Św. Jan od Krzyża. Człowiek i mistyk. Rozdział dziewiąty

Przywództwo w Andaluzji (1578–1588)

Kiedy Jan odpoczął i wrócił do siebie po ciężkiej próbie, nie mógł się doczekać, by opuścić kryjówkę w Toledo i powrócić do swojej wspólnoty. Tymczasem karmelici bosi z powodu wciąż nowych problemów postanowili ponownie spotkać się w Almodovar del Campo 9 października 1578 roku. Spotkanie to trwało tylko kilka dni, ale zebrani podjęli wiele ważnych decyzji (1). Mimo sprzeciwu niektórych uczestników, uzasadnianego bardzo delikatną sytuacją trwającą od przyjazdu przed rokiem nowego legata, „kapituła” zadecydowała o wyborze „prowincjała”, co zostało oczywiście odebrane jako kolejny buntowniczy akt. (Legat usłyszawszy o wyborze ekskomunikował wszystkich, którzy byli obecni na zebraniu kapituły.) Kapituła wysłała także Mikołaja od Jezusa Maryi i Piotra od Aniołów do Rzymu, by wytłumaczyli zaistniałą sytuację i uzyskali rozdzielenie obu gałęzi zakonu. Wyznaczono również Jana od Krzyża przełożonym klasztoru El Calvario w Andaluzji.

Jan wyruszył do El Calvario w towarzystwie dwóch służących, narzuconych mu przez Piotra Gonzaleza de Mendoza, który obawiał się, że tak długa podróż będzie dla Jana zbyt wyczerpująca. Taka wyprawa byłaby trudna nawet dla kogoś w świetnej formie. Pogoda nadal dawała się we znaki, było bardzo gorąco. Suche lato pokryło wszystko suchą piaszczystą powłoką. Jan przejechał przez równiny i dotarł do żyźniejszych wzgórz i dolin Andaluzji. Chciał odwiedzić karmelitanki bose w Beas. Kiedy do nich dotarł, był tak zmęczony i wyniszczony, że jego rysy stały się ostre. Zakonnice prawie go nie poznały. Próbowały go rozweselić śpiewając piosenkę, jednak nie zniosło to dystansu, jaki między nimi wywoływał jego stan. Wydawał się tak odległy.

Przez kilka pierwszych dni w Beas Jan był cichy i nieśmiały, ale gdy odpoczął zaczął swobodniej rozmawiać z siostrami i czuł się bardziej rozluźniony w ich towarzystwie. Zakonnice jednak nie były pod wrażeniem słynnego brata. Pewnego dnia Jan opowiadał im o matce Teresie i określił ją mianem „hija mia – moja córka”. Przełożoną, matkę Annę od Jezusa, określenie to zdenerwowało. Stwierdziła, że ten młody brat jest raczej bezczelny mówiąc o ich wielkiej przywódczyni jak o zwykłej wiejskiej kobiecie. Przełożona stała się później jedną z najgorliwszych uczennic Jana, ale jego początkowa nieśmiałość i ten incydent sprawiły, że nie dostrzegła jego duchowych możliwości. Wiemy o tym, bo napisała do matki Teresy skarżąc się, że ona i jej zakonnice nie mają z kim porozmawiać o sprawach duchowych. W swojej odpowiedzi matka Teresa tak wychwalała duchowe wartości Jana, że matka Anna była bardzo zaskoczona. Ona i jej siostry poznały Jana jako dość przeciętnego drobnego kaznodzieję. Teraz matka Anna przyjrzała mu się uważniej i odkryła człowieka głęboko duchowego. Z czasem zakonnice poznały go lepiej i nauczyły się od niego wielu rzeczy.

El Calvario

Po kilku dniach odpoczynku Jan wyruszył w dalszą podróż do El Calvario. Odległość nie była duża, ale zły stan dróg wiodących przez wzgórza i doliny oraz zły stan fizyczny Jana uczyniły tę podróż trudną. Trzydziestu braci z El Calvario oczekiwało przybycia Jana z obawą. Niektórzy obawiali się, że przybysz wniesie surowość do klasztornego życia. Jan był wśród pierwszych, którzy przyłączyli się do karmelitów bosych, a jego reputacja z Medina del Campo i Salamanki dotarła tu pocztą pantoflową. Bracia myśleli, że więzienie uczyniło go jeszcze twardszym i bardziej wymagającym.

