Wyprawa po żonę. Rozdział siódmy

Który przekonuje, że nie zawsze w jednym rozdziale można zmieścić to, co się w nim miało zmieścić, i usprawiedliwia kobiety piszące listy na trzech ćwiartkach (1) i autorów, którzy nigdy nie piszą mniej, jak trzy tomy.

Gdy się to wszystko stało, kapitan obejrzawszy się, czy ekwipaż pana Ksawerego idzie za nimi, poprawił się, chrząknął mocno i tak mówił:

– Trzeba panu wiedzieć, że przed laty była tu w Gostyńskiem panna, wychowana jak prawie wszystkie jedynaczki, tj. zgubnie dla niej samej. Przez zbyteczną miłość i pobłażanie uczyniono ją samowolną, kapryśną, wymagającą kafli z pieca i gwiazd z nieba; przy tym niedołężną, rozpieszczoną i lada przykrość, lada przekorę losu lub ludzi uważającą za wielkie, niewynagrodzone nieszczęście. Na imię miała Stefania. Nazwiska jej panu nie powiem, bo to do rzeczy nic nie przyda. Wszakże nieźle będzie dodać, że nazwisko to było w kraju szanowane, a nawet trochę historyczne. Miała tedy panna Stefania urodzenie, miała wielki posag, biegłość w obcych językach, nieznajomość swego. Widziała Paryż i Karlsbad, grała na klawikordzie, jak go wówczas nazywano, śpiewała włoskie arie, a choć nie była bardzo ładna, a nawet trochę ułomna, że powyższe przymioty przeważały ogromnie niedostatek piękności, zdawało się rodzicom, że powinna pójść przynajmniej za Sanguszkę lub za Lubomirskiego, jeżeli nie za jakiegoś z książąt panujących niemieckich. Tymczasem, jak się to zwykle dzieje oczekiwania te spełzły na niczym. Sanguszków było mało, Lubomirscy wszyscy pożenili się lub nie dorośli, książęta niemieccy byli hardzi i daleko. Szlachta okoliczna, choć ostrzyła zęby na piękne dobra, ale kwaśno przyjmowana, dobrze widząca jedną łopatkę wyższą i nos fatalnie wystający, a przy tym słysząca duby smalone o kaprysach, uporze, samowładności panny, jej postanowieniach tak mocnych i twardych, jak gdyby pochodziła wprost od Stefana Batorego, zwinęła chorągiewkę (2), zamknęła oczy nawet na niewczesne już awanse rodziców, jakie to temu, to owemu robiono. Tym sposobem ci biedacy, zawiedzeni w swych wielkich nadziejach, prawie ze smutku i umartwienia pomarli, a panna Stefania, zostawszy panią znacznego majątku i swej woli, mając lat dwadzieścia sześć, rozgniewała się na ród męski i postanowiła nie iść już za mąż. Przypadkiem trafiła na najlepszą dla starych panien teorię znalezienia męża. Jak tylko rozeszła się wieść o tym jej postanowieniu, jak ją zobaczono w ładnym czepeczku, oddającą wizyty z pewnością i zaufaniem mężatki, trudniącą się interesami, jak gdyby była Stefanem, nie Stefanią, nie okazującą pretensji ani do wdzięków, których nie miała, ani do młodości, która przeminęła, przybyło jej, nie wiedzieć jakim sposobem, powabów, odkryły się przymioty, których dawniej nie widziano, a wady i kaprysy, o których w sąsiedztwie całe rozpowiadano księgi, złagodziły się, zmalały do zwyczajnych osobom majętniejszym narowów, do takich zachceń, którym łatwo było dogodzić, a w razie potrzeby można było i przezwyciężyć. Ten tedy i ów pomyślał sobie: ,,Czemu nie mam się odważyć, kiedy to jednakże sześć wielkich folwarków, rzeka i stawy, młyny i tartaki, grunta pszenne i łąki, stado koni i parę tysięcy owiec, a bydła rogatego i nierogacizny wielkie mnóstwo!”. Panna Stefania odpaliła jednego i drugiego krótko i węzłowato: wyśmiała ich, wyłajała, że przyszli nie w porę i chcą nie wiedzieć dlaczego przełamać jej postanowienie, kiedy chęć pójścia za mąż już jej przeszła, kiedy się już przegłodziła i nic w nich nie widzi, co by w niej na nowo obudzić zdołało zamarłe chęci i żądania. Znowu więc konkurenci odstręczyli się, kilka lat przeszło w pokoju, a panna Stefania widząc, że się doprawdy starzeje, że się nudzi, że sama nie wie, co ze sobą zrobić, zaczęła się znowu gniewać na ród męski i czasem prawie ze łzami i bólem myślała sobie, że zeschnie i zniknie marnie, jak jakiś wilk (3) na drzewie, na którym ani liścia, ni kwiatu, ni owocu.

