Szepty i cienie. Rozdział trzeci

Moja, Stanisława Szłopanowskiego, urodzonego w Sandomierzu 1864 roku, cioteczna babka Józefa Korzenicka w młodości swojej czuła powołanie do życia zakonnego. Mimo iż jej rodzice, a moi pradziadkowie, niechętnym na to patrzyli okiem, bo widzieliby ją raczej jako szczęśliwą mężatkę, matkę gromadki dzieci. Ona nawet o tym słyszeć nie chciała i bodaj nawet odrzuciła ze dwie niezłe partie, dając zalotnikom stanowczego kosza. Widząc, że nie są w stanie przełamać uporu córki, niechętnie, bo niechętnie, ostatecznie jednak jej ustąpili i wyznaczywszy odpowiednie, nader sute wiano, dali jej w końcu swoje błogosławieństwo.

Pewnego letniego dnia ojciec jej, a pradziad mój, Wojciech, odwiózł córkę do Sandomierza, do Panien Benedyktynek, które w klasztorze przy kościele św. Michała siedziały, aby się tam zwierzchności zakonnej zaprezentowała. Panna udała się tedy na rozmowę do ksieni, ojciec zaś, czekając na wynik owej konwersacji, nerwowo przechadzał się przed klasztorną furtą. Czekał długo, bo zegar na ratuszowej wieży zdążył wydzwonić ze sześć kwadransów, nim córka wyszła z klasztoru. Pobladła była i milcząca, a na pytanie ojca, jak przebiegła rozmowa i co zostało postanowione, odparła krótko: „Chybam dobrze nie trafiła”.

Ojciec jeszcze kilka razy woził ją na rozmowy do różnych klasztorów, nawet za kordon, do klarysek do Sącza. W żadnym jednak nie została. Chociaż wielokroć indagowana, nigdy nie zdradziła, czy to jej niezdecydowano się przyjąć, czy też ona nie chciała nigdzie zostać. W końcu Wojciech, zirytowawszy się mocno, zdecydował, że więcej już nigdzie wozić jej nie będzie. Jeśli zaś podejmie wreszcie jakąś konkretną i ostateczną decyzję, niechaj sama na własną rękę do takiego czy innego klasztoru się uda, jemu bowiem krajoznawcze eskapady całkiem się znudziły. Przekazał jej tedy posag zakonny w gotówce, której sama strzec miała, a on umył ręce od całej sprawy. Panna posag w gotowiźnie – nie mały, jako wcześniej rzekłem – w kufrze zamknęła i zdawało się, że o powołaniu zakonnym zapomniała. Rodziców nie raz i nie dwa korciło, by ją za język pociągnąć, co też dalej zamierza, ale przemogli się i nie pytali.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kiedy bowiem wybuchła wojna polsko-rosyjska 1830 roku, pradziad mój – jak na dobrego patriotę przystało – zgłosił się pod komendę pułkownika Piotra Łagowskiego, dowódcy 1. Pułku Jazdy Sandomierskiej, i rychło poległ w potyczce z Moskalami. Po przegranej Polaków majątek skonfiskowano, wdowę z dwiema córkami – Józefą i babką moją, Anną – pozostawiając bez środków do życia.

Wtedy dziwactwo Józefy okazało się błogosławieństwem – dzięki bowiem zawartości jej kuferka udało im się nie tylko utrzymać na powierzchni, ale jeszcze i kupić od urodzonej Czajkowskiej może niezbyt okazały, lecz przecież dość obszerny i wygodny dworek z ogródkiem w Sandomierzu, na Podmórzu, od strony Bramy Zawichojskiej, przy ulicy Podole, wiszący niby wielkie orle gniazdo na szczycie stromej skarpy, górującej nad Rybitwami. I tak oto nasza rodzina zamieszkała w tym pięknym, zacnym i starożytnym mieście.

Dzięki Bogu, pieniędzy starczyło jeszcze na założenie niewielkiego sklepu, więc nie brakowało dla wszystkich na dość godziwe i przyzwoite utrzymanie.