Kiedy Jan od Krzyża przybył do klasztoru, bracia byli zaskoczeni łagodnością i dobrocią tego drobnego brata, który miał zastępować ich przełożonego, który wyjechał do Rzymu. Przybyły brat wydawał się stworzony do życia w tym odizolowanym klasztorze w Sierra Morena, otoczonego wzgórzami i dolinami pokrytymi drzewami owocowymi, oliwkami i innymi roślinami uprawnymi. Było to idealne miejsce do odpoczynku, modlitwy i życia zgodnie z regułą karmelitów bosych. Stanowiło to kontrast do dziewięciu miesięcy spędzonych w schowku i niewątpliwie musiało odmłodzić Jana.

Bracia w El Calvario żyli skromnie. Ich pożywienie składało się głównie z polnych roślin, które gotowali z odrobiną czosnku i octu. Jeśli mieli jednocześnie olej i ocet był to doprawdy niezwykły dzień. Modlili się razem w chórze, jak nakazywała reguła, a resztę czasu spędzali na medytacjach w swoich celach. Cela Jana była tak prosta jak wszystkie inne pomieszczenia. Jego zdaniem wszyscy powinni być traktowani tak samo, niezależnie od tego kto jest przełożonym, a kto mu podlega. Jego łóżko były w zasadzie wiązką rozmarynu i gałęzi splecionych razem w materac. Pozostałymi meblami w pokoju był mały stół i krzesło. Bracia żyli i pracowali razem, gdy brakowało jedzenia także zbierali się w refektarzu, gdzie Jan udzielał błogosławieństwa i dziękował Bogu za to, że wybrał ich, by cierpieli tego dnia. Życie w klasztorze było wspólnym zbliżaniem się do Boga. Bracia lepiej zrozumieli jak ich wspólne życie może pomóc w ich życiu z Bogiem, który był obecny wśród nich w bardzo namacalny sposób. Jego obecność odczuwali i przekazywali w swoim kapłaństwie.

Każdej soboty Jan szedł do Beas, by wysłuchać spowiedzi sióstr, przewodzić ich duchowej podróży i odprawić dla nich Mszę świętą. Były to radosne dni dla sióstr i dla Jana. Jedna z zakonnic, matka Magdalena od Ducha Świętego mówi nam o jego łagodności i dobroci. Kiedy mówił, uświadamiała sobie jak dużo ona i inne siostry zyskały dzięki niemu (2). Spotykając się z nim i słuchając jego słów nie mogły nie zauważyć jak głęboko jest zjednoczony z Bogiem, któremu one także służyły. Był dla nich darem od Boga. Ośmielał siostry w ich wspólnym życiu, modlitwie i umartwieniu, które przewodnictwo Jana pozwalało widzieć w nowym świetle. W takich wydarzeniach znajdujemy źródła jego komentarzy do poezji. Rozmowy z zakonnicami pomogły mu sprecyzować swoje pomysły i mogły stać się materiałem, z którego stworzył swoje mistrzowskie komentarze, takie jak Pieśń Duchowa czy Żywy Płomień Miłości. Dzięki temu wszystkiemu siostry zrozumiały wreszcie jego wielką łagodność, wiedzę i głęboki humanizm.

Będąc w konwencie Jan nigdy nie był bezczynny. W wolnym czasie wyrywał chwasty w ogródku i hodował kwiaty. Lubił czuć ziemię, być w kontakcie z naturą, która tak często inspirowała w nim poetę. Doprawdy był człowiekiem zakorzenionym w ziemi. Cud każdej rośliny, każdego kwiatu stale uświadamiał mu całą Boskość stworzenia. W poniedziałki Jan wracał do El Calvario mając w sobie spokój i ukojenie, które dawał mu pobyt w Beas.