W tym czasie zjechała się u wód z niejakim Kajetanem Żaryńskim, młodym lekarzem, który odbywszy w Wilnie swe studia, zaraz jakoś po reorganizacji tego uniwersytetu (4) wędrował za granicą dla nauki i udoskonalenia się. Był on od niej młodszy, bardzo przystojny, z miękkim sercem, z silną organizacją, ale przy tym skromnych obyczajów i niespekulujący na bogatą żonę. Panna Stefania lubiła dyskutować, co było rzeczą bardzo naturalną, bo nie wiem, czy pan to zauważyłeś, że prawie wszystkie kobiety, mające dane sobie imię męskie, a zatem uważające się połowicznie za mężczyznę, mają i ten narów niedouczonych i połowicznie tylko w czymkolwiek biegłych mężczyzn. Pan Kajetan także chętnie mówił o tym, czego się nauczył, co widział, co postrzegł. To był pierwszy punkt zetknięcia się tych dwojga ludzi, którzy w obcym miejscu i takim, gdzie było mało naszych elegantek, utracjuszek, próżniaków i szulerów, widywali się z początku co dzień, a po kilkunastu dniach prawie ciągle byli ze sobą. Pan Kajetan tak zajął pannę Stefanię, że marzyła już tylko o nim, ciągle słyszała jego głos, z myślą o nim zasypiała i budziła się. Po trzech tygodniach takiego zajęcia, walki ze sobą, pokonywania się w tej słabości, co ją czarowała, tak się znużyła, że doprawdy zapadła na zdrowiu i gorączka serca przeszła w gorączkę ciała. Pan Kajetan, który lubił jej rozum, któremu miło było z nią rozmawiać, bo nikt tak dobrze nie słucha, jak kobieta, która kocha: słowem, który był najszczerszym jej przyjacielem, zaczął ją kurować z największym staraniem, pilnował jej nieodstępnie, sam przyrządzał i podawał lekarstwa tak gorliwie, że jakoś od słowa do słowa, od języka do pulsu, przyszło do tego, że panna Stefania wyzdrowiała nie tylko ciałem, ale i sercem, że oczy jej zabłysły szczęściem, że twarz odmłodniała, że młody lekarz posmutniał i zamyślał się, ale ciągle już jej towarzyszył i nareszcie nie piechotą, jak dotąd, ale w jej karecie i obok niej pojechał do Rzymu i Neapolu. Czy tę ich podróż pobłogosławił jakiś kapłan, choćby po niemiecku, tego nikt nie wie. Zdaje się jednak, że panna Stefania w pierwszych chwilach swego uszczęśliwienia nie pomyślała o tym, że może uważała sankcję tę za niepotrzebną za granicą, gdzie nikt ich nie znał, a może z podszeptów historycznego rodu przenosząc plamę ciała nad plamę herbu, jak to niejedna z naszych pań robi, odkładała ostateczne związanie się i wyrzeczenie się swego nazwiska do powrotu do kraju lub do pierwszych znaków, że stan jej, choć go ksiądz nie przeżegnał, jest jednak błogosławiony. Ale straszny jakiś przypadek, także niewyjaśniony, uwolnił biedną Stefanię od tego kłopotu i po trzech miesiącach peregrynacji, owdowiawszy przed ślubem, wróciła do kraju w żałobie i wróciła sama jedna.

