Św. Ojciec Pio. Rozdział piąty. Wojna i pokój, cz. 1

Ojciec Pio miał dwadzieścia osiem lat kiedy Włochy przystąpiły do pierwszej wojny światowej – walczyły po stronie Anglii, Francji i Rosji przeciw Niemcom i Austrii. W maju 1915 roku do wojska powołano wszystkich zdolnych do służby mężczyzn. W Pietrelcinie była już późna jesień, kiedy ojciec Pio otrzymał list zaadresowany do Franciszka Forgione.

– Co to takiego? – zapytała Giuseppa.

Ojciec Pio rozerwał kopertę i rozpoznał urzędowy papier.

– Z rozkazu króla Wiktora Emanuela muszę stawić się w Neapolu na komisję lekarską – wyjaśnił.

Grazio wątpił, czy ojciec Pio zostanie uznany za zdolnego do służby.

– Na pewno nigdy nie włoży munduru – powtarzał.

– Nie bądź tego taki pewien, tato – powiedział ojciec Pio. Po cichu pogodził się z tą koniecznością, uznając ją za kolejną próbę, przez jaką musiał przejść.

Przed wyjazdem napisał do Lucii Florentino, jednej ze swych duchowych córek prosząc ją o modlitwę i aby pamiętała o nim podczas codziennej Komunii świętej.

Kiedy komisja lekarska w Neapolu zakończyła badania, czekał cierpliwie na ich wyniki wraz z tuzinem innych młodych ludzi, w większości w wieku około dwudziestu lat. Młodzieńcy żartowali i byli w doskonałych humorach. Zupełnie nie przejmowali się toczącą się gdzieś tam wojną i tym, że już za kilka dni dostaną karabiny, a w nocy sypiać będą na zimnej ziemi. Ojciec Pio siedział w milczeniu na twardym drewnianym krześle, z rękami splecionymi na podołku. Inni młodzi ludzie od czasu do czasu rzucali na niego zaciekawione spojrzenia.

Zgnębiony lekarz z rękami pełnymi papierów wyjrzał zza drzwi.

– Franciszek Forgione – zawołał. – Proszę wejść.

Ojciec Pio wszedł do biura komisji.

– Cóż, ustaliliśmy, że jest pan zdrowy – stwierdził lekarz uśmiechając się szeroko.

Ojciec Pio zdobył się na słaby uśmiech.

– Oto pańskie papiery – powiedział lekarz. – Może pan wychodząc pobrać mundur.

Ojciec Pio uścisnął rękę lekarza i podziękował mu. Następnie ruszył powoli do wyjścia, zastanawiając się, co go dalej czeka.

– A! Forgione! – zawołał za nim lekarz. Patrzył na sandały ojca Pio. – Będzie pan teraz musiał przywyknąć do butów. Ale proszę się nie martwić, w zeszłym tygodniu miałem tu aż trzech zakonników. Niech się pan dobrze rozgląda, a z pewnością spotka pan któregoś w szeregach.

Ojciec Pio przyjrzał mu się uważnie.

– Mam nadzieję, że go rozpoznam bez sandałów – powiedział. Kiedy wyszedł, lekarz trącił w bok jednego z młodych ludzi zebranych w poczekalni.

– Mam nadzieję, że wie którą stronę karabinu trzeba wycelować w Niemców.

Rekruci wybuchnęli śmiechem. Idący korytarzem ojciec Pio zatrzymał się nasłuchując.

Nigdy nie wziął udziału w walce. Został przydzielony jako sanitariusz do Dziesiątej Kompanii Korpusu Medycznego w szpitalu Trinitá dei Monti w Neapolu. Zakwaterowano go w pobliskich koszarach, wielkim budynku z kamienia. W każdej sali spało od dwudziestu do trzydziestu żołnierzy. Z jego życia znikł nie tylko habit i sandały – również miano „ojciec Pio” poszło w zapomnienie. Stał się teraz szeregowym Franciszkiem Forgione i nosił szarozielony mundur armii włoskiej, zdecydowanie na niego za duży. Przez krótko ostrzyżone włosy i wielkie brązowe oczy wydawał się chudy i chory.

– Napijesz się Forgione? – spytał przyjacielsko jakiś żołnierz o czerwonej twarzy. Leżał rozwalony na pryczy, a w ręku ściskał do połowy opróżnioną butelkę wina.

