Fenomen Lourdes. Rozdział pierwszy

Odkąd sześć lat temu napisałem ten tekst, miałem szczęście spotkać słynnego francuskiego naukowca, któremu zawdzięczamy jedno z największych odkryć ostatnich lat, a który przeprowadził badania nad Lourdes oraz jego zjawiskami, i usłyszeć, jak komentuje on to, co się tam dzieje. On sam obecnie nie jest praktykującym katolikiem, a ów fakt sprawia, że jego opinie są szczególnie interesujące. Jego wnioski, na tyle, na ile je sformułował, są następujące:

1) Że jak dotąd żadna naukowa hipoteza w sposób satysfakcjonujący nie uzasadnia tych zjawisk. Kiedy mi to powiedział, wyszeptałem słowo „sugestia”. W odpowiedzi roześmiał mi się w twarz, mówiąc, że jest to najbardziej niedorzeczna hipoteza ze wszystkich.

2) Że na ile może stwierdzić, jedyną rzeczą, konieczną dla takich uzdrowień, jakich on sam był świadkiem, czy jakie weryfikował, jest atmosfera modlitwy. Kiedy osiąga ona duże nasilenie, wraz z nią pojawiaj ą się uzdrowienia. Tam gdzie opada, znikają też uzdrowienia.

3) Że skłonny jest sądzić, iż istnieje przekazywanie ożywczej siły albo z żywej wiary cierpiącego, albo od naocznych świadków. Podawał przykład, że jego żona, sama będąc lekarzem, uczestniczyła w czymś takim. Podczas procesji Najświętszego Sakramentu trzymała w ramionach dwuipółletnie dziecko, niewidome od urodzenia. Kiedy monstrancja przechodziła przed nimi, łzy zaczęły biec strumieniami z oczu dziecka, zamkniętych aż do tamtego momentu. Kiedy monstrancja ich minęła, oczy dziecka były otwarte i widzące. Pani X sprawdziła to, machając swoją bransoletą przed dzieckiem, które natychmiast próbowało ją chwycić, ale ponieważ nigdy nie uczyło się obliczać odległości, początkowo mu się to nie udało. Na koniec procesji pani X, która sama opowiadała mi tę historię, miała świadomość niezwykłego wyczerpania, którego nie można było prosto wytłumaczyć. Podsunąłem tę sugestię, tak jak podsunął mi ją naukowiec – sugestię swego rodzaju przekazywania siły witalnej, i nie skomentowałem tego, poza stwierdzeniem, że nie wydaje mi się, aby – przynajmniej zewnętrznie – stało to w sprzeczności z różnymi świadectwami cudów podawanymi w Ewangelii, w których wiara naocznych świadków, podobnie jak cierpiących, wydawała się stanowić tak samo integralną część cudu, jak cnota, która go dokonywała.

W związku z upływem czasu od momentu, gdy tekst ten został napisany dla czasopisma „Ave Maria” – dzięki uprzejmości jego wydawcy został tutaj przedrukowany – nie jest możliwe, abym zweryfikował pisownię nazwisk, które pojawiają się w toku narracji. Robiłem notatki podczas pobytu w Lourdes i w oparciu o nie napisałem moje sprawozdanie. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że mogły się w nie wkraść niewielkie błędy w pisowni, których obecnie nie jestem w stanie skorygować.

***

Pierwszym znakiem, że zbliżamy się do Lourdes, był ogromny, drewniany krzyż wieńczący wierzchołek wzgórza. Jechaliśmy cały dzień w sierpniowym słońcu, posuwając się z warkotem prostymi francuskimi drogami, u stóp ciągnących się bez końca alei, to przez żyzną równinę, gdzie droga po obu stronach była obwałowana, aby zatrzymać wiosenne potoki z Pirenejów, to znowu wspinając się i zjeżdżając z pojawiających się niespodziewanie grzbietów wzgórz. Kilka minut wcześniej wjechaliśmy do Tarbes, miasta katedralnego diecezji, w której leży Lourdes, i tam z powodu małego wypadku mieliśmy przymusowy postój, podczas gdy koła samochodu wyciągano z niewiarygodną pomysłowością z głębokiego rowu, do którego wprowadził je szofer, mając zresztą jak najlepsze intencje. To właśnie tutaj w czarnych oczach, wyniosłych profilach, jasnych kolorach, w zaaferowanym, po dziecinnemu zaciekawionym tłumie, w jego komentarzach, jego śmiechu, jego powadze i jego akcencie Południe ukazywało się niemal w czystej postaci. W Tarbes był to dzień targowy, a kiedy znów ruszyliśmy w drogę, wciąż jechaliśmy wolno, mijając prawie przez całą drogę do samego Lourdes rozciągniętą procesję – wózki i pieszych, woły, konie, psy i dzieci – przybliżając się z każdą minutą do owego pierścienia wielkich, błękitnych wzgórz, które zasłaniały widok na stronę hiszpańską.

