O mitrę hospodarską. Rozdział jedenasty

Był już późny wieczór, kiedy Łaski pożegnawszy się z wesołą kompanią, wrócił do swojej gospody. Tu dowiedział się od pacholika, który trzyma straż przed jego mieszkaniem, że jakiś pan czeka na niego od godziny.

– Nie powiedział przezwiska? – zapytał.

– Mówił jeno, że przychodzi z zamku.

W izbie Łaski zastał siwiuteńkiego staruszka, siedzącego przy stole z książką w ręku. Jedwabne suknie, złoty łańcuch rycerski na szyi i bogate pierścienie na palcach oznajmiły mu w nieznanym gościu jakiegoś dygnitarza.

Staruszek był tak zaczytany w mowach Cycerona, które Łaski woził wszędzie z sobą, że w pierwszej chwili nie zauważył wejścia gospodarza. Dopiero kiedy wojewodzic głośno chrząknął, wolnym ruchem sędziwych lat podniósł głowę i nie ruszając się z krzesła przypatrywał się urodziwemu młodzieńcowi zdziwionym wzrokiem.

– Gdybym nie wiedział, że owi niewdzięczni Węgrowie zamęczyli pana wojewodę Hieronima Łaskiego – odezwał się po jakimś czasie po polsku z cudzoziemskim akcentem – mniemałbym, iż jego to widzą moje stare oczy.

– Wasza miłość znałeś mojego rodziciela?

– Nie tylko znałem pana wojewodę, ale takoż jego stryja, a waszej miłości dziada stryjecznego, księdza Jana Łaskiego (1), z którym posłowałem do Wenecji.

– Nie mylę się, że to łaskawa fortuna sprowadziła Mnie (2) z panem Ludwikiem Decjuszem? (3)

– Ludwik Jost Decjusz, wielkorządca krakowski, do usług waszej miłości – rzekł starzec podnosząc się z krzesła.

Z wielką skwapliwością Łaski ujął rękę gościa, którego nazwisko rozsławione uczonymi dziełami nie było mu obce.

– Znając znamienitego autora De Sigismundi regis temporibus z wielkości imienia, ze sławy, z czci i znacznych w Polsce zasług, lubo facie ad faciem (4) nieznajomy, poczytuję sobie dzisiejszy dzień za bardzo szczęśliwy i proszę o miejsce tak w łaskawym waszej miłości sercu, jak i w jego respekcie – mówił ze szczerą uprzejmością.

– Miejsca w sercu nie poskąpię synowi przyjaciela – odrzekł Decjusz z uśmiechem dobrotliwym – ale czy takoż respektu, nie wiem jeszcze.

Uprzejmy wyraz twarzy Łaskiego zmienił się w jednej chwili w twardą, chłodną obojętność, która nie zachęcała do poufałej mowy.

Spostrzegł to Decjusz, przeto odezwał się siadając znów na krześle.

– Uraziłem waszą miłość? Może mnie wyzwiesz na rękę albo każesz swoim pachołkom wyrzucić na ulicę? Nie wolno, młody panie, albowiem przychodzę jako poseł, a godność poselską szanują nawet barbarowie. Siadaj, wasza miłość, i słuchaj uważnie.

Łaski zajął miejsce naprzeciw starca, wydąwszy pogardliwie wargi. Domyślił się, z czym wielkorządca krakowski przyszedł do niego, i wcale nie miał ochoty uważnie słuchać jego poselstwa.

A Decjusz mówił:

– Wasza miłość wiesz, że król jegomość ma przymierze z Turkiem i Wołoszynem?

Łaski milczał.

– I wiesz takoż, że moc turecka następuje na nasze głowy, że niewygodne sąsiedztwo zuchwałego półksiężyca, co rok bliższe, już w nasze wrota zagląda? Pokój z nim niepewny; gdy czas lada który upatrzy, rzuci się na nas, nieprzygotowanych do wielkiej wojny.

Łaski nie odpowiadał, niecierpliwie bębniąc palcami po stole.

– Dzikiej bestii, szukającej, kogo by pożarła, nie trzeba drażnić, jeśli chce się mieć spokój, a wasza miłość drażnisz ową bestię turecką jak nierozważne chłopię drażni złośliwego psa słabiuchną gałązką.

