German

Mnich Malchus

Święty na słupie

Apostoł Northumbrii

Gołębica Kościoła

Brendan Żeglarz

Odczyniający uroki

Przyjaciel królów

Patronka Szkocji

Królowa Elżbieta

Król i święty

Kaznodzieja ptaków

Biskup Ryszard

Kobieta czynu

Apostoł Japonii

Przedruk tekstu jest możliwy jedynie za podaniem klikalnego źródła.

 
Start Dzieciarnia Dzieciarnia Król i święty
 

GALERIE

DZIECIARNIA