– Cóż się stało z doktorem? – zapytał uśmiechając się pan Ksawery, gdy kapitan odetchnął i swą fajeczkę rychtował na nowo. – Może biedak, widząc, że zaszedł za daleko, rzucił się w krater Wezuwiusza?

– Pan sobie żartujesz – mówił dalej stary wojak krzesząc ogień – a między pogłoskami o śmierci tego biednego eskulapa była rzeczywiście i ta: jedni mówili, że go gdzieś w Apeninach poczęstowano kulką, gdy nadstawił swą pierś w obronie swej letniej pacjentki, której powóz został napadniętym. Inni, że znalazłszy za Tybrem jakąś Fornarinę (5), młodszą i ładniejszą od panny Stefanii, chciał się trochę rozerwać i udawszy się raz wieczorem za powabnym uśmiechem i ognistym wejrzeniem pięknej Rzymianki, spotkał się ze sztyletem nieżenującego się z życiem ludzkimi transteweryna (6), który zaraz sztylet ten zatknął ex voto (7) przy obrazie Matki Boskiej, do której miał szczególne nabożeństwo. Inni, że wybrawszy się raz sam jeden na zwiedzanie Wezuwiusza, już więcej z wyprawy tej nie wrócił. Bądź co bądź, panna Stefania, jak powiadam, wróciła do kraju sama i wróciła w smutku, żalu i boleści, graniczącej prawie z rozpaczą. Czas naturalnie złagodził to pierwsze wrażenie, przywrócił jej spokój i możność zajmowania się interesami i obowiązkami społecznymi, ale nie wyrugował z jej myśli i pamięci obrazu pierwszego i jedynego kochanka, ugruntował w niej postanowienie pozostania w stanie panieńskim aż do śmierci i nie zdjął już z niej nigdy czarnego odzienia, które nosiła do ostatnich chwil swego życia.

– Czy wiesz, panie kapitanie – rzekł pan Ksawery – że jest coś interesującego w osobie i charakterze tej starej panny?

– Bardzo wierzę – odpowiedział kapitan – każdy bowiem, kto jest zdolnym postanowić coś takiego, co nie wszyscy robią, i wiernym jest swej zasadzie, a choćby nawet swemu dziwactwu i kaprysowi, staje się interesującym. Panna Stefania miała prócz tego i dobrą stronę, którą w niej jej nieszczęście rozwinęło: stała się dobroczynną, dbałą o swoich włościan, miała zawsze przy sobie kilka dziewczynek na wychowaniu, i każdą z nich wyposażyła, i wydała za mąż. Straciwszy nadzieję, że będzie matką rzeczywistą i prawdziwą swojego własnego dziecka, prawie co miesiąc trzymała jakieś dziecię do chrztu i stawała się matką chrzestną, dbającą i pamiętną na tę istotę, która z jej rąk wstąpiła na próg kościoła chrześcijańskiego. Wszakże w jej sercu i myśli tak się zakajetaniło, tak widać imię to stało się jej drogim, że prawie każdy chłopiec, którego trzymała do chrztu, rad nierad musiał zostać Kajetanem, a każda niemal dziewczynka, choćby na drugie lub trzecie imię zwała się Kajetania.

– A! A! Rozumiem – rzekł pan Ksawery. – Więc matka panny Ksawery była jedną z takich chrzestnych córek panny Stefanii.

