Szepty i cienie. Rozdział ósmy

Prawie zbiegłem stromizną ulicy Zawichojskiej. Na dole, naprzeciw wzgórza zwanego Żmigrodem, skręciłem w lewo, w wąziutką, niebrukowaną, pokrytą grubą warstwą miałkiego kurzu uliczkę. Minąwszy niezbyt rozległą płaszczyznę, począłem wspinać się tą wąską drogą na dość łagodny skłon wzgórka rozorany płyciuchnym parowem, w którego niewysokie ściany powrastały strzechami kryte półziemianki.

Już z daleka czuć było prawie ze wszystkich chałup woń gotowanego wołowego rosołu i smażonych mielonych kotletów. Wiadomo – niedziela. Po całotygodniowym, skromnym, czy nieraz wręcz bardzo skromnym jedzeniu, na świąteczny dzień pozwalano sobie na ten luksus, że kupowano – na ile kogo było stać – pół kilo czy kilo wołowiny. Na kości gotowano rosół, mięso mielono i nader obficie zasiliwszy je bułką namoczoną w mleku, doprawiwszy cebulą i jajkiem, przeznaczano na owe kotlety.

Dzieci, czekając obiadu, bawiły się na środku zapylonej drogi, nie bacząc na to, że minionego wieczora zostały wyszorowane, a dzisiejszego ranka przyodziane czysto. Ich zabawa polegała na tym, że nabierały pełne garście kurzu i ciskały go w górę. Dwóch chłopców bawiło się inteligentniej robiąc zawody w toczeniu kuchennej fajerki przy pomocy pogrzebacza po nierównej, wyboistej ścieżce.

Gwarno było i wesoło.

A skądś, z głębi uliczki, z któregoś z miniaturowych podwórek, niósł się ślicznym altem głośny dziewczęcy śpiew:

Ja jestem kawaler młody,
Nie brak mi wcale urody,
Czerwony nos i czarny włos,
I trochę krzywe mam nogi…

Uśmiechnąłem się słysząc te słowa. Głęboko odetchnąłem chałupczańskim powietrzem, które kojarzyło mi się z niedzielnymi spacerami z dawnych dziecięcych lat, gdy mama przyprowadzała mnie tutaj, gdzie przyszedłem na świat. I znów poczułem się spokojny, szczęśliwy, bezpieczny…

***

– Stasiu! Stasiu! – usłyszałem jakiś dziewczęcy głos.

Przystanąłem i obejrzałem się. Na wysokim progu drzwi wejściowych do chałupy siedziała cudna, młodziutka dziewczyna i uśmiechała się do mnie:

– Rozalka! – zawołałem szczerze uradowany jej widokiem. – Rozalka Rucińska!

Zawróciłem w jej kierunku i oparłszy się o płot zbity z nieheblowanych sztachet sosnowych, zagadałem:

– Dawnośmy się nie widzieli, co?

– Oj, dawno – przytaknęła. – Będzie ze dwa lata.

– A gdzieżeś to bywała? Nie widywałem cię ani na mieście, ani tutaj. A na Chałupki często zaglądam.

– A… byłam na służbie… U jednych państwa. W Kaliszu. Myślałam, że na kucharkę się wyuczę.

– I co? Wróciłaś? Źle ci tam było?

– Ojciec mnie zabrał, bom pracowała ponad miarę za miskę zupy i stare szmaty.

– I co teraz zamiarujesz robić?

– No, nie wiem… Coś tam rodzice wymyślą, może samo się trafi… A może za mąż pójdę – tu uśmiechnęła się filuternie i spod oka zerknęła na mnie.

Uśmiechnąłem się i ja.

– Ba! Pewnie! Za mąż to najlepsze rozwiązanie. A masz już kogoś na oku, zaleca się ktoś do ciebie?

– I nie jeden! – odparła, wyraźnie nie kryjąc dumy.

– Ba! Nie dziwota! Śliczna jesteś, Rozalko, to i adoratorów ci nie brakuje.

Zaczerwieniła się zakłopotana, by za chwilkę podnieść w górę filuterne oczy i zalotnie zapytać:

– To i tobie, Stasiu, się podobam?… – urwała speszona. – A możem już tak nie powinna do ciebie się zwracać, tylko… paniczu?

– Oj, Rozalka, Rozalka, wszak żeśmy prawie równolatki, a naszych zabaw w chowanego, w berka, wyścigów „pod gruszkę” nie zapomniałem! A ile ty właściwie masz lat?