Prababka długo nie pożyła, dopadła ją bowiem, grasująca podówczas w mieście, cholera. Córki pogrzebały ją na cmentarzu na Czwartku, który znajdował się tam, gdzie ongi stał kościół św. Wojciecha, co to go Austriaki w roku 1809 spaliły.

Dziewczęta zostały same. Babce mojej dość szybko trafił się zalotnik, którego oświadczyny przyjęła i choć ze względu na jego trudny charakter nie oszalała z miłości do niego, to przecież zdecydowała się za niego wyjść, bo na kogo innego mogła liczyć – bez majątku, bez posagu, sierota?

Tak więc moi dziadkowie pobrali się i zamieszkali w majątku ojca o wiorst kilka zaledwie odległym od Sandomierza. Tam żyli i tam przyszła na świat moja matka, która ciepłem rodzinnego domu zbyt długo się nie nacieszyła. Dziadek, który w jakichś urzędowych sprawach dość często musiał jeździć do Radomia, jednego razu przywlókł stamtąd cholerę, której ogniska cały czas tliły się na terytorium całego Królestwa. I nie dość, że sam umarł, to zaraził swoją żonę, która zaledwie w parę dni po nim podążyła do wieczności. Matka zaś moja, Eliza, dziecko-sierota, trafiła pod opiekę ciotki Józefy do Sandomierza. Tu dorastała, tu też poznała młodego i przystojnego mężczyznę – mojego ojca, Ludwika Szłopanowskiego, i tu – z błogosławieństwem opiekunki – poślubiła go w sandomierskiej katedrze.

Młodzi po ślubie wyjechali do majątku mojej matki i tam zamieszkali. Tam urodziła się im pierworodna, siostra moja, Marcysia, która po upadku powstania 1863 roku podążyła za mężem zesłańcem na Sybir, i o której potem wszelki słuch zaginął. I tam pewnie urodziłbym się też ja, gdyby nie powstanie owo, w którym bohatersko – jak mówiła mi matka – poległ mój ojciec. Ja sam natomiast w dość dramatycznych okolicznościach przyszedłem na świat w Sandomierzu, gdzie zamieszkaliśmy u ciotecznej babki mojej, Józefy Korzenickiej, po skonfiskowaniu przez Moskali naszego rodzinnego majątku.

***

Matka moja, po tym, jak dotknęły ją wszystkie te nieszczęścia, popadła jakby w lekki obłęd. Dnie całe spędzała w sklepie, a każdą wolną chwilę w kościołach. Dla mnie czasu miała niewiele (bo też chyba i mieć go nie za bardzo chciała), zwykle tylko wieczorami, kiedy to do późna, przy świeczce przylepionej do wezgłowia niewygodnego dębowego łóżka, tak, aby światło od góry padało wprost na rozłożone karty, leżąc obok, czytywała mi książki. Książki poważne, bynajmniej niestosowne do dziecięcego wieku, rozpalające wszakże niepomiernie moją wyobraźnię.

Nie Jaś i Małgosia, nie Czerwony Kapturek, nie Kopciuszek, nie Ubogi i bogaty towarzyszyli mojemu najwcześniejszemu dzieciństwu, lecz mroczne strofy, które bardzo głęboko wryły się w umysł i duszę kilkulatka:

Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana.
Zabiwszy, grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju…

Potem cała skrwawiona,
Męża zbójczyni żona,
Bieży przez łąki, przez knieje,
I górą, i dołem, i górą.
Zmrok pada, wietrzyk wieje;
Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze…

Czy też:

Serce ustało, pierś już lodowata,
Ścięły się usta i oczy zawarły;
Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata!
Cóż to za człowiek? – Umarły…

Opowiadała mi też dzieje naszej nieszczęśliwej ojczyzny, uczyła miłości do niej i do Kościoła katolickiego – jedynej wonczas ostoi polskości. Nie kołysankami mnie usypiała, lecz a to Pieśnią Konfederatów Barskich:

Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,
Bo u Chrystusa my na ordynansach –
Słudzy Maryi,

a to cudowną liryką maryjnej pieśni:

Chwalcie łąki umajone,
Góry, doliny zielone.
Chwalcie cieniste gaiki,
Źródła i kręte strumyki!…

Wdzięcznym strumyki mruczeniem,
Ptaszęta słodkim kwileniem,
I co czuje, i co żyje,
Niech z nami sławi Maryję!