– Zgadłeś pan – opowiedział kapitan. – Była to córka jej panny służącej, wydanej przez nią za leśniczego, i która, wydawszy na świat to dziecię, umarła. Mąż wkrótce także rozstał się z tym światem i maleńka Kajetania została zupełną sierotą, niemającą nikogo na świecie oprócz swej matki chrzestnej. Wzięła ją tedy panna Stefania do siebie, ulokowała przy swym sypialnym pokoju i zajęła się nią z prawdziwie macierzyńską troskliwością; że zaś okazało się, że dziewczynka robi się śliczną, żywą, zabawną i przyjmowała z dziwną łatwością wszystkie narowy panięcia, nade wszystko zaś, ponieważ żadnego innego imienia nie miała oprócz Kajetanii, gdyż ojciec w swej boleści, po stracie młodej żony, zostawił w tym zupełną wolę pani, przywiązała się do niej panna Stefania tak, że ta sierotka wychowała się jeszcze gorzej, niż się wychowują jedynaczki, że się zrobiła samowolną, utratną, nieporządną, nie dbającą o nic, co do niej należało, a przy tym ładną, żądną hołdów i strzelającą oczami z kokieterią, która raziła wszystkich, a której panna Stefania nie widziała – tak była zaślepioną i całkiem podbitą przez swą wychowankę. Otóż gdy diablątko to dorosło i miało już osiemnaście lat, panna Stefania zaczęła się oglądać, jakiego by jej dać męża. Była to rzecz niełatwa, bo sierotce chciało się koniecznie być panią, być obywatelką osiadłą, mieć wioski i karetę. Szlachta okoliczna lubiła z nią pożartować, pogadać oczami, ścisnąć cichaczem piękną jej rączkę, pochodzić wieczorem po alei, niby pod okiem siedzących na wystawie gości, ale tak, że można było szepnąć słodkie słówko, które panienka przyjmowała z ochotą i rozumiała doskonale. Żaden jednak nie powziął szczerego przywiązania, bo widział, że panna Kajetania była równie słodką dla Piotra, jak i dla Pawła, i wszystko jedno by jej było – ten lub ów, byle miał majątek, ładny ekwipaż, byleby ją powiózł do Warszawy, do której zabaw i magazynów (8) wzdychając, choć ich nie znała, nie taiła przed nimi tego jedynego celu swego życia. Nadto, choć wszyscy widzieli, jak panna Stefania wielce kocha swoją wychowanicę, jak wiele ma dla niej słabości, nikt jednak nie wiedział, jaki jej da posag. Wdzięki więc, kokieteria, kaprysy i pańskie zachcenia, chęć błyszczenia na świecie i używania go, były widoczne, ale zakrytym i tajnym było przed ich okiem to, co by mogło te wady zrównoważyć i zachęcić do zaryzykowania spokoju i własnej fortuny. Każdy więc bawił się tylko, mówiąc po prostu, umizgiwał się, ale do ręki panny tak niebezpiecznej nie posunął się żaden. W tym czasie przyjaciel mój i krewny, pan Kajetan Padlewski, kupił ten majątek, do którego teraz jedziemy, i osiadł w tych stronach. Był to człek już dojrzały, miał trzydzieści kilka lat, spokojny, jak powiedziałem, potulny i szperający po książkach, w których szukał, sam dobrze nie wiedział czego, które czytał bez ładu i pewnego celu, z których robił i robi dotąd wypisy, zbiera foliały notatek bez ładu i nieczytelnie, tak że z tych kufrów szpargałów jego ręką zapisanych nikt nic nie dojdzie i ani on sam, ani żaden jego spadkobierca żadnego nie wyciągnie pożytku.

– Ale bawi się, ale się zajmuje – rzekł pan Ksawery. – Zawsze to lepsze, niż żeby grał w karty.

