Ziarna ocalenia. Rozdział dziewiąty

W piątek, 1 lipca 1966 roku, wieczorem, na Chałupki zajrzała milicja. Funkcjonariusze chodzili od domu do domu, od posesji do posesji, i wypytywali mieszkańców, czy nie nocują jakichś zamiejscowych osób. Ale nikt się nie przyznawał, chociaż w wielu chałupach obcy przebywali i to nawet dość licznie.

Powodem całej tej akcji były, mające się odbyć w najbliższą sobotę i niedzielę diecezjalne uroczystości z okazji tysiąclecia chrztu Polski, którym miał przewodniczyć prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński. Ściągało tedy do Sandomierza, ze wszystkich stron, mrowie ludzi! Takiej ich ilości jeszczem nigdy wcześniej nie widział w naszym mieście. Było ich tysiące i tysiące. Wyroili się z wszystkich szos, dróg, dróżek i polnych ścieżek nawet. Ciągnęli i pojedynczo i grupkami i całymi zwartymi, uporządkowanymi kolumnami w stronę miasta, a po wejściu w jego obręb, ku bazylice katedralnej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny.

Matka od tygodni szykowała siebie i mnie na to wydarzenie, w które osobiście mocno była zaangażowana i pomagała tak w parafii, jak i w katedrze. Ojcu natomiast bynajmniej nie udzieliło się owo radosne podniecenie i wyraźnie coś go gryzło. W końcu się odezwał:

– Posłuchaj, Łucysiu… tak sobie myślę. W pracy mamy nielekko, chłopakowi w szkole źle idzie…

– O co ci chodzi? – zapytała matka.

– A bo wczoraj wezwał wszystkich pracowników sekretarz POP (1) i powiedział, że kto pójdzie na kościelne uroczystości millenijne, zamiast na państwowe, to będą wobec niego wyciągnięte surowe wnioski, nie tylko służbowe, ale może spotkać go i coś gorszego…

– I co w związku z tym?

– A tak sobie myślę, że skoro ty i Michał idziecie do katedry, to może ja pójdę na te drugie, świeckie obchody?

– I myślisz, że nam to jakoś pomoże?

– Pewnie niewiele, ale przynajmniej dodatkowo nie podpadniemy?…

Matka zamyśliła się na chwilę, a potem powiedziała:

– Wiesz, Kuba, chyba masz rację… Idź na te państwowe, i tak się tam kręć, żeby cię „władza” widziała. Ale gdzie to się ma odbyć?

– A za Wisłą, w Nadbrzeziu, na błoniach. Już tam wszystko przygotowują. Podobno będzie można kupić coś atrakcyjnego, czego na co dzień brakuje w sklepach. No i zabawa, fajerwerki, słowem – same siurpryzy i rozrywki, takie wiesz, raz na ludowo, na poziomie tej naszej nowej czerwonej arystokracji.

***

Niedziela 3 lipca 1966 roku była bardzo ciepła i słoneczna, skądś od nieodległych łąk dolatywał zapach schnącego na pokosach siana. Ojciec zaraz z rana poszedł na piechotę za Wisłę, przewidując, że przez zapchany pątnikami most raczej trudno mu się będzie w krótkim czasie przedostać na drugą stronę. My zaś z mamą, odświętnie ubrani, ruszyliśmy ku katedrze.

Tuż za Bramą Opatowską wślizgnęliśmy się w kłębiący się tłum, w którym nieliczni, pewnie ci bardziej przewidujący, zasłaniali się od palącego słońca parasolami. Do Rynku dało się jako tako przecisnąć, i to nawet bez większych problemów, natomiast wejście w ulicę 1 Maja, kiedyś noszącą nazwę Panny Maryi, było prawie niemożliwe. Matka wszakże nie dała za wygraną. Mimo iż ludzie, na całej szerokości i chodników i jezdni, stali stopa, koło stopy, bark koło barku, głowa obok głowy, powoli, systematycznie, mocno trzymając mnie za rękę, centymetr, po centymetrze, wbijała się tłum. Obawiałem się jakichś protestów ze strony zebranych tam osób, które miały prawdziwy problem, by w tym nieprawdopodobnym ścisku zmienić pozycję, tak byśmy z mamą mogli posuwać się do przodu, ale nic takiego się nie stało. Ludzie byli niezwykle poważni, spokojni, życzliwi i przyjaźni jeden wobec drugiego.