Zachęcony pytaniami i komentarzami sióstr z Beas, a zwłaszcza dzięki ich ciągłym naleganiom, Jan zaczął pisać komentarze do swoich wierszy. Napisał Wejście na Górę Karmel, i w tym samym czasie, pierwszy szkic Pieśni duchowej. Napisał także Przestrogi dla sióstr z Beas. Ta krótka praca składa się z cyklu napomnień mających pomóc w zbliżeniu się do Boga poprzez oddane i prawdziwie chrześcijańskie życie. Zakonnice bardzo ją ceniły, uradował je także szkic góry Karmel, który Jan dla nich narysował.

Pomimo sukcesów w Beas Jan odczuwał smutek. Chciał wrócić do rodzimej Kastylii. Brakowało mu ludzi, krajobrazu z górami i sosnami i palącej letniej spiekoty na północnych równinach. Po dwóch latach mieszkania w południowej Hiszpanii, gdzie czuł się opuszczony, gdzie ludzie byli inni od tych, wśród których się wychował, czuł się samotny i pragnął ponownie zobaczyć się z matką i bratem. Jego powrót do Kastylii opóźni się jeszcze o kilka lat. Teraz jest potrzebny w Baezie.

Baeza

Baeza była ważnym miastem w szesnastowiecznej Hiszpanii. Mając pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców i bardzo dobry uniwersytet była doskonałym miejscem, by założyć tu nowy dom w Andaluzji. Kilku wiodących członków uniwersytetu w Baezie słyszało o karmelitach bosych i robiło wszystko, co w ich mocy, by sprowadzić braci, by założyli klasztor w ich mieście. Po pewnych dyskusjach bracia stwierdzili, że Baeza faktycznie będzie wspaniałym miejscem do założenia domu studiów i wyznaczyli Jana od Krzyża jego rektorem- założycielem.

Kiedy Jan znalazł lokal nadający się na mieszkanie dla studentów wybrał trzech braci, którzy wyruszyli z nim, by założyć kolegium św. Bazylego. Pierwszy dom studiów karmelitów bosych. Trzej bracia wyruszyli pieszo z El Calvario rankiem 13 czerwca 1579 roku. Przed zmrokiem przemierzyli pięćdziesiąt kilometrów dzielących ich od Baezy i przygotowali kaplicę na poranną Mszę świętą z okazji święta Trójcy Świętej.

Kolegium znajdowało się niedaleko uniwersytetu bardzo blisko od łuku Puerto de Ubeda. Obecnie miejsce zajmowane dawniej przez kolegium św. Bazylego zajmuje inna szkoła, Escuela de Artes Aplicatod y Oficios Artisticos, mieszcząca się w dużym nowoczesnym budynku z ogrodem, niedaleko od mauretańskich murów miejskich. Kolegium, tak jak klasztory karmelitów, zostało zbudowane na krańcu miasta w barrio. Kiedy Jan szedł z kolegium na uniwersytet, przez łuk Puerta de Ubeda widział dach katedry z jej dzwonnicą jakby stojącą na straży. Bardzo wąskie brukowane ulice były ograniczone domami, które tłocząc się w ciasnych alejkach blokowały jakikolwiek szerszy widok. Uliczki wspinały się i opadały w kierunku centrum miasta. Kiedy Jan doszedł do ogromnej katedry z fontanną de Santa Maria ujrzał masywne budynki uniwersytetu i kościół. Ozdobne kamienne rzeźby nad drzwiami niskiego kwadratowego budynku uniwersyteckiego przywoływały nieśmiertelne jakości architektury średniowiecznej. W tym mieście intelektualistów i beatas (świeckich kobiet, które mieszkały same w swoich domach nosząc stroje zakonne) Jan miał spędzić następne dwa lata życia.