– Zapewne – odpowiedział kapitan odchrząknąwszy i czerwieniąc się trochę, bo w duszy przenosił wista nad takie czytanie. – Z zajęcia tego zawsze coś zostaje w głowie, nie szkodzi ono nikomu, czyni człowieka niezaczepnym. Ale przyznaj pan, że mądrość tylko książkowa, a zwłaszcza tak bez braku spakowana w głowę, czyni człowieka niezmiernie głupim w codziennym życiu, nieumiejącym sobie radzić w żadnej okoliczności, i prowadzi go do zaniedbywania obowiązków, jakie stan na każdego z nas wkłada, a nawet robi go niesposobnym do ich wykonania – i takim jest pan Kajetan. Można mu dziś kołki ciosać na głowie, gdy czyta o religii Persów, i wszystko wynieść z jego spichlerza, gdy wypisuje z Kolumelli (9) i Katona (10), jakim sposobem Rzymianie uprawiali groch i soczewicę. Dziś do tego stopnia się zagrzebał w swojej brudnej izbie, zwłaszcza że mu już żona nie turbuje (11) głowy, a córka prowadzi całe gospodarstwo, że nie wyłazi prawie z szlafroka i o Bożym świecie zupełnie nie wie. W owym czasie, gdy się tu osiedlił, był trochę żwawszy, starał się o kilka dobrych znajomości, a gdy gospodarstwo zanadto go odrywało od stolika, zaczął myśleć o żonie i miał chęć szukać dobrej gospodyni, kobiety nie bardzo uczonej, domatorki, która wszystkie kłopoty wzięłaby na siebie i która wniosłaby w jego dom spokój, porządek, ciszę i słodką rozrywkę po pracy w zdrowych, wesołych i ładnych dziatkach. Ale to jeżeli w czymś, kochany panie, to w małżeństwie homo proponit, a Deus disponit (12).

Pan Ksawery westchnął i poprawił się na miejscu, kapitan spojrzał jakoś miłosiernie na naszego bohatera, uśmiechnął się i dodał:

– Przepraszam, serdecznie przepraszam: nie będę już pana podobnymi uwagami dekurażował (13) i wracam do rzeczy. Pan Kajetan zjechał się przypadkiem w jednym sąsiednim domu z panną Stefanią i był jej zarekomendowanym. Jak tylko usłyszała, że się nazywa Kajetan, zaczerwieniła się i oczy zaiskrzyły jej z radości, a gdy się potem dowiedziała, że kawaler, że ma dwie wioski i że szuka żony, uczepiła się go rękami i nogami. Nie było grzeczności, której by od poważanej w okolicy starej panny nie doświadczył, nie było awansu, którego by nie doznał. W rozmowie tylko do niego obracała mowę, na spacerze jemu podała rękę i wdawała się z nim w długi dyskurs, swą bibliotekę oddała do jego dyspozycji, słowem, nie puściła go póty, póki jej nie dał słowa, że zaraz nazajutrz do niej przyjedzie. Pan Kajetan, nie wiedząc o tym, że w jego imieniu był taki talizman, powróciwszy do domu, zaczął przypatrywać się sobie w zwierciadle sądząc, że jego ułożenie i powierzchowność oczarowały do tego stopnia bogatą dziwaczkę, słynącą ze wstrętu i niegrzeczności do mężczyzn, a dla niego dochodzącą do nadskakiwania, które mu dało do myślenia. Zaczął więc serio zastanawiać się, czy korzystać, czy nie, z objawiającej się słabości starej panny, czy przyjąć, czy odrzucić taką fortunę, do której należał wprawdzie wielki jeden ciężar, to jest sama jej pani, trochę już za stara, trochę garbata, trochę mająca za wielki nos, a urodzeniem i wychowaniem mogąca przygnieść go ze szczętem, ale fortunę tak donośną, że obiecywała mu wielką niezależność i niezmierną obfitość książek wszelkiego gatunku. Do gospodarstwa, myślał sobie, będę miał rządcę, do bawienia żony będę miał gości, a jak immość będzie zanadto wymagającą i zechce koniecznie, abym admirował jej niepowabną fizjonomię, zamknę się w mojej bibliotece i niech sobie robi, co się jej podoba. Z takimi myślami, wyświeżywszy się, jak mógł, pojechał pan Kajetan do Błędna; panna Stefania przyjęła go otwartymi rękami i zaprezentowała mu swą wychowankę, pannę Kajetanię. Z początku wszystko układało się tak, że pan Kajetan myślał, że panna Stefania stara się o niego, a panna Kajetania sądziła, że jest konkurentem o jej rękę. Chociaż naturalnie dziewczynie tak płochej i próżnej, tak zepsutej wychowaniem i pieszczotami, nie mógł się podobać człowiek cichy, skromny i nietający swojej pasji do książek i do życia domowego i zamkniętego, że jednak nikt inny serio o niej nie myślał, że opiekunka dała jej do zrozumienia, że jeżeli opuści tę okazję wyjścia za mąż, to druga równie korzystna może się wcale nie zdarzyć, panna Kajetania dała sobie wyperswadować i choć w duchu żartowała sobie z takiego Adonisa (14), pozornie jednak okazywała mu wielką życzliwość i udawała nawet, że każde zaniedbanie i obojętność z jego strony niezmiernie ją boli.