Gdy skończyłem lat trzy, matka kazała dla mnie uszyć malutką komeżkę, i któregoś niedzielnego poranka zaprowadziła do zakrystii w kościele św. Ducha z prośbą, by przyjęto mnie tam na ministranta. Dość wiekowy, tęgawy i siwy jak gołąbek ksiądz Kossecki popatrzył na mnie niezbyt przychylnym okiem, ale warunkowo dopuścił do ołtarza, gdzie – niezwykle dzielnie – przeklęczałem całą Mszę, mimo iż słabe nożyny co i raz uginały się pode mną. Wszelako zdecydowanie sprzeciwiałem się siostrze szarytce, która usiłowała mnie posadzić na ołtarzowych stopniach.

I tak się zaczęło moje ministrantowanie – zrazu tylko w dni świąteczne, a gdy lat mi przybywało, to już codziennie, czy słota, czy mróz, czy upał, w kościele usługiwałem.

W niedzielne przedpołudnia, po porannej Mszy Świętej, często miast prosto do domu szliśmy z matką na Chałupki, tam, gdzie przyszedłem na świat, a do którego to miejsca czuła dziwny jakiś sentyment. Znała tam wszystkich i wszyscy ją znali. Z każdym porozmawiała życzliwie, a mnie zachęcała do przyjaźni z bosymi i obdartymi chałupczańskimi dziećmi. Z czasem i ja polubiłem tę okolicę i gdy już sam mogłem decydować, dokąd mogę chodzić, chętnie tam biegałem, tym bardziej, że z Podola było to ledwo parę minut drogi.

Popołudniami zaś, gdy inni nasyceni obiadem odpoczywali po domach, matka prowadzała mnie na długie spacery, pokazując najbardziej starożytne sandomierskie zakątki. Z lubością wdychałem wonie wpół zwietrzałych kadzideł, którymi nasiąkły mury świątyń i delikatny, słodkomiodny zapach gęsto kwitnącej dzikiej rukoli, która bladozłocistym dywanem porastała katedralne i zamkowe wzgórza, wciskała się pomiędzy kocie łby dróżki wiodącej ku Kozim Schodkom, czy odważnie wrastała w zmurszałe cegły na wpół rozwalonych murów Bramy Krakowskiej, której resztki wznosiły się ponad dachem ostatniego już ocalałego nadwiślańskiego spichlerza.

A potem, gdy słońce opuszczało się ku zachodowi, zanurzaliśmy się w cienisty półmrok katedralnej nawy, by słuchać dobiegających z prezbiterium, tajemniczych łacińskich słów nieszporów:

– Dixit Dominus Domino meo: Sede a dextris meis, donec ponam inimicos tuos scabellum pedum tuorum. Rzekł Pan do Pana mego łaskawym Swym głosem: siądź mi przy boku prawym, aż wszystkie Twoje zuchwałe wrogi dam za podnóżek pod Twoje nogi…

Nie rozumiałem słów owych, ale ich dostojeństwo, ich melodia wniknęły mi w duszę i zapadły w nią tak głęboko, iż nigdy już ich z niej wyrugować nie mogłem…

I dziś jeszcze, gdy przymknę oczy i uspokoję umysł, słyszę, jak dźwięki organów odbijają się od sklepienia, spływają potokami wzdłuż ścian. Przenikają do wnętrza, wlewając się w najtajniejsze tajniki umysłu i serca… Już nie wiem, kim jestem… Już nie wiem, gdzie jestem… Jedno tylko jedyne uczucie wypełnia mnie całego – uczucie istnienia jakiejś nieograniczonej pełni… Nie mam już rąk ni nóg, ni oczu. Tylko czysta jaźń… Istnieję… Istnieję… Istnieję… Organy milkną. Silny męski głos podnosi się i opada w tej tajemniczej, cudownej melodii łacińskich słów…