Ani matka, ani ja nie mieliśmy zegarków, bo nie stać nas było na taki luksus, dlatego nie wiem jak długo szliśmy, ale te około sto pięćdziesiąt-dwieście metrów pewnie dobre dwadzieścia minut, zanim udało się nam przedostać od strony ulicy Katedralnej do bocznych drzwi wiodących do świątyni, a nawet wejść do jej środka. Matka popchnęła mnie ku zakrystii, do której wpuścił mnie mój ksiądz od religii, ona zaś została na zewnątrz, w nawie bocznej, z tyłu ambony, tuż przy schodkach prowadzących na nią, a więc udało się jej zająć bardzo dobre miejsce.

Zakrystia też była pełna, głównie duchowieństwa – biskupów, prałatów i kanoników w strojach chórowych, ale też zwykłych księży w samych komżach, albo i bez nich, ministrantów i niewielu osób świeckich. Przysiadłem gdzieś na brzeżku klęcznika dosuniętego do samej ściany niedaleko wejścia i czekałem na rozpoczęcie Mszy Świętej. Mimo pootwieranych okien zaduch w pomieszczeniu był tak nieznośny, że już po paru chwilach pot jął mi sklejać włosy na głowie, a potem ściekać po czole i skapywać z nosa. Z coraz większym trudem łapałem gęste, znieruchomiałe powietrze, kręciło mi się w głowie, a przed oczami pojawiły się czarne plamy. Jeden ze starszych księży najwyraźniej zauważył, że nie czuję się dobrze, toteż czym prędzej wyprowadził mnie na dwór. Tu, choć z trudem, ale jednak wyszukał mi miejsce na okalającym plac katedralny niewysokim wapiennym murku, w cieniu wiekowego, rozłożystego wiązu. I tam to doczekałem końca nabożeństwa. Niewiele stąd widziałem, prócz uroczystej procesji wokół świątyni, ale za to wszystko słyszałem, bo było dobre nagłośnienie. Miałem też znakomity widok z góry na morze ludzkich głów, falujące od podnóża katedry hen, po Zamek, i dalej, w kierunku kościoła św. Jakuba…

Gdy uroczystości dobiegły końca, a ludzie się rozeszli, ze zdumieniem ujrzałem, że zarówno plac wokół świątyni, jeszcze poprzedniego dnia porośnięty gęstą żywozieloną murawą, przetykaną gdzieniegdzie dziką rukolą i szczawiem, jak też sad poniżej i trawniki na pobliskim skwerze, a także klomby przed Zamkiem, teraz były martwym klepiskiem rozdeptanym tysiącami stóp i pokrytym grubą warstwą szarobrunatnego pyłu.

Rozglądając się za matką, która po wyprowadzeniu mnie z zakrystii zniknęła mi z oczu, wszedłem do wnętrza świątyni. I… ze zdumienia otwarłem oczy najszerzej jak umiałem, bo mimo że zaduch nieco ustąpił i dało się tu już bez trudu oddychać, oto ze ścian – tak w nawach, jak i w prezbiterium, spływały strugi, szerokie strugi ludzkiego potu…

***

Po powrocie do domu rozsiedliśmy się z mamą przy stole, posilając się po całym tym męczącym dniu i dzieląc wrażeniami. Naprawdę mieliśmy o czym rozmawiać, bo było ich co niemiara! Tymczasem mijały kwadranse, godziny, niebo na zachodzie zarumieniło się zorzami, a ojciec nie pokazał się w domu. W końcu, około dziesiątej wieczorem, matka mocno już zaniepokojona, poszła na miasto, żeby się za nim rozejrzeć. Zostałem sam. Mimo potężnego zmęczenia byłem wciąż jeszcze tak podekscytowany tym wszystkim, com tego dnia widział i przeżył, że nie zanosiło mi się na sen.