Gdy pan Kajetan stał się prawie domownikiem w Błędnie, tak że prawie co dzień przyjeżdżał, a niekiedy i po kilka dni bawił, otworzyły mu się oczy i postrzegł, że to nie pani tego domu i majątku, który już uważał za swój, w nim się kocha, ale jej wychowanica. Może to pana zadziwi, gdy powiem, że ów amator książek zmartwił się tym spostrzeżeniem, bo jest jakiś diabelski pociąg w sześciu wielkich folwarkach, którego i zamiłowanie w nauce, pokoju i pracy umysłowej zwyciężyć nie może. Chociaż więc pochlebiało mu to trochę, że tak młoda i ładna dziewczyna traci dla niego głowę, wzdycha i tęskni, gdy go nie ma, skacze prawie z radości i klaszcze w dłonie, gdy go zobaczy, o czym wszystkim zawsze starannie powiadamiano go różnymi drogami, chciał jednak zwinąć chorągiewkę i nie mogąc ożenić się z panną Stefanią, na co już był zdecydowany, tak go grzecznością swą i okazywaną mu przyjaźnią ujęła, po- stanowił lub nie żenić się wcale, lub poszukać sobie żony, której urodzenie byłoby jakieś bardziej obywatelskie, sytuacja jaśniejsza, charakter mniej żywy i gwałtowny i wiek bardziej odpowiedni jego wiekowi.

Ale to wszystko było już za późno. Panna Stefania postanowiła sobie, że ich połączy. Ona cieniom zmarłego kochanka poprzysięgła, że przynajmniej jedną Kajetanię uszczęśliwi i przynajmniej jednemu Kajetanowi da dowód, że pamięć tego, którego tak mocno kochała, nie zgasła w jej duszy. Otóż teraz zdarzyła się tak piękna okoliczność i wotum to bądź co bądź musiało się dopełnić: jakoż gdy spostrzegła, że pan Kajetan zmiarkował, o co idzie, że mu to nie bardzo do serca przypadło i że pożegnawszy się z nią, dał do zrozumienia, że nieprędko przybędzie, i rzeczywiście więcej się nie pokazał, pojechała do niego sama i tak przestraszyła biedaka energicznym upomnieniem się o zadośćuczynienie jej skompromitowanemu domowi, że rzecz wzięła zupełnie inny obrót.

„Przez kilka miesięcy – mówiła mu, zaczerwieniona od gniewu – bywałeś u mnie prawie co dzień, wszyscy o tym wiedzieli i gadali; czy chcesz, żeby pomyślano, żeś przyjeżdżał do mnie samej, że ja w moim wieku i położeniu zapomniałam się dla ciebie? Nie miałbyś ani sumienia, ani uczciwości, gdybyś utwierdził naszą gawiedź w tym głupstwie, które niewątpliwie się rozejdzie, jeżeli i tobie coś podobnego mogło przyjść do głowy. Powinieneś więc dopełnić obowiązku, który podwójnie jest dla ciebie świętym: raz, żebyś mnie oczyścił, a drugi raz, że Kajetańcia pokochała cię, bo i ona, i wszyscy rozsądniejsi myśleli, że nie dla kogoś innego, jak tylko dla niej tak często bywałeś. Czy chcesz zgubić to dziecko, które ja tak kocham? Spróbuj tylko, a zobaczysz, czy ci tu dam spokojnie dosiedzieć. Wiele czytasz, wiele się zagłębiasz w książkach, ale czym innym jest nauka, a czym innym jest praktyka życia i świadomość, jakie konsekwencje pociągają za sobą nasze czyny. A nawet powiem ci otwarcie, że okażesz się zupełnie głupim i ograniczonym, jeżeli odważysz się ciężko obrazić kobietę, i kobietę taką, jaką ja jestem. Przy tym rozważ, o co tu idzie: co za wielkie nieszczęście mieć żonę młodą, ładną, bogatą i która cię kocha?”