– Czy słabiuchną gałązką, zobaczymy, gdy wrócimy z wyprawy – odezwał się teraz Łaski podkręcając wąsa. – Dziką bestię, która szuka, kogo by pożarła, trzeba spętać, wziąć na łańcuch, skopać zwycięską stopą.

– W ustach prostackiego rycerza, który nie widzi, nie rozumie nic nad koniec swojego bezmyślnego miecza, nie zdziwiłaby mnie taka mowa, ale w ustach waszej miłości? Wasza miłość polerowałeś, ćwiczyłeś nie tylko ramię, ale i rozum, dowcip; od waszej miłości król jegomość ma prawo żądać statecznego rozsądku i dobrego baczenia.

– Statek (5) i rozsądek są ozdobą siwych bród, mnie zaś jeszcze daleko do sędziwości – mówił Łaski, obrzucając szyderczym wzrokiem bezwzględnej młodości zwiędłą postać starca. – Jako mąż uczony w historiach, powinieneś wasza miłość wiedzieć, że do dzieł śmiałych, wielkich jest zawżdy tylko młodość pochopna a sposobna.

– Wasza miłość nazywasz ową swoją imprezę wielkim dziełem?

– Nie widzę w mojej imprezie zgoła nic szkodliwego dla Rzeczypospolitej, owszem, pożytek w niej widzę i sławę, i lepsze zabezpieczenie ścian południowych. Nie będzie tak zuchwałą potęga turecka, gdy się przekona, iż garstka żołnierzy z sercem potrafi stawić czoło silnym kupom niesfornego hultajstwa. Jeśli uda się moja wyprawa, jeszcze mi król i senat pięknie podziękują i zaszczytnie wynagrodzą moją fantazję kawalerską.

– A jeżeli się nie uda? – zauważył Decjusz.

– Jeno tchórze myślą o niepowodzeniu.

– Chwali się waszej miłości, że ufasz swojej sile i swojemu dowcipowi, jednak losy wojny spoczywają w ręku Boga.

– I w mieczach walecznych, prowadzonych przez dobrego hetmana.

Decjusz milczał dłuższy czas, spoglądając na Łaskiego niechętnym wzrokiem. Było tyle uporu w głębokiej pionowej bruździe, która utworzyła się na samym środku czoła młodego magnata, tyle stanowczości w jego zaciśniętych ustach, iż zwątpił o pomyślnym skutku swojego poselstwa. Zrozumiał, że miał przed sobą jedną z owych natur gwałtownych, niepohamowanych, do których słowo rozwagi nie znajdzie nigdy drogi, które słuchają tylko podszeptów własnej fantazji, głuche na wszelkie przestrogi, chociażby one pochodziły od samego Boga.

Nie zostawało mu nic innego, jak wykonać poselstwo, z którym przyszedł.

– Pan kanclerz Ocieski byłby bardzo rad z odwiedzin waszej miłości – rzekł.

– Panu kanclerzowi tak daleko do mojej gospody, jak mnie do jego dworu. Chce mnie pan Ocieski widzieć, niech przyśle swojego dworzanina i zapyta, czy go przyjmę – odpowiedział Łaski.

– I nasz pan najmiłościwszy chciałby mówić z waszą miłością.

– Królowi jegomości powiedz wasza miłość, że sam do niego trafię, gdy będzie z czym.

– Czy to ostatnia odpowiedź waszej miłości?

Podnosząc się Łaski schylił głowę.

– Dlaczego upiera się wasza miłość przy tej imprezie? – zapytał jeszcze Decjusz.

– Chociażby dlatego, że się tak Łaskiemu podoba – odpowiedział opryskliwie wojewodzie.

Z trudem, jak po dokonaniu ciężkiej pracy, dźwignął się Decjusz z krzesła. Jego drobna, sucha postać zdawała się jeszcze mniejszą, jego zwiędła, pokryta siecią zmarszczek twarz jeszcze starszą. Znużyła go rozmowa z butnym paniczem.

Wziąwszy ze stołu czarny, aksamitny beret ozdobiony białymi, strusimi piórami, szedł wolnym krokiem ku drzwiom. Przed samym progiem odwrócił się i, spojrzawszy na Łaskiego wzrokiem pełnym wyrzutu, odezwał się z goryczą w głosie:

– Chociażby dlatego, że się tak Łaskiemu podoba… A jutro będzie się podobało panu Zborowskiemu wypowiedzieć wojnę Tatarzynowi, pojutrze panu Górce wtargnąć ze swoimi chorągwiami w granice śląskie, za tydzień Tarnowskiemu rzucić się na Węgry, za miesiąc panu Myszkowskiemu iść na Morawę i tak dalej.