Franciszek potrząsnął głową. Był zmęczony i chciał zostać sam. Dni były ciężkie i ciągnęły się w nieskończoność. Niewiele pozostawało mu czasu na modlitwę i rozmyślania.

Żołnierze rozmawiali cicho do późnej nocy, wspominając dawne lepsze czasy. Ich przekleństwa i bluźnierstwa boleśnie raniły serce Franciszka. Próbował się odciąć od tych głosów, ale słyszał je bezustannie. Jego wrażliwa psychika i duchowa świadomość potęgowały każde wrażenie, jakiego doświadczał. Rzeczy jakie tu widział i słyszał uniemożliwiały mu spokojny sen, a dni spędzane w szpitalu przynosiły mu niewiele ulgi. Widok i głosy cierpiących ludzi wbijały się w jego serce niczym sztylet. Zaczął wyczekiwać poranków, kiedy wolno mu było iść do kaplicy Caesarea na Via Salvator Rosa, gdzie odprawiał Mszę świętą przy ołtarzu Matki Boskiej Cierpliwej, którą otaczał głęboką czcią.

Po zaledwie kilku tygodniach surowej wojskowej dyscypliny i samotnych bezsennych nocy, wyczerpanie wzięło górę. Franciszek jadł niewiele i z każdym dniem stawał się słabszy. Wkrótce oficer kazał go przenieść do wojskowego szpitala.

Niemal zasypiał na szpitalnym łóżku, kiedy usłyszał, jak ktoś wymienia jego nazwisko.

– Nic nie rozumiem – mówił lekarz. Rozmawiał z drugim lekarzem stojąc obok łóżka Franciszka. – Kiedy zmierzyłem mu temperaturę, zabrakło skali na termometrze. Musiałem posłać po termometr o większej skali, a wtedy okazało się, że w nocy miał pięćdziesiąt dwa stopnie, a dziś rano czterdzieści dziewięć. Nie powinien nawet żyć.

– I mówi pan, że wcale nie majaczy? – spytał jego kolega.

– Nie – lekarz pokręcił głową. Wydawał się całkowicie zbity z tropu. – Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem.

– Ani ja.

– Cóż, przynajmniej jedno jesteśmy w stanie ustalić. Ten jego kaszel to coś więcej niż zapalenie oskrzeli.

– Gruźlica?

– I to prątkująca. Zalecam natychmiastowy sześciomiesięczny urlop. Poprosiłem już jego ojca by po niego przyjechał.

– Po co zawracać sobie głowę urlopem? Obaj wiemy, że nigdy nie wróci. Wątpię, czy przeżyje te sześć miesięcy.

Franciszek otworzył oczy i słuchał jak ich kroki milkną w oddali. Nie wydając żadnego dźwięku płakał póki powieki nie stały się ciężkie i nie zapadł w pełen koszmarów sen.

Kiedy Grazio przyjechał do Neapolu, wysłuchał lekarzy, ale nie chciał uwierzyć w ich ponurą diagnozę.

– On nie umrze – upierał się. – Jego matka go wyleczy.

Lekarze poklepali go po ramieniu i wyrazili swoje współczucie.

***

– Czy spałeś dobrze? – spytała matka.

– Dość dobrze by podjąć obowiązki – odparł Franciszek i uśmiechnął się. Czuł, że wraca do siebie pod opieką Giuseppy. Dobrze było z powrotem nosić habit, zapomnieć na kilka miesięcy o szeregowym Forgione i zacząć myśleć o ojcu Pio.

Kiedy wróciły mu siły znowu zaczął być bardzo zajęty. Zbudował sobie chatkę ze słomy pod starym wiązem, gdzie czytał i modlił się. Postawił ją na skraju wioski, na polach, w miejscu zwanym Piana Romana, które należało do rodziny Forgione. Stało tu kilka niewielkich domków i kapliczek, gdzie szukali czasami schronienia rolnicy.

W pewien ciepły wrześniowy piątek, gdy parafia obchodziła pamiątkę stygmatów świętego Franciszka, ojciec Pio wrócił do domu ze swej chatki potrząsając dziwnie rękami. Giuseppa zamiatała właśnie podłogę w kuchni.

– Co ty robisz? Grasz na pianinie? – zażartowała.

Ale ojciec Pio wcale się nie uśmiechnął.

– Nie – odparł. – Bardzo mnie pieką dłonie.