Około północy matka wróciła, bez ojca, a na dodatek poważna jakaś i ze spuchniętymi od płaczu oczami.

– Co się stało? Gdzie tatuś? – zapytałem, mając złe przeczucie.

– W szpitalu, ktoś przez nieuwagę zaprószył ogień na paczkę fajerwerków, które miano wieczorem wystrzeliwać, fajerwerki wybuchły, a że ojciec stał nieopodal, to… mocno ucierpiał… pokaleczyło mu piersi, szyję i przede wszystkim głowę…

Patrzyłem na nią wylękniony, a ona odgadła, czego bym chciał się jeszcze dowiedzieć.

– Nie wiem, syneczku, nie wiem… Jest bardzo pokaleczony… Lekarz nie wiedział, co z nim będzie… Mówił, że jeśli dobę przetrzyma… Jest po operacji, lecz stracił bardzo dużo krwi… Robili mu transfuzję, ale chyba niewiele to wszystko dało…

W gardle poczułem bolesny skurcz. Zebrało mi się na płacz.

– Cicho, syneczku, cicho… – matka przygarnęła mnie do piersi i pogładziła po głowie.

***

Z nieba lał się słoneczny żar. Świerszcze skryte w trawie dzwoniły pracowicie. Od trawiastych zboczy, niebieszczejących gdzieniegdzie połaciami macierzanki i poznaczonymi krwistymi kroplami główek dzikich goździków, smużył się cierpkawy, przaśny zapach lata. Kondukt pogrzebowy powoli wspinał się pod dość stromą górę, kierując się ku cmentarzowi komunalnemu na Krukowie. W ciągu roku już drugi raz musiałem przemierzać tę drogę.

Tania sosnowa trumna spoczywająca na ramionach przyjaciół i kolegów ojca z pracy, od czasu do czasu chybotała się mocno, gdy niosący ją się podmieniali.

Od czoła konduktu, na czele którego szedł krzyż, latarnie i czarna kościelna chorągiew, doleciał mnie smutny, przeciągły zaśpiew chromego organisty, który kuśtykał obok księdza przyodzianego w czarną, podniszczoną kapę i biret:

Dobry Jezu, a nasz Panie…

Baby natychmiast podchwyciły tę prastarą pogrzebową pieśń i piskliwymi głosami pociągnęły ją dalej:

…Daj mu wieczne spoczywanie.
Światłość wieczna niech mu świeci,
Gdzie królują wszyscy Święci.
Gdzie królują z Tobą, Panem,
Aż na wieki wieków. Amen.

***

– No! Ale się, towarzysze, porobiło! Musiało akurat przydarzyć się coś takiego! Taki wypadek! A na dodatek, cholera jasna, musiało paść na tego Szłopanowskiego! – powiedział przedstawiciel KP PZPR (2) o wyglądzie suchotnika, jednocześnie nerwowo wpychając połówkę papierosa w szklaną lufkę, zbrązowiałą od środka od dymu, smoły i nikotyny. – Po połówce palić to zdrowiej, towarzysze. Rozumicie, co?

Siedzący w jego gabinecie zaproszeni goście, z zakładu pracy zmarłego, z miasta i z powiatu, pokiwali głową ze zrozumieniem.

– Tak, tak, pewnie że po połówce zdrowiej – przytaknął grubas, z wielkim wystającym brzuszyskiem, o czerwonej nalanej twarzy, bodaj jakiś dygnitarz powiatowy.

– Cholera! – zaklął ponownie. – Jak to wizerunkowo wygląda? – denerwował się partyjny aparatczyk, robiąc przy tym naprawdę zmartwioną minę.

– Taaa… – przytaknął mu przeciągle grubas… Teraz klechy będą mówić, że to kara Boska, bo nie poszedł do kościoła tylko na państwowe obchody.

– A bo nie? Pewnie, że tak będą mówić. Trzeba by jakoś zatuszować złe wrażenie i dodatkowo propagandowo je wykorzystać… No, wicie, rozumicie, towarzysze, że to Partia z narodem, że pomaga potrzebującym… No co wam zresztą będę tłumaczył?!