Trudno powiedzieć, z jakimi uczuciami jechałem do Lourdes. Jako chrześcijanin nie ośmielałem się zaprzeczać, że cuda się zdarzają. Jako dość pokorny człowiek nie ośmielałem się zaprzeczać, że zdarzają się w Lourdes. Jednak sądzę, że moja postawa aż do tamtej chwili była postawą bogobojnego agnostyka – postawą, jaką w tym szczególnym względzie reprezentuje w istocie większość chrześcijan – to jest chrześcijan, którzy przypominaj ą akurat tę mniej sympatyczną postawę apostoła Tomasza. Słyszałem i czytałem sporo o psychologii, o wpływie umysłu na materię oraz nerwów na tkanki. Zastanawiałem się nad możliwością wzajemnego „zarażania się” żarliwego tłumu. Przeczytałem nieuczciwą książkę Zoli (1) i te rzeczy, w połączeniu z wyjątkową trudnością, jaką znajduje wyobraźnia w uświadomieniu sobie tego, czego nigdy nie doświadczyła – ponieważ, poza wszystkim, cuda są w powszechnej opinii cudowne i dlatego niecodzienne – wszystko to sprawiło, że mój umysł znalazł się w stanie osobliwej obojętności. Wierzyłem? Tak, tak sądzę, ale był to niepewny akt wiary czystej i prostej. Nie był to jednak ani głębszy wgląd, ani prawdziwe przekonanie.

Krzyż stanowił zatem pierwszy przebłysk obecności Lourdes. A dziesięć minut później byliśmy już w samym mieście. Lourdes nie jest piękne, chociaż kiedyś musiało być. Niegdyś było to małe, francusko-hiszpańskie miasteczko, usytuowane w zagłębieniu wzgórz, z bystrym, szerokim, płytkim potokiem – rzeką Gave – przepływającym u jego stóp. Obecnie jest kosmopolityczne i dlatego przeciętne. Kiedy powoli przejeżdżaliśmy zatłoczonymi ulicami – ponieważ właśnie przybywała pielgrzymka narodowa – widzieliśmy niezliczone rzędy sklepów i straganów przycupniętych u podnóża wysokich, białych domów, równie poprawnych, co pozbawionych wyrazu, jak głupi, a dobrze wychowany człowiek. Tu i ówdzie mijaliśmy duży hotel. Tłum wokół naszego samochodu był niemal równie kosmopolityczny, co tłum rzymski. Był w większej części francuski, tak jak tamten jest w większej części włoski, ale znajdowali się w nim też Hiszpanie, mężczyźni i kobiety o żywych twarzach, surowi Brytowie, poważni Teutonowie oraz – bez wątpienia – także Włosi, Belgowie, Flamandowie i Austriacy. Podczas mojego trzydniowego pobytu słyszałem wszystkie języki, jakie byłem w stanie rozpoznać, i wiele innych. Było tam wiele samochodów (obok naszego), powozów, furmanek, tramwajów dzwoniących dzwonkami oraz noszy z chorymi. Wkrótce wysiedliśmy w bocznej ulicy i wyruszyliśmy pieszo do Groty, w gorącym, wieczornym słońcu.

Pierwszą oznaką świętości, jaką zobaczyliśmy na końcu ulicy, kiedy wyszliśmy, było nagromadzenie kościołów zbudowanych na wznoszącym się terenie ponad rzeką. Wyobraźcie sobie najpierw olbrzymi owal otwartego terenu, może dwieście na trzysta metrów, zatłoczony teraz zapracowanymi jak mrówki grupami, otoczony częściowo dwoma długimi, białymi, łukowato wygiętymi ramionami kamiennej konstrukcji, wznoszącymi się równomiernie ku punktowi styku. Po jednej stronie, tam gdzie końce powinny się spotkać, gdyby je przedłużyć, stoi na cokole biały, kamienny wizerunek Matki Bożej w koronie, od dołu na wpół otoczony przez swego rodzaju metalową girlandę, biegnącą łukiem ku górze. Na drugim, dalszym krańcu, owe dwa łukowato wygięte ramiona kamiennej konstrukcji, o których mówiłem, wznosząc się cały czas po stopniach, spotykają się na tarasie. Taras ów stanowi, by tak rzec, środek ciężkości całego założenia.