– Niech sobie każdy czyni, co mu się zda być dobrym – rzekł Łaski – albowiem wolność jest klejnotem przewyższającym wszystkie bogactwa i splendory królestw.

– Niech sobie każdy czyni, co mu się zda być dobrym, nic nie pomnąc (6) na dobro pospolite… Niech ta Rzeczpospolita, ta łódź, w której wszyscy płyniemy, naszym samowolnym bieganiem rozkołysana, ginie, tonie, byleby zuchwalsi spomiędzy nas dostawali zaszczytów, złota i głośnego imienia… Wasza miłość to mówisz, wasza miłość, który jako mąż uczony w piśmie wiesz bardzo dobrze, że bez karności, bez dyscypliny rozpaść się musi każde królestwo? Jak gdy obręcze z beczki spadają, a nikt ich nie przybija, wszystko się rozsypuje, tak i w tym naszym królestwie rozsypuje się zwierzchność królewska, bo zamiast ją wzmacniać, odrywa z niej każdy, co może. Co dzień dostojeństwa królewskiego ubywa, a ludzkiej śmiałości i nadętości przybywa. A gdy głowa osłabnie, niedługo i członki ustaną.

– Nie dziwno mi, że wasza miłość nastajesz na naszą złotą wolność, którą caetera regna christianitatis superamus (7), albowiem pochodząc z ziemi, gdzie panują różne od naszych obyczaje, , nie rozumiesz naszego przyrodzenia. Gdybyś był Polakiem z krwi, wiedziałbyś, że lepiej jest mori retenta libertate, vivere serviliter (8) – zauważył Łaski głosem znudzonym, ziewnąwszy nieznacznie.

– Przypominasz mi wasza miłość moje cudzoziemskie pochodzenie? – rzekł Decjusz żywiej, zarumieniwszy się. – Wiadomo w całej Rzeczypospolitej i poza jej granicami, że nie z ziemi waszej wykwitłem, że przyszedłem do was pacholęciem, wygnany z krainy alzackiej, spod strzechy rodzinnej, pospołu z Bonarami, Szylingami, Betmanami, przez wojny chłopskie, ale tę moją drugą ojczyznę, w której dostąpiłem czci i zaszczytów, umiłowałem całą duszą, jako bezdomny sierota miłuje przybraną matkę, która go przygarnęła serdecznie, gościnnie do litościwego łona. Nie pomnę nawet, kiedy do was przyszedłem, tak to już dawno, skoro mi jednak wasza miłość przypominasz pochodzenie cudzoziemskie i mniemasz, że jako cudzoziemiec nie rozumiem waszego przyrodzenia, przeto odpowiem waszej miłości jako cudzoziemiec. Zapisz sobie wasza miłość dobrze w pamięci, co teraz powiem. Jesteście z przyrodzenia bardzo szczęśliwej natury, mężni na wojnie, w pokoju do każdej nauki i sztuki sposobni, w domu gościnni i hojni, ale wasze kwitnące ciało toczy robak swawoli. Lubo macie u siebie siła swobody, więcej, aniżeli jej mają poddani innych królestw chrześcijańskich, owa swoboda wydaje się wam jeszcze być nieznośną niewolą. Każdemu z was zda się, iż rodzi się wolnym jak źrebię u osła, które nie potrzebuje myśleć o uździe i wodzy. Zapominacie wszyscy, wielcy i mali, panowie i hołysze, wielmożni i mości panowie, że ubi privata prosunt, tam publica extinguuntur bona, że non nobis ipsis nascimur, lecz maximam nostri partem vindicat patria (9), jako uczy Cicero. Zachciewa się wielmożnym panom Łaskiemu, Zborowskiemu, Tarnowskiemu, Ostrorogowi, waszmość panom Kiełbasińskiemu, Pieprzykowskiemu i lada jakiemu innemu hołyszowi uczynić tumult zbrojny, to go i uczyni, chociażby cała Rzeczpospolita miała się w owym tumulcie rozsypać na krwawe strzępy. Baczcie, by ta swawola nie przywiodła na was niewoli.