– W lutym skończyłam szesnaście.

– No widzisz, tom niewiele starszy od ciebie i wciąż za przyjaciółkę cię uważam. A wiesz ty co? Masz teraz coś do roboty? Pomagasz przy obiedzie?

– Nie, com miała zrobić, tom zrobiła. Kluskim zagniotła, pokroiła, ugotowała. A mamusia robi resztę – kartofle gotuje i smaży kotlety. Nawet z kuchni mnie przegoniła, żebym się jej pod nogami nie plątała.

– Skoro tak, to zamiast tu sterczeć i płot podpierać, chodźmy się gdzieś przejść, co?

– A wypada to tak? – zaniepokoiła się Rozalka.

– Oj! Przecież gdzieś blisko, może kawałek w Doły, może gdzieś na miedzę śród pól. Posiedzimy, porozmawiamy, powspominamy dziecięce zabawy.

– No dobrze, ale muszę się matce opowiedzieć. Bez jej zgody nie pójdę. – I rzekłszy to, zawołała: – Mamo! Odwiedził nas Staś Szłopanowski i chce, żebyśmy się przed obiadem przeszli w Doły. Mogę?

Stara Rucińska wyszła na podwórko, wytarła otłuszczone od uklepywania kotletów ręce w fartuch i ucieszona zawołała:

– O! Stasiu! Jakże cię miło widzieć! – po czym dodała, jednocześnie obrzucając mnie krytycznym wzrokiem od stóp do głów: – Cóż, właściwie tom nie powinna dać zgody, żebyś dziewczynie opinii nie zepsuł, ale… i ja cię znam od dziecka, i inni cię tu znają, żeś dobry chłopak, spokojny, uczciwy, do Mszy Świętej usługujesz. No, niech tam. Idźcie. Tylko mi się zbyt długo po polach nie włóczyć! Pamiętać o obiedzie! Ciebie Stasiu też zapraszam na talerz rosołu i coś tam na drugie.

– Dziękuję za zaproszenie, innym razem chętnie może skorzystam, ale nie dziś, matce byłoby przykro, bom się ani nie opowiedział, dokąd idę, ani tym bardziej, że mogę na obiad nie wrócić.

– No, jak tam chcesz.

Rozalka poprawiła włosy, bluzkę i wyszła na drogę.

***

Powoli zagłębiliśmy się w cienisty parów, zwany tu Dołami, o łagodnych początkowo zboczach porośniętych krótką murawą przetykaną kępkami liliowych macierzanek, cieciorek o różowobiałych bądź intensywnie żółtych kwiatach, pąsowymi główkami dzikich goździków na cienkich, lecz sztywnych łodyżkach, krzaczkami błękitnej cykorii-podróżnika, wilżyny oblepionej soczyście różowym kwieciem, żółtymi główkami komonicy i od czasu do czasu karminowoczerwonymi, słodko pachnącymi kwiatami groszku wyrastającymi z płożących się, półwzniesionych pędów.

Im głębiej wchodziliśmy w wąwóz, tym chłodniej się robiło i zaczynały się drzewa – pierwsza z lewej stała stara wyniosła samotna grusza, już pod koniec sierpnia rodząca pyszne ulęgałki. Stanowiła dla dzieci metę w organizowanych wyścigach. Dalej był rząd rosochatych wierzb, z których co dwa-trzy lata ścinano gałęzie czy to na opał, czy by ogrodzić nimi podwórka, a nawet całe obejścia. Na samym końcu, na szczycie płaskiego pagórka, nazywanego Bębnem, rósł akacjowy zagajnik, składający się z ośmiu czy dziesięciu leciwych już drzew, poniżej których na ostrych obrywach lessowej, jałowej skarpy zwieszały się przyczepione na długich i mocnych korzeniach, sięgających głęboko w zbocze, dorodne kępy wisienki stepowej, gęsto oblepione drobnymi ciemnozielonymi skórzastymi listkami i zaczynającymi już dojrzewać niewielkimi owockami.

Z tyłu doleciał nas jeszcze śmiech jakichś łobuziaków i drwiący zaśpiew, któregoś z nich, skierowany wyraźnie pod naszym adresem:

– Panna z kawalerem, panna z kawalerem!

I jeszcze głośne:

– Rozalka! Trzymaj fason!

Rozalka, słysząc to, zmieszała się troszkę, ale nic nie powiedziała.