***

Cioteczna babka moja, Józefa Korzenicka, na pozór zdawała się całkowitym przeciwieństwem mojej matki. Na pozór wszakże, albowiem w rzeczywistości w jej duszy także się gnieździł jakowyś robak, który podgryzał jej umysł i sprawiał, iż miotała się pomiędzy – nieomal fanatyczną – katolicką wiarą, a wątpliwościami o włos tylko oddalonymi od całkowitej apostazji. Ciotka – w taki sposób bowiem kazała mi się do siebie zwracać – umiała wszakże znakomicie maskować te duchowe rozterki i na zewnątrz wyglądała na osobę trzeźwą, rozsądną i nad wyraz opanowaną. Ja jednak, będąc bystrym obserwatorem, dość szybko zauważyłem tę jej jakby walkę z samą sobą. Widziałem, miałem pewność, że poszukuje, że czegoś poszukuje. Nie mogłem wszakże zgadnąć, czego… Widziałem także, że czegoś bardzo pragnie i jednocześnie, że czegoś się lęka…

Ciotka w swoim pokoju przechowywała spory zbiór jakowychś tajemniczych ksiąg, które w mocno okutym kuferku trzymała pod kluczem. Klucz ten stale nosiła przy sobie i nie było mowy, aby chociaż je zobaczyć, a tym samym zaspokoić ciekawość, która mnie wprost zżerała. Często zamykała się sam na sam z owymi księgami i długo w noc wertowała ich karty. Udało mi się niejeden raz ją podejrzeć, wspinając się po okruchach starożytnego muru miejskiego, stojącego na wprost naszego domu, i zerkając po zmroku w niezasłonięte okno.

W miarę, jak doroślałem, jak z dziecka zamieniałem się w młodzieńca, moja ciekawość potęgowała się, rosła. I to rosła do takiego stopnia, że gdy osiągnąłem mniej więcej lat osiemnaście, przerodziła się nieomal w obsesję… Doszło do tego, że poza owymi tajemniczymi księgami nie byłem w stanie myśleć już o niczym więcej… Niejeden wieczór spędziłem, gryząc palce, na rozmyślaniu, jak by tu zdobyć klucz od tajemniczego kufra i pod nieobecność ciotki spenetrować jego zawartość.

I oto przypadek przyszedł mi z pomocą…

Pewnego sobotniego, lipcowego, późnego popołudnia 1884 roku, gdy obłoki w zachodniej stronie nieba podbarwiły się już szkarłatem i upał stygł powoli, a ja zamyślony siedziałem na trawiastym stoku miejskiego wzgórza, ostro opadającym ku rozlewiskom Rybitw, zasłuchany w rechot i kumkanie żab, przysiadł się do mnie Paweł Pętlicki, znajomy chłopak, pomocnik ślusarza, sąsiad z niewielkiego domku, stojącego nieopodal przy naszej ulicy. Od słowa do słowa i jakoś tak wyszło, żem się mu zwierzył z tego, co mnie gryzie. A on odął tylko wargi i z pobłażliwym uśmieszkiem rzekł:

– I jakiż to problem? Taki kufer można w try miga otworzyć. Tylko po co? Książki oglądać? Głupota! Jakby tam było złoto albo brylanty jakieś, to co innego, ale stare szpargały? Pewnie jeszcze stęchłe i śmierdzące. Ale jakbyś się miał, Stasiu, pochorować od tej ciekawości, to ci pomogę.

Po czym, wyjąwszy pęk kluczy rozmaitych i wytrych niejeden, jął mnie objaśniać, jak ich można użyć. Na koniec zaś ujął mnie za ramię ze słowami:

– Chodź. Pójdźmy do mnie, to w naszym warsztacie poćwiczysz na paru kłódkach i zamkach.

Ku własnemu zdziwieniu okazałem się pojętnym uczniem i w niespełna godzinkę opanowałem podstawy otwierania wytrychem prostych zamków i kłódek. Teraz musiałem tylko czekać, aż ciotka wyjedzie z Sandomierza na dni kilka, tak bym bezpiecznie mógł się zakraść do jej pokoju, iżby w końcu zaspokoić swoją ciekawość.