– To niby jakiej pomocy potrzebuje wdowa? Przecie już po pogrzebie? – spytał gość z magistratu, zwracając się do suchotnika z Komitetu.

– No, coś takiego?! – zeźlił się zagadnięty. – Chyba wyście, towarzyszu, powinni to wiedzieć najlepiej. Co nie? – partyjniak spojrzał na pytającego z nieskrywaną złością.

– No… tak… To ja się, towarzysze, zaraz dowiem. Jedną minutkę… Można, towarzyszu? – zapytał, sięgając ręką po słuchawkę telefonu.

– Dzwońcie.

Magistracki, podziękował skinieniem głowy i wybrał numer.

– Panno Kaziu, a powiedz mi, czy niejacy Szłopanowscy nie zwracali się czasem do nas o co?

– ……..

– No i?

– …….

– A dawno?

– …….

– Aha. Że co? Nie zawracaj mi tym teraz głowy, jestem na ważnej naradzie w Komitecie. Co? No jak musisz? Dobra, możesz wcześniej wyjść do domu. Cześć!

Odłożył słuchawkę i powiedział:

– O mieszkanie Szłopanowscy pisali podanie. Bo ta stara chałupa prawie się im już zawaliła. Komin całkiem popękał, krokwie pogniły, dach się zapada, czy cóś.

– I co?

– No i nic. A co miało być? Dostali odmowę.

– No to teraz przydzielicie wdowie mieszkanie.

– Ale, towarzyszu! A z jakich zasobów?

– A, to już wasz problem, towarzyszu!

Aparatczyk zatarł ręce.

– No i ekstra, propagandowo wyjdziemy na tym znakomicie! – na chwilę zawiesił głos. – Mieszkania, co prawda szkoda, ale… Jak trza, to trza.

***

Przeprowadzka z Chałupek do bloku za parkiem była dla mnie wielkim wydarzeniem. Stary dom pożegnałem bez żalu, bo nie kojarzył mi się z niczym dobrym. Mamie chyba też. A blok to był jednak awans społeczny! To było coś! Tym bardziej, że dostaliśmy na nas dwoje aż dwa pokoje z kuchnią i łazienką, plus oczywiście, przedpokój! Niestety, większość tych mebli, które mieliśmy na Chałupkach do niczego się już nie nadawała, a na nowe nie było.

Od czego jednak są dobrzy ludzie? Ktoś ze znajomych podarował nam używaną, ale jeszcze bardzo dobrą, w ogóle niezniszczoną, wyglądającą na całkiem nową, trzydrzwiową ubraniową szafę na wysoki połysk, ktoś inny spory okrągły stół, też na wysoki połysk, z Chałupek przenieśliśmy łóżka, a mama kupiła, jak się to mówiło „na spłatę”, swoje marzenie – niewielką oszkloną biblioteczkę, gdzie zaraz postawiała największe nasze skarby – książki. Co prawda jedna z szyb potłukła się już w transporcie i sklep nie chciał jej wymienić na nową, ale i tak była dumna z tak wspaniałego mebla. Kupiła również cztery twarde krzesła ze sklejki, pociągnięte ciemnobrązową bejcą i polakierowane oraz kozetkę z tapicerką z granatowego pluszu.

Cieszyłem się z tego wszystkiego bardzo, ale w którymś momencie naszła mnie smutna myśl, że cały ten luksus, zawdzięczamy śmierci ojca, bo gdyby nie ona, i to jeszcze w takich okolicznościach, dalej byśmy siedzieli na Chałupkach, a jakby się nam dom zawalił, to byśmy, zostali przesiedleni nie do bloku, a do baraków na Krukowie, pobudowanych tam dla biedoty, za którą nikt ważny nie stał, dla bezdomnych spoza układu, oraz dla tzw. „elementu” i Cyganów. Pomodliłem się zaraz za jego duszę, bo chociaż za życia niczego mu nie zawdzięczałem, to dał nam przecież tak dużo, kiedy odszedł…

cdn.

Andrzej Sarwa

(1) POP – Podstawowa Organizacja Partyjna, najniższa komórka organizacyjna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

(2) KP PZPR – Komitet Powiatowy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Andrzeja Sarwy Ziarna ocalenia.