Uśmiech Giuseppy również zniknął.

– O co tu może chodzić? – zapytała później don Salvatore.

Ksiądz wysłuchał jej uważnie.

– Sądzę, że Franciszek otrzymał niewidzialne stygmaty – stwierdził.

Stygmaty to znaki przypominające rany ukrzyżowanego Chrystusa, które w sposób nadprzyrodzony pojawiają się na ciele wybranych osób, takich jak święty Franciszek z Asyżu.

Giuseppa z trudem złapała oddech. Otworzyła szeroko ciemne oczy próbując pojąć to, co usłyszała.

– Nie lękaj się – don Salvatore objął ramieniem jej drżące barki. – Twój syn jest na właściwej drodze. Został wybrany przez Boga, aby cierpiał za innych.

Otarła z oczu łzy.

– No już, spokojnie – pocieszał ją. – Powinnaś być wdzięczna za to, że Franciszek należy do wybranych.

Don Salvatore postanowił wyjawić tę nowinę wyłącznie zwierzchnikom ojca Pio. Później napisał o tym zdarzeniu relację dla Watykanu.

***

Gdzie tylko pojawiał się ojciec Pio, wyprzedzała go reputacja świętego człowieka. Niektórzy zaczęli go nawet nazywać „małym prorokiem”.

Na początku 1916 roku został przeniesiony do starego klasztoru św. Anny w Foggii. Stał on na przedmieściach miasta, w otoczeniu pól, po których mógł godzinami wędrować. Czasami zatrzymywał się na odpoczynek w położonej niedaleko Kaplicy Siedmiu Krzyży. Codziennie odprawiał Mszę świętą w małym przyklasztornym kościółku, albo przy głównym ołtarzu, albo przy ołtarzu Matki Boskiej Pompejskiej.

Kiedy przebywał w Foggii otrzymał list od pewnej młodej kobiety, która pytała czy jej brat powinien zostać zawodowym wojskowym, czy wrócić do życia cywilnego.

Ojciec Pio napisał do niego:

„Nie ma znaczenia jaką karierę wybierzesz, ponieważ w każdej odniesiesz sukces. Pan będzie traktował Cię tak, jak Ty traktujesz swoich ludzi”.

Dziewczyna nie rozumiała tej odpowiedzi, póki pewnego dnia nie dowiedziała się od żołnierza pozostającego pod komendą jej brata, że traktuje on swoich ludzi tak jak dobry ojciec mógłby traktować własne dzieci. „Skąd ojciec Pio o tym wiedział?” – zastanawiała się potem. Jej brat powrócił do życia cywilnego i odniósł sukces.

Proboszcz z Cagnano z zainteresowaniem zbierał wieści o takich proroctwach.

– Zapraszam na obiad – powiedział pewnego dnia do ojca Pio, gdyż bardzo pragnął poznać lepiej młodego kapucyna.

– Muszę z nim pomówić – oświadczyła służąca proboszcza. – On ma specjalny dar czytania w ludzkich sercach… powiadają, że to święty.

Słysząc jej słowa proboszcz pokręcił głową.

– Obawiam się, że właśnie z tego powodu nie poświęci ci swego czasu.

Służąca cierpliwie przeczekała obiad, a kiedy ojciec Pio już wychodził, ruszyła za nim po schodach.

W połowie schodów kapucyn odwrócił się do niej nagle.

– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał. – W takim razie powiedz to teraz. – Po czym, nim zdążyła otworzyć usta, stwierdził: – Chcesz się oddać na służbę Jezusa Nazarejskiego.

Służąca przyznała, że istotnie obiecuje to sobie od wielu dni, ale obecnie zajmują ją inne sprawy.

– Moja ciotka jest bardzo chora.

– Będziemy się za nią modlić, a reszta w rękach Boga – odparł ojciec Pio.

– Mam również siostrzenicę, której na głowie zrobił się okropny ropień oraz dwa inne na ręce i nodze.

Ojciec Pio pokiwał głową.

– Będziemy się za nią oboje modlić.

Niedługo potem ciotka służącej umarła, natomiast siostrzenica, która była obłożnie chora i wcale nie mogła chodzić, w pewnym momencie poczuła obok siebie czyjąś obecność. Ten ktoś niemal wypchnął ją z łóżka.