– Źle waszej miłości w Polsce… wolna droga do Alzacji – rzekł Łaski, nie ukrywając już ziewania.

– Nie o sobie myślę mówiąc o chorobie, która trawi skrycie kwitnące jeszcze ciało Rzeczypospolitej, dla mnie bowiem została już tylko droga do grobu. Nie próżnowałem w długim żywocie; czas mi odpocząć. Żal mi idących po nas pokoleń, tych, co po nas przyjdą zbierać owoce naszego siewu.

Rzekłszy to czekał jeszcze Decjusz chwilę, łudząc się, że jego ostrzegawcza mowa złamała opór Łaskiego, ale wyraz twarzy młodego magnata odjął mu resztę nadziei.

Łaski stał oparty plecami o poręcz krzesła, z nogą założoną na nodze, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, uśmiechnięty drwiącym, pogardliwym uśmiechem zbyt pewnej siebie młodości, która zawsze lekceważy przestrogi sędziwych lat, rozumniejszą, jaśniej i mieniąc się być dalej od nich patrzącą. Mowa Decjusza spływała po nim, jak spływa woda po szkle. Ani jedno słowo nie wsiąkło w jego duszę.

– Jaką odpowiedź mam zanieść królowi jegomości i panu kanclerzowi? – zapytał poseł raz jeszcze.

– Już rzekłem – odparł Łaski.

– Wiesz wasza miłość, co ja bym uczynił, gdybym był na miejscu króla jegomości?

– Nie jestem ciekaw wyroku waszej miłości.

– Kazałbym waszą miłość okuć w żelaza i wtrącić do lochu, jak się pęta łańcuchem i zamyka w budzie złośliwego psa, by nie kąsał spokojnych ludzi.

Ognie gniewu buchnęły na twarz Łaskiego. Porwał się z miejsca i skoczył ku starcowi z pięścią podniesioną. Ale Decjusz nie zląkł się jego gniewu. Dotknąwszy prawicą swoich siwych włosów, patrzył prosto w oczy gwałtownego młodzieńca, przeszywając go wzrokiem pogromcy.

Podniesiona pięść opadła, Łaski cofał się wolnym krokiem, tyłem ku stołowi.

Kiedy Decjusz wyszedł, przywołał pacholika i rozkazał:

– Jeśli ktoś z zamku przyjdzie, powiesz, że mnie nie ma w gospodzie. Zawołaj komornika!

Rozebrawszy się przy pomocy dworzanina rzucił się na łóżko i zasnął wkrótce snem zdrowej młodości.

Spał spokojnie nie wiedząc, że jego rotmistrzowie pracowali tymczasem nad tym, by utrudnić jego i tak już dość trudne położenie. Miał przeciw sobie króla, kanclerza, większość senatorów, a oni rozniecili jeszcze płomień nienawiści w mieście w tłumie.

Lasocki, Filipowski, Jarzyna i Rożen, opuściwszy Falendysza z czuprynami, z których kurzyło się jak z komina bogatej kuchni, szli rynkiem pokrzykując wesoło. Należał się im po uczciwej pracy w piwnicy rzetelnie zapracowany spoczynek, a im zachciało się huczku. Otoczeni zgrają pachołków, którzy świecili im pochodniami, rozglądali się dokoła, kogo by zaczepić.

Ku ulicy Grodzkiej zdążał właśnie braciszek klasztorny, wracający z kwesty. Nażebrał się przez cały dzień, nabrząkał skarbonką po domach zajezdnych, po szynkach i winiarniach i spieszno mu było do celi, do łóżka.

Zaledwie ujrzeli go rotmistrzowie Łaskiego, sami protestanci, a zaraz krzyknął Filipowski, zaciekły arianin (10).

– Siła groszy zebrałeś za paszporty do nieba?

Reszta w śmiech, a braciszek w nogi.

Ale wnet dogonił go Jarzyna i ucapiwszy za kark wciągnął w środek gromady.

– Nie tamujcie drogi spokojnemu chrześcijaninowi – prosił braciszek.

– Takiś ty chrześcijanin, mniszku, jak my żydowie – wołał Lasocki. – Liziobrazek jesteś, poganin, służka antychrysta rzymskiego.