Tuż nad nim widać bowiem spłaszczoną kopułę kościoła Różańcowego, którego białe drzwi, umieszczone na szerokich schodach, znajdują się poniżej tarasu. Bezpośrednio ponad kopułą jest wejście do krypty bazyliki, a znów ponad nim – drzwi do bazyliki, ku którym sięgają kolejne schody, powyżej zaś – dach samego kościoła ze wznoszącą się nad całością strzelistą, białą iglicą.

Bądźmy szczerzy. Te budynki tak naprawdę nie są piękne. Są ogromne, ale nie robią wrażenia. Są wypracowane i staranne, i białe, ale brak im wdzięku. Nie jestem pewien, w czym tkwi problem, ale sądzę, że to dlatego, iż wydają się być wyprodukowane maszynowo. Są zbyt schludne. Są jak dobrze ubrany człowiek, który nie jest do końca dżentelmenem. Są jak gość weselny, jak hautebourgeoise (2), a nie arystokracja. To wielka szkoda, ale przypuszczam, że nic nie można było na to poradzić, ponieważ zostały wzniesione w bardzo krótkim czasie. Nie ma w nich atmosfery refleksyjności ani odczucia powolnego rozwoju ich charakteru, jak w owych wspaniałych katedrach Amiens, Chartres, Beauvais, które tak niedawno oglądałem. Nie ma nic ukrytego – mówią wszystko, niczego nie sugerują. Nie dają perspektywy wyobraźni.

Nie mówiliśmy do siebie ani słowa. Przeszliśmy ukosem przez ten teren, po drodze oglądając Bureau de Constatations (czyli biuro, gdzie siedzą lekarze), zorganizowane w pobliżu lewego ramienia tarasowatych stopni, i wyszliśmy pod łukiem, tak że kościoły znalazły się po naszej lewej stronie, a po prawej – płynąca rzeka Gave, ograniczona po tej stronie tarasowatą aleją, za nią zaś – rozległe pola.

Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, były trzy dachy piscines (3) na lewo od drogi, zbudowane pod klifem, na którym stały kościoły. Niebawem będę miał o nich więcej do powiedzenia, ale teraz wystarczy zaznaczyć, że przypominają trzy połączone kapliczki, z których każda ma własne wejście. Pomiędzy wejściami znajduje się otwarta, brukowana przestrzeń, gdzie lekarze i kapłani posługują chorym. Ta otwarta przestrzeń jest całkowicie ogrodzona, aby nie wpuszczać tłumu, który stale tam się kłębi. Poszliśmy kilka kroków dalej, utorowaliśmy sobie drogę między ludźmi i padliśmy na kolana.

Nad głową wznosił się klif, u dołu naga, wisząca skała, na górze trawa i wyrastające drzewa, a u podnóża klifu wysoka, nieregularna grota. W grocie tej znajdują się dwa otwory. Jeden, większy, wygląda jak klatka z prętów, za którymi lśni w ciemności ołtarz, widać setkę palących się świec oraz pęki i stosy kul przyczepione do nierównego, skalnego sklepienia. Drugi, zarówno mniejszy, jak i bardziej od nas oddalony, to otwór w klifie, ukształtowany podobnie jak vesica (4). Wciąż rośnie tam trawa z paprociami i słynnym, pnącym się krzewem. A w obramowaniu wejścia stoi Maryja w bieli i błękicie, tak jak stała pięćdziesiąt lat temu, uniesiona może dwadzieścia stóp nad ziemią.

Ach, ten wizerunek! Powiedziałem, „tak jak stała!”. Jednak to nie mogło tak wyglądać, ponieważ z pewnością nawet prosta Bernadeta nie upadłaby na kolana. Wizerunek jest zbyt biały i zbyt niebieski. Jest jak te trzy kościoły, ustawiony wspaniale, ale nierobiący wrażenia, ładny i smukły, lecz pozbawiony wdzięku.