– Jakby nakazał mi wstać podmuch wiatru – wyjaśniła rodzinie. I na oczach zdumionych bliskich wstała i zaczęła chodzić. Potem wyspowiadała się u ojca Pio. Kiedy szedł do zakrystii, chciała z nim jeszcze raz pomówić, ale on nagle zawrócił i wszedł do kościoła. Wybuchła płaczem.

– Czemu płaczesz? – zapytał ją jeden z braci zakonnych. Starał się uspokoić roztrzęsioną dziewczynę.

– Ojciec Pio nie chce mnie wysłuchać – łkała nieszczęśliwa. – Poszedł sobie ode mnie.

– Pewnie chciałaś mu powiedzieć, że chcesz zostać zakonnicą? Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Tak – odparła.

Zakonnik uśmiechnął się.

– To dlatego wyszedł – zażartował.

Ojciec Pio wrócił później i zobaczył, że dziewczyna nadal na niego czeka. Gdy go zobaczyła, podbiegła, ucałowała jego dłoń i położyła ją sobie na głowie.

– Nie tak szybko – napomniał ją łagodnie. – Ciebie boli głowa, a mnie ręka.

Dziewczyna zdumiała się ogromnie. Położyła sobie jego rękę na ranie na głowie, która była zasłonięta ciemnymi włosami, tak że nic nie było widać. Korzystając z jej oszołomienia ojciec Pio odszedł po cichu.

A idąc korytarzem poczuł, że ma wysoką gorączkę. Gorący i zmienny klimat Foggii zaostrzał jego stare problemy ze zdrowiem. Znowu zaczął kaszleć.

– Powinienieś chyba wrócić do Pietrelciny – stwierdził jego przełożony.

Ojciec Pio też się nad tym zastanawiał. Ucieszył się, że zapytano go o zdanie w tej kwestii, ponieważ czuł, że tym razem Pietrelcina z jakichś przyczyn nie odpowiada jego potrzebom. Coś ukrytego głęboko w jego duszy pragnęło ciszy, spokoju i samotności, by mógł rozmyślać.

Ojciec Paolino, przełożony klasztoru w San Giovanni Rotondo zapewnił, że tamtejszy klimat może pomóc ojcu Pio. Ponieważ inni zgodzili z jego opinią, ojciec Pio wyjechał tam 22 lipca 1916 roku. Górskie powietrze wpływało kojąco na jego płuca i po dwóch miesiącach czuł się na tyle dobrze, że mógł wrócić do Foggii. Przełożeni uznali jednak, że powinien zostać w San Giovanni Rotondo na stałe. Został tam oficjalnie przeniesiony w grudniu.

– Witamy z powrotem – powiedział na jego widok ojciec Paolino. Obserwował ojca Pio przez maleńkie, okrągłe okulary spoczywające na długim, cienkim nosie. Jego siwa nieporządna broda miała ponad dwadzieścia centymetrów długości.

Ojciec Pio uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Cieszę się, że znowu tu jestem – stwierdził.

Został przedstawiony bratu Agostino, Fernando, Gaudenzio i Archangelo. Brata Nicola poznał jeszcze podczas pierwszej wizyty.

– Będziesz mieszkał w pokoju numer pięć – zdecydował ojciec Paolino.

Cela ojca Pio znajdowała się tuż obok celi jego spowiednika, ojca Agostino, i miała nad drzwiami napis: „Krzyż jest zawsze gotowy i czeka na ciebie”. Pokój był bardzo prosto urządzony. Na żółtej ścianie nad wąskim łóżkiem wisiał krzyż, poza tym stało tu krzesło i mały drewniany stolik, na którym ojciec Pio ustawił fotografie rodziny i obraz Madonny z Dzieciątkiem. Ojciec przełożony nakazał ogrzewanie jego pokoju, aby chory nie cierpiał z powodu zimna, ale ojciec Pio zrezygnował z tego przywileju, Chciał, aby go traktowano jak wszystkich innych zakonników.

Szybko zadomowił się w nowym miejscu i wkrótce wpadł w codzienną rutynę obowiązków, na które składało się odprawianie Mszy świętej i wspólne modlitwy z innymi kapucynami. Przez długie godziny modlił się i rozmyślał samotnie w kaplicy, przed wielkim krucyfiksem.

Dorothy M. Gaudiose

Powyższy tekst jest fragmentem książki Dorothy M. Gaudiose Św. Ojciec Pio. Współczesny prorok.