Życie Jana nie uległo większej zmianie, gdy został rektorem w Baezie. Ubóstwo nadal było dla niego głównym elementem życia religijnego. Braciom brakowało materacy, poduszek i innych niezbędnych rzeczy, jednak Jan nie pozwolił kwestorom przyjmować tych potrzebnych rzeczy od ofiarodawców. Mówił: „Jak mamy żyć w ubóstwie mając wszystko, czego potrzebujemy?” (3). Chcąc przygotować braci na życie w prawdziwym ubóstwie nie przyjął nawet materacy i innych darów od kogoś z uniwersytetu, kto widział ich biedę. Być wolnym od wszystkich rzeczy, by móc kochać wszystko, co Boskie: to był jego cel. W dalszym ciągu podkreślał także rolę skupienia i rozmyślań, które powinny według niego być najważniejszą rzeczą w życiu każdego karmelity bosego. Skupienie pozwalało każdemu bratu we wspólnocie coraz wierniej wcielać w niej Boga miłości. Mieszkańcy Baezy całymi dniami nie widywali karmelitów. Bardzo rzadko opuszczali klasztor, a nawet jeśli się to zdarzało, to zwykle szli na uniwersytet albo odwiedzić chorych. Pewnego razu na kapitule, na której bracia wyznawali swoje winy i łamanie przepisów przed wspólnotą, a czasem wytykali sobie nawzajem przekroczenia, prowincjał zganił Jana, że zbyt rzadko odwiedza ludzi bogatych i wpływowych. Jan upadł do jego stóp i spytał czy nie byłoby lepiej gdyby wykorzystał ten czas prosząc Boga, by skłonił tych ludzi do ofiarowania tego, co potrzebne? Odpowiedziała mu cisza. Jan wyraził się jasno i jego pogląd zwyciężył. Zawsze pierwszy dawał właściwy przykład, nadając ton nowemu kolegium.

Dni Jana były wypełnione zwykłymi zajęciami. Sprzątał dom, dbał o kaplicę, wykonywał potrzebne naprawy. Nie wykorzystywał swojej pozycji przełożonego, by unikać codziennych prac niezbędnych we wspólnocie. Jan od Krzyża zawsze postrzegał siebie jako jednego z wielu braci, którzy razem mieszkali i pracowali. W wolnych chwilach kontynuował swoją pracę na Wejściem na Górę Karmel i Pieśnią duchową. Modlił się i czytał Pismo Święte. Często spał tylko dwie lub trzy godziny, resztę nocy modlił się w kaplicy. Czasem bracia znajdowali go leżącego na podłodze kaplicy z peleryną pod głową. Tam odpoczywał ze swoim Bogiem.

Bardzo ważna była dla niego liturgia. Pogłębiło się także jego oddanie wspólnej modlitwie. Jak zawsze był bardzo skrupulatny jeśli chodzi o czystość ołtarza i szat liturgicznych, ale teraz, w dni świąteczne, ujawniała się jego kreatywność. Na przykład na święta Bożego Narodzenia organizował sztuki odgrywane przez braci. Bracia rozproszeni po klasztorze grali właścicieli gospód w Betlejem, a Jan i inni przyjmowali role Świętej Rodziny. Zatrzymując się przy każdej grupie braci, Jan mówił o cudzie świąt. Jego twarz lśniła. Rysy ożywały, a oczy błyszczały. Doña Maria de Paz, beata z Baezy, pisze, że widziała go o różnych porach i jego ciało, a zwłaszcza twarz, wydawała się oddawać nastrój danej pory (4). Jak u wszystkich ludzi i u Jana można było ujrzeć jego serce w wyglądzie fizycznym, wystarczyło się tylko uważnie przyjrzeć.

Jan był niezmiernie uczciwym człowiekiem. Pewnego dnia ktoś przyszedł do kolegium chcąc dać pieniądze na intencje mszalne w konkretnie wyznaczonych dniach. Ponieważ wszyscy bracia mieli już intencje na te dni Jan zabronił przyjęcia pieniędzy. Jeden z jego asystentów zasugerował, że dzień opóźnienia nie gra aż takiej roli, a pieniądze bardzo by im się przydały, być może powinni jednak je przyjąć, a Msze święte odprawić w inne dni. Jan jednak twardo utrzymywał, że po pierwsze i najważniejsze muszą być uczciwi i prawdomówni, a swoje potrzeby powinni powierzyć Bogu. Jan kochał autentyczność – podstawową wartość chrześcijanina.