– W górę go! – krzyknął Rożen. – Jazda do nieba!

Jeszcze nie zdążył braciszek zawołać o pomoc, kiedy siedział już na płaszczu, którego rogi ujęli rycerze.

– Raz, dwa… – komenderował Rożen – i trzy.

Cztery silne ręce, rozkołysawszy płaszcz, podrzuciły go i poleciał braciszek w górę jak piłka, opadając jak piłka.

– Ludzie zbożne (11), ratujcie! – wrzeszczał w śmiertelnym strachu.

Mogli go swawolni rycerze nie pochwycić w porę, mogli go upuścić na ziemię, a wówczas połamałby sobie ręce i nogi.

Zbożni ludzie nadbiegali gromadnie ze sklepów i sklepików wieńczących rynek, zamiast jednak uwolnić braciszka z rąk wesołych panów, bawili się wybornie jego przestrachem, byli to bowiem przeważnie protestanci, Niemcy i Francuzi, trudniący się handlem w Krakowie.

– Wyżej, wyżej! – zachęcali mieszczankowie rycerzy.

I jechał braciszek coraz wyżej w górę, chwytany z wielką zręcznością przez rozbawionych panów.

Ale już nadciągała z dalszych ulic miasta ludność katolicka. Ślusarze, kowale, rzeźnicy, szewcy, garncarze, przekupki, dziady i baby zalewali rynek z szybkością powodzi.

Ktoś krzyknął:

– Lutry naszych biją!

Więc, co kto miał pod ręką: kij, drąg, rydel, topór, siekierę, młot, kawał żelaza… chwytał i biegł.

I nagle ujrzeli się rotmistrzowie Łaskiego otoczeni falą ludu, która szumiała groźnie, jak szumi fala morza przed burzą. Tu i ówdzie odzywał się głuchy pomruk, złowrogi goniec nadciągającego huraganu.

– Na zborowników! – krzyknął ktoś w tłumie.

Zakipiało, zakotłowało się w ruchliwym cielsku tłumu i nad falą głów huknął grzmot rozpętanej nienawiści.

– Na heretyków!

Rożen pierwszy ogarnął wzrokiem doświadczonego żołnierza niebezpieczeństwo położenia. Dokądkolwiek spojrzał, wszędzie widział głowy i podniesione ramiona. Z taką siłą nie walczyć czterem rycerzom.

Więc krzyknął:

– Zgasić pochodnie, przeprawić się pojedynczo do gospód! Duchem!

Duchem zgasły pochodnie i ciemności zakryły swawolników. Pod ich osłoną zaszyli się w gąszcz tłumu, torując sobie drogę pięścią, a gdzie pięść nie wystarczała, tam szablą.

Rozległy się krzyki powalonych, jęki ranionych.

A lud, który nie wiedział właściwie, o co idzie, który słyszał tylko, że „lutrzy biją naszych”, nie mogąc dostrzec sprawców tumultu, otoczonych zewsząd jak murem protestantami, skierował swoją wściekłość ku sklepom dysydentów.

Pękały kraty okien, rwały się żelazne zapory pod toporami, leciały na rynek towary, sprzęty, pieniądze.

Na ratuszu, na wieży uderzono w dzwon, trąbiono, wywieszono chorągiew jak na pożar. Draby magistrackie przybiegły kupcom na pomoc, lecz zasypani gradem kamieni, cofnęły się w popłochu.

Z dalszych ulic i zaułków, z przedmieść napływała coraz krzykliwsza, coraz niesforniejsza fala. Hultajstwo krakowskie, rade korzystać z zawieruchy, przyłączyło się do katolików. Zemsta obrażonego ludu zmieniła się w grabież motłochu.

Z zamku wpadła na karki rozjuszonego tłumu straż królewska, ale i ona, przywitana kamieniami, pociskami, musiała ustąpić przemocy.

Prawie do białego dnia lud krakowski hulał po mieście załatwiając rachunki z protestantami, których namnożyło się dużo w ostatnich latach. Nowa wiara zbyt zuchwale podnosiła młodą głowę.

A tymczasem Łaski spał spokojnie, śniąc o triumfach hetmańskich. Kiedy nazajutrz przebudził się, zdziwił się spostrzegłszy przy swoim łóżku drzemiącego na krześle Rożna.