Uklękliśmy tam jednak, nie mając poczucia nierzeczywistości, z rzeką wartko biegnącą za naszymi plecami, ponieważ klęczeliśmy w miejscu, gdzie niegdyś święte dziecko klęczało przed promieniejącą wizją, a nawet z innych jeszcze powodów. Bowiem nawet jeśli ta wizja była, jak mówią niektórzy, halucynacją, czy ten tłum chorych był halucynacją? Czy uzdrowiona noga Pierre’a de Ruddera była halucynacją albo wyleczone rany Marie Borel? Albo czy owe setki bezużytecznych kul były złudzeniem? Czy to wszystko stworzyła subiektywność? Jeśli tak, jakiego większego cudu można się domagać?

A było coś jeszcze. Kiedy bowiem później, w Argelès, przebiegałem myślą ten dzień, byłem w stanie sformułować niezwykłe wrażenie, jakie wywarło na mnie Lourdes. Wszystko było tam nieprzyjazne mojemu spokojowi – nieprzeliczony tłum, uciążliwe gorąco, kurz, hałas, zmęczenie. Było rozczarowanie kościołami i wizerunkiem. Była cierpka obcość tego miejsca i doświadczenia. A jednak nie czułem się ani zmartwiony, ani przygnębiony, ani zirytowany, ani rozczarowany. Zdawało mi się, jakby panował tam jakiś wielki, życzliwy wpływ, kojący i przyjemny, spoczywający nad wszystkim jak wspaniałe, letnie powietrze, uspokajając i stymulując. Nie mogę tego lepiej opisać. Mogę jedynie powiedzieć, że tak naprawdę podczas owych trzech dni to poczucie nigdy mnie nie opuściło. Oglądałem obrazy, które gdzie indziej zasmuciłyby mnie – widoczne niesprawiedliwości, pewne rozczarowania, rozwiane nadzieje, które niemal złamałyby moje serce. A jednak ta wielka Moc była wszędzie, aby godzić, koić i uspokajać. W końcu wyjazd z Lourdes był jak opuszczenie domu.

Po kilku minutach spędzonych przed Grotto wspięliśmy się na wzgórze za nią, aby uzgodnić kwestię mojej Mszy świętej nazajutrz, a wsiadłszy znów do samochodu, przemieściliśmy się powoli zatłoczonymi ulicami i szybko wiejskimi drogami, aż do Argelès, odległego o niecałe dwadzieścia kilometrów.

Ks. Robert Hugh Benson

(1) Epitet ten jest przemyślany. Zola relacjonuje w swojej książce Lourdes historię wymyślonego przypadku dziewczynki cierpiącej na gruźlicę, która jedzie z pielgrzymką do Lourdes i zostaje pozornie wyleczona ze swojej choroby. Jednak w drodze powrotnej do domu choroba ponownie atakuje. Przypadek ten wydawałby się zatem jednym z tych, w których dzięki gwałtownemu podnieceniu i samej sile sugestii następuje czasowa poprawa, a nie trwałe ani nadprzyrodzone wyleczenie. Czy można uwierzyć, że szczegóły tej historii, wszystkie zrelacjonowane z wielką pedantycznością i zaobserwowane przez samego Zolę, zostały wzięte z rzeczywistego przypadku, który wydarzył się podczas jednej z jego wizyt – wszystkie szczegóły oprócz nawrotu? Nie było nawrotu, wyleczenie było całkowite i trwałe. Kiedy później doktor Boissarie pytał autora o rzetelność tego środka literackiego, mówiąc, że jak rozumie, on [Zola] twierdził, iż przybył do Lourdes w celu przeprowadzenia obiektywnego artystycznego śledztwa, Zola odpowiedział, że postaci w książce są jego własne i że może sprawić, aby robiły, co się jemu podoba. Na takich zasadach zbudowana jest ta książka. Należy dodać, że Zola śledził ten przypadek i kontaktował się z miraculée długo po tym, jak okazało się, że jej wyleczenie jest trwałe, a zanim ukazała się jego książka – przyp. aut.
Miraculée (fr.) – osoba cudem uratowana, tu: osoba uzdrowiona.

(2) Haute-bourgeoise (fr.) – burżuazja.

(3) Piscines (fr.) – basen, sadzawka do ablucji.

(4) Vesica (łac.) – pęcherz.

Powyższy tekst jest fragmentem książki ks. Roberta Hugh Bensona Fenomen Loudes.