Szliśmy obok siebie w milczeniu. Tak jak w chwili, kiedy się spotkaliśmy, ucieszyliśmy się z tego i chcieliśmy opowiedzieć sobie jak najwięcej, teraz nagle oboje zamilkliśmy. Uświadomiliśmy sobie bowiem, że nie jesteśmy już dziećmi, które podczas zabaw skakały po grombach (1), biegały za szmacianką czy urządzały wyścigi. Teraz byliśmy już innymi osobami, jeszcze może nie dorosłymi, ale bynajmniej już nie dziećmi. Dziewczyna spuściła głowę, od czasu do czasu tylko nieśmiało zerkając na mnie spod oka. Ja przyglądałem się jej bardziej otwarcie, chociaż bynajmniej nie nachalnie.

Rozalka miała bardzo ładną twarz, szlachetnie zarysowane czoło, zgrabny nos, wysmukłą szyję i piękne zielone oczy ocienione ciemnymi, jakby malowanymi rzęsami, na które niesfornie spadała puszysta grzywka pszenicznych jasnych włosów.

Kształtne i nad wyraz bujne piersi z trudem opinała odświętna batystowa bluzka.

– Co mi się tak przyglądasz? – zapytała speszona.

– A bo ci się napatrzeć nie mogę, takaś śliczna…

– Nie opowiadaj bodaj czego – zarumieniła się po samo czoło, ale widać było, że moje słowa sprawiły jej przyjemność.

– Kiedy to prawda…

Znów zamilkliśmy. Nie wiedzieliśmy, o czym mamy rozmawiać. Szliśmy więc obok siebie milczący, niekiedy nasze dłonie dotykały się przez przypadek i wtedy odczuwałem jakieś niezwykłe mrowienie w kręgosłupie i dziwną słabość w nogach. Wdrapaliśmy się na wyniosłą górę. Hen, w oddali, na przeciwległym skłonie rozległego wzgórza falowały łany zbóż, łagodny wietrzyk niósł cierpkawy zapach zaczynającego już płowieć żyta. Skowronek wisiał nad nami niczym szara kropka na czystym lazurze rozpostartej ponad głowami niebieskiej powały i aż się zanosił perlistym śpiewem. Spokojnie było, ale zarazem jakoś dostojnie i nabożnie. Opuściły mnie wszystkie lęki, oddychałem odprężony i radosny. Rozalka przymknęła oczy i także chłonęła całą sobą ów spokój letnich pól.

Naraz, chociaż tego nie planowaliśmy, nasze ręce dotknęły się, spletliśmy palce i oparłszy się o siebie barkami, zasłuchani w ptasie trele, dzwonienie koników polnych i ciężkie buczenie trzmieli uwijających się między kwiatami, siedzieliśmy z przymkniętymi powiekami przepełnieni takim szczęściem, jakiego do tej pory nawet sobie nie umieliśmy wyobrazić, którego istnienia nawet nie podejrzewaliśmy…

Czas płynął, ale gdzieś poza nami. Nie obchodził nas. Zatopieni we wszechogarniającej i wypełniającej nas słodyczy tego spokoju, nie liczyliśmy skapujących powoli minut i kwadransów. Słońce i leciuchny wietrzyk pieściły nasze twarze. Gdzieś w oddali zawzięcie kłóciły się wróble, zaszczekał pies… Pyszny motyl, zwany paziem królowej, dostojnie spłynął z góry i przysiadł na ramieniu Rozalki. Wstrzymała oddech, bojąc się, że owad odleci, ale on siedział spokojnie, otwierał i zamykał skrzydła pyszniące się wspaniałymi kolorami wyszukanego deseniu.

Tę sielankę przerwało dalekie wołanie:

– Rozalkaaa! Rooozaaalkaaa!

Dziewczyna zerwała się na równe nogi, spłoszony motyl odfrunął, spłoszyłem się i ja.

– Mamusia! Jej! Zasiedzieliśmy się, zapomniałam o obiedzie. Nakrzyczy na mnie.

Posmutniała i szparko zbiegła w dół zbocza, a gdy dotarliśmy do drogi wijącej się dnem parowu, ile sił w nogach ruszyła w kierunku chałupy. Szła tak żwawo, że ledwom mógł za nią nadążyć.

– Rozalka! Poczekaj!

Przystanęła na chwilkę.

– Rozalka, chciałem ci podziękować…

– A za co?…

– Za wspaniały czas, jaki z tobą spędziłem…

– Mnie też było przyjemnie. Nawet nie wiesz, jak bardzo…

Zajrzałem jej głęboko w oczy. Tym razem nie odwróciła wzroku, odwzajemniła to spojrzenie.