– Hop, hop! – huknął w samo ucho przyjaciela i śmiał się jak psotne dziecko, gdy Rożen nagle przebudzony, straciwszy równowagę, runął na ziemię.

– Tęgie było winko falendyszowe, kiedy cię tak zmorzyło, żeś się aż w gospodzie pomylił – mówił Łaski. – Rozewrzyj oczy, nie u siebie śpisz.

– Wiem ci ja bardzo dobrze, gdzie jestem – odrzekł Rożen podnosząc się z ziemi.

– Stało się coś złego?

– Stało się prostackie swawoleństwo, które obróci przeciwko nam gniew pana Augusta.

– Może usiekliście kogoś znacznego na ulicy?

– Jeszcze gorzej!

– Mów, nie bawiąc się – rzekł Łaski porywczo, siadając na łóżku.

Z twarzą chmurną słuchał opowiadania przyjaciela, który opisał szczegółowo wczorajszy tumult. Kiedy Rożen skończył, odezwał się.

– Nie jestem ci ja przemądrym starcem, którego wesoła kompania mierzi, wiem, że wino przyprawia najstateczniejszemu mężowi tak ostre rogi, iż mu ani król, ani hetman, ani inna zwierzchność nie są srodzy, miłuję zacny dzban i śmiech zdrowy, ale wszystko w swojej porze i na swoim miejscu. Po tym, co się stało, nie mamy co robić w Krakowie. Łyczkowie wywąchają dziś, kto był sprawcą tumultu, i gotowi poskarżyć się staroście.

– Wstyd uciekać z miasta przed łyczkami – mruknął Rożen.

– Jeszcze większy wstyd Łaskiemu i Rożnowi stawać przed sądem starosty – mówił Łaski. – Ja wracam dziś na kilka dni do Rytwian i Zborowa, by zabezpieczyć naszego Greczynka, którego król mógłby kazać pojmać i osadzić w jakimś zamku, przez co zepsułby nam krotochwilę wołoską; ze Zborowa ruszę na jakiś czas do Wiednia, gdzie trzeba zjednać radnych panów cesarza chrześcijańskiego dla naszej imprezy, ty zaś, wręczywszy listy przypowiednie i pieniądze naszym rotmistrzom, udasz się do Kezmarku i będziesz tam na mnie czekał. W Kezmarku bacz, by moi knechtowie nie próżnowali, by nie odstępowali ćwiczeń żadnego dnia, jako bowiem rycerz doświadczony wiesz, że trzeba utrzymywać żołnierza w ciągłej czynności, jeśli nie ma zgnuśnieć.

cdn.

Teodor Jeske-Choiński

(1) Jan Łaski (1456–1531) – arcybiskup gnieźnieński i prymas, kanclerz wielki koronny; twórca słynnego zbioru praw i przywilejów, znanego pod mianem Statutu Łaskiego.

(2) Tu: pozwoliła mi się spotkać.

(3) Ludwik Jodocus Jost Decjusz (ok. 1485–1545) – sekretarz królewski, wielkorządca krakowski, dyrektor mennicy toruńskiej, żupnik kopalń olkuskich i chęcińskich, wójt piotrkowski i rajca krakowski; Alzatczyk z pochodzenia, ukochał Polskę jako swą przybraną ojczyznę; zostawił po sobie trzy dzieła historyczne: O starożytnościach polskich, O familii jagiellońskiej i O panowaniu Zygmunta I.

(4) (Łac.) twarzą w twarz.

(5) Tu: stateczność.

(6) Tu: zważając.

(7) (Łac.) inne królestwa chrześcijaństwa przewyższamy.

(8) (Łac.) umrzeć utrzymując się w wolności, niż żyć niewolniczo.

(9) (Łac.) gdzie prywata przoduje, tam niszczeje dobro publiczne, że nie dla siebie samych rodzimy się, lecz największą część naszego jestestwa przywłaszcza sobie ojczyzna.

(10) Arianin – wyznawca sekty religijnej odrzucającej wiarę w Trójcę Świętą, bóstwo Chrystusa, zmartwychwstanie ciał i inne dogmaty katolickie; inaczej zwano wyznawców tej sekty socynianami lub braćmi polskimi.

(11) Tu: pobożni.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Teodora Jeske-Choińskiego O mitrę hospodarską.