Ponieważ jednak podniecony byłem ponad miarę, tej nocy długo usnąć nie mogłem. Na domiar, skoro tylko zamknąłem powieki i dusza moja błąkała się gdzieś na pograniczu jawy i snu, gdy jeszcze zza okna moich uszu dobiegało dalekie poszczekiwanie psa, ujrzałem przerażający majak:

Droga wijąca się śród pól. Głębokie koleiny w gliniastym podłożu. Blisko mnie ostry zakręt. Rośnie tam kępa rosochatych wierzb. Spoza drzew wyłania się kobieta, prowadząca za rękę kilkuletnie dziecko. Wiem, że to matka i syn. Coś zmusza mnie, bym zbliżył się do nich. Nie wiem co. Wewnętrznie się opieram, lecz bez rezultatu. Już wiem, czego się ode mnie oczekuje. Biernie – mimo iż przerażenie ściska mnie za gardło, a serce w piersi wali niczym oszalałe – zabijam dziecko i pożeram je. Kobieta gdzieś niknie, rozpływa się w sinoliliowej mgiełce horyzontu.

Gwałtownie ocknąłem się z tego ni to snu, ni to jawy zlany potem, roztrzęsiony, pełen lęku, dygocąc ze zgrozy i przerażenia. Bałem się położyć głowę na poduszce, bałem się, że wraz ze snem znów zanurzę się w koszmar. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i zapadłem się w czarną czeluść…

Jestem w rodzinnym domu. Spękany strop grozi zawaleniem. Za oknem noc. Nie mam dokąd uciec. Ale ja właściwie nie chcę uciekać. Tu jest moje miejsce. Ściany pochylają się coraz bardziej. W końcu wychodzę na dwór. Wokół mrok. Pustka i cisza. Jestem sam. Nikogo prócz mnie, jakby cały Wszechświat opustoszał.

I naraz zmienia się wizja:

Gdzieś w domu czai się wąż. Nie widzę go, ale wiem, że tu jest. Boże! Jakże się boję! Och! Wiem to. On w końcu wypełznie… Tak, stało się. Giętkie stalowosine cielsko. Rozwidlony język co i raz wysuwa się z rozwartej paszczy. Coraz bliżej mnie… coraz bliżej…

Wychodzę z domu. Jest zmierzch. Idę boso. Pod stopami czuję nierówności gruntu. Cicha, spokojna noc. Naraz niebo rozbłyska setkami, tysiącami, może dziesiątkami tysięcy różnobarwnych ogni. Firmament zapełnia się czymś, co przypomina gwiazdy, planety, komety. Wszystko wiruje, porusza się po łukowatych torach. Ach! Tak. Wiem, iż dzieje się coś nienaturalnego. Lękam się nieco, jak wszystkiego, co dziwne, niecodzienne, ale jednocześnie odczuwam ulgę, że „to” już nadeszło, że spełnia się wreszcie. Wiem, że to schyłek czegoś i jednocześnie początek. Schyłek czego? Nie wiem… Początek czego? Nie wiem…

Po raz kolejny obudziłem się przerażony. Siadłem na posłaniu i długo, bardzo długo nie mogłem się uspokoić. Lękałem się ponownego zaśnięcia, by znów nie nawiedził mnie jakiś koszmar. Za oknem niebo zaczynało szarzeć. Wypełzający spoza Gór Pieprzowych rąbek słońca okrwawił widnokrąg. Piały dalekie koguty. Na katedralnej dzwonnicy zegar wybijał kwadranse. Na wybojach turkotał wózek przekupki, podążającej ku wylotowej ulicy, by czekać tam na baby, zdążające z pobliskich wsi na targ z warzywami, osełkami masła, gomółkami sera, jajkami, śmietaną, by odkupić od nich towar i samej rozłożyć go na straganie…

Zaczął się nowy dzień…

cdn.

Andrzej Sarwa

Powyższy tekst jest fragmentem książki Andrzeja Sarwy Szepty i cienie.