– Chciałbym jeszcze… kiedyś… znowu… – nie potrafiłem dopowiedzieć tego, co miałem w sercu.

Ale ona zrozumiała, o co mi chodzi.

– Codziennie rano, po siódmej, wyganiam krowę na naszą łączkę za strumieniem albo troszkę dalej, do wąwozu. Możesz kiedy przyjść…

Odwróciła się i, nie patrząc już na mnie, pobiegła drogą przed siebie. Spod jej stóp unosiły się obłoczki kurzu. Zatrzymałem się, bo wiedziałem, że nie powinienem jej gonić.

Wyrwałem długie źdźbło trawy i żując je, szedłem powolutku w stronę chałup. Gdy je mijałem, zza otwartych okien dolatywały odgłosy obiadu, szczękanie naczyń, dzwonienie łyżek… zapach kotletów i klusków z rosołem, młodej zasmażanej kapusty, zapach niedzielnej sytości biednych ludzi…

***

Obudziłem się wypoczęty i wesół. Szybko obmyłem się w miednicy z zimną wodą, przy pucowaniu twarzy głośno parskając w dłonie. Jeszcze szybciej się ubrałem i jak zwykle, jak co ranka od wielu już lat, wyszedłszy z domu, skierowałem się w kierunku kościoła Świętego Ducha, gdzie miałem usługiwać do Mszy Świętej. Uszedłszy jednak kawałek drogi, zatrzymałem się przy skrzyżowaniu szlaków. Spojrzałem na wprost, na kościół Świętego Ducha i zerknąłem też w prawo, w kierunku ulicy Zawichojskiej… Zawahałem się przez chwilkę i niezbyt pewnie ruszyłem w stronę kościoła. Gdym uszedł tak z dziesięć kolejnych kroków, znów przystanąłem niezdecydowany, oglądając się za siebie. Mocowałem się tak kęs czasu, to idąc krok, dwa ku kościołowi, to się zatrzymując. Aż w końcu posłyszałem, jak na ratuszowej wieży wybiła godzina. Nie miałem już po co do kościoła chodzić, bo oto Msza się właśnie zaczęła.

Napięcie mnie opuściło, a robak sumienia jakoś nie gryzł zbyt mocno. Żwawo ruszyłem ku Zawichojskiej i prawie zbiegłszy w dół, nie skręciłem jednak wprost na Chałupki, ale – sam nie wiedząc, czemu tak robię, czemu się kryję – minąwszy uliczkę, poszedłem kilkadziesiąt metrów dalej i zagłębiłem się w płytki wąwóz o bagnistym dnie, zwany przez miejscowych Krzywymi Dołami, po którego bokach rosły rosochate wierzby i gdzieniegdzie krzak leszczyny, zaś środkiem płynął leniwie strumień o kryształowo czystej wodzie. Idąc wzdłuż owego strumienia dotarłem do łączki, na której już z daleka wypatrzyłem Rozalkę pasącą krowę.

Oboje nie umieliśmy ukryć radości widząc się wzajemnie…

I od tego dnia już co rano zamiast do kościoła biegłem do Rozalki…

Dnie te były krótkie, mijały jeden po drugim, nie wiedzieć kiedy… Samotne noce dłużyły mi się niepomiernie… Świt budzącego się poranka wprawiał mnie w euforię, zmierzch zaś rozstaniem smutny sprawiał, iż cierpiałem…

Wypełniała, a nawet przepełniała mnie wręcz wylewając się ze mnie myśl jedna, pragnienie jedno, słodycz jedna, jedna radość, jeden rytm bijącego serca i oddechu, zaklęte w jednym jedynym słowie – Rozalka…

Dla obojga nas chwile spędzane razem były niczym sen rozkoszny, spokojny, przesycony jakąś niezwykłą słodyczą i pozłocistym ubarwiony szczęściem. Szczęściem, które nas omywało niczym ciepły oddech delikatnego wietrzyku ciągnącego od pól pachnących łanami dojrzewających zbóż.

Aż w końcu, gdy czas nastał odpowiedni po temu, wzięło barwę od zórz wieczornych, co rozkrwawiły niebo…

cdn.

Andrzej Sarwa

(1) Gromba – w sandomierskiej gwarze skarpa, wyniosłe zbocze wzgórza, ostry stok wzniesienia.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Andrzeja Sarwy Szepty i cienie.