Nie chcę pana nudzić całą rozmową, jaka wówczas miała miejsce i którą mi mój przyjaciel nieraz później powtarzał, dosyć, że treść jej była mniej więcej taka, jak tu powiedziałem, że wokół tych samych myśli kręciło się wszystko, z większą tylko lub mniejszą zapalczywością, z mocniejszą i dobitniejszą perswazją. Panu Kajetanowi utkwiły z niej dwie rzeczy. Naprzód, że inaczej nie zbędzie z głowy baby złej, upartej, wymyślnej i mającej środki szkodzenia mu i dokuczania wszelkimi sposobami. Po wtóre, że będzie miał żonę młodą, ładną, zakochaną i notabene, bogatą. To ostatnie najmocniej jakoś utkwiło w jego myśli, choć kochał książki. Dał więc słowo, że przyjedzie. Jakoż przyjechał, oświadczył się pannie Kajetanii, został przyjętym i w miesiąc potem miał już ją u siebie w domu.

cdn.

Józef Korzeniowski

(1) Tu: arkusikach.

(2) Dawniej: wycofała się z czegoś.

(3) Pasożyt, rodzaj raka toczącego drzewo.

(4) W roku 1803 za sprawą ks. Adama Czartoryskiego cesarz Aleksander I przemianowuje Akademię Wileńską na Uniwersytet Wileński z czterema fakultetami: fizyczno-matematycznym, nauk moralnych i politycznych, medycyny oraz literatury i sztuk wyzwolonych (wymowy i poezji, języka i literatury greckiej, łacińskiej, języka i literatury rosyjskiej, języków nowożytnych, rysunków i malarstwa). Do zreorganizowanej i unowocześnionej uczelni zaangażowano najlepsze siły profesorskie, krajowe i obce. Dzięki temu Uniwersytet Wileński stał się rzeczywistą placówką kierującą życiem umysłowym i szkołami okręgu wileńskiego.

(5) (Wł.) „Piekarkę”, córkę piekarza ze Sieny imieniem Małgorzata, która była kochanką Rafaela. Fornarina pozowała do wielu obrazów Rafaela i jej rysy zostały uwiecznione w takich kompozycjach, jak: Donna Valeta, Św. Cecylia, Madonna Sykstyńska i innych. Ponadto istnieją dwa obrazy w zbiorach florentyńskich i rzymskich zatytułowane imieniem Fornariny.

(6) Mieszkańca nadbrzeża Tybru w Rzymie.

(7) (Łac.) jako wotum dziękczynne.

(8) Tu: sklepów.

(9) Lucius Iunius Moderatus Columella – pisarz rzymski z I wieku, autor dzieła De re rustica w dwunastu księgach o rolnictwie, hodowli, polowaniu i bartnictwie.

(10) Marcus Portius Katon (234 lub 239–149); rzymski mąż stanu, polityk i pisarz. Był pierwszym autorem piszącym konsekwentnie po łacinie. Napisał m.in. De agricultura, książkę zawierającą przepisy rolnicze, lekarskie i kucharskie, oraz Libri ad filium, podręcznik przeznaczony dla synów, a będący encyklopedią z zakresu rolnictwa, medycyny i retoryki.

(11) Dawniej: trapi; niepokoi.

(12) (Łac.) człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

(13) (Z fr.) onieśmielał; odbierał odwagę.

(14) Tu żartobliwie: starającego się o rękę; zakochanego. W mitologii greckiej Adonis, piękny młody myśliwy, był kochankiem Afrodyty. Zabity przez dzika podczas polowania, zyskał na prośbę Afrodyty nieśmiertelność i odtąd przez pół roku przebywał u bogini, resztę czasu spędzając wśród umarłych w Hadesie.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Józefa Korzeniowskiego Wyprawa po żonę.