Jan od Świętej Eufemii opisuje inną zaskakującą cechę charakteru Jana od Krzyża (5). Zgodnie z konstytucjami zakonnymi przełożony miał wizytować cele braci, by upewnić się, że nie są nieposłuszni regułom. Jan robił to, ale idąc grzechotał swoim różańcem, robiąc w ten sposób taki hałas, że ostrzegał braci o swoim nadejściu. Dla niego reguła i jej wypełnianie miało być pomocą dla innych, by pełniej przeżywali swoje życie zakonne.

Jan okazywał też troskliwość podczas wspólnych okresów odpoczynku. Po kolacji bracia szli do wspólnego pokoju, by słuchać Jana i odpocząć. Jan mówił tak ciekawie, że bracia zawsze opuszczali pokój wypoczęci i roześmiani. Niezależnie od tego czy mówił o rzeczach zwykłych, czy o sprawach duchowych jego słuchacze odchodząc zawsze byli szczęśliwi. Bracia często nie mogli się doczekać tych wieczornych spotkań, a ci, którzy podawali posiłki często opuszczali swój późniejszy posiłek, żeby tylko posłuchać Jana i być z nim. Tylko człowiek bardzo ludzki i pełen współczucia mógł wywołać w innych taką miłość i oddanie.

Wielka empatia Jana ujawniła się po raz kolejny w jego trosce o chorych. Rok 1580 został naznaczony catarro universal, epidemią grypy, która zaatakowała całą Hiszpanię. Często całe rodziny chorowały jednocześnie. Takie nieszczęście uderzyło w rodzinę jednego z braci z kolegium. Jan wyruszył z tym bratem, by odwiedzić jego rodzinę. Jej członkowie byli rozmieszczeni po całym domu, każdy leżał w innym pokoju. Jan rozmawiał z każdym z nich i pocieszał jak tylko potrafił. Kiedy wrócili do kolegium pokoje wypełnione były chorymi braćmi, dodatkowo przybyło dziewięciu innych z El Calvario. Jan wymieniał pościel, kąpał i karmił pacjentów. Czasem nawet dla nich gotował. W młodości nauczył się, od rodziny i z doświadczeń w Las Bubas, jak opiekować się chorymi. Teraz jednak te działania nabierały o wiele większego znaczenia zarówno dla Jana, jak i dla tych, którzy obserwowali go w tej służbie. Bóg, którego tak kochał, był darem dla wszystkich. Jego łagodność i głęboka troska sprawiła, że kochano Go jeszcze mocniej.

Grypa zaatakowała także Medina del Campo. Matka Jana poważnie zachorowała i wkrótce zmarła. Z szacunku dla Jana i ponieważ jego matka była im tak bliska, karmelitanki bose pochowały ją na swoim cmentarzu. Pozostał już tylko jego brat Franciszek, który będzie dla Jana wielką pociechą w końcowych latach jego życia.

Jako rektor kolegium Jan od Krzyża spędzał dużo czasu spełniając obowiązki przewodnika duchowego. Jego pomocy na drodze ku Bogu szukali studenci, beatas i zwykli ludzie. Niektórzy wykładowcy z uniwersytetu także przychodzili niemal codziennie, by dyskutować z Janem o Piśmie Świętym i by otrzymać porady dotyczące ich duchowego rozwoju. Wśród nich byli dr Ojeda, Maestro Sepulveda, doktorzy Becerra i Carleval, oraz ojciec Nuñez Marcelo. Wszyscy byli zaskoczeni dokładnością i odkrywczością interpretacji pewnych ustępów Pisma dokonanych przez Jana. Stopniowo uświadamiali sobie, że twórcze podejście Jana do Pisma Świętego wynika z tego, że traktuje on Pismo jak źródło swojego codziennego życia. Nie była to tylko kwestia znalezienia trafnego cytatu dla każdego wydarzenia. Jan tak pełnie przeżywał swoje życie, że czytał Biblię i nieustannie widział nowe rzeczy jakie oferowała. Codziennie wcielał w życie Pismo Święte, ponieważ wiedział jak zrozumieć jego przesłanie, wiodło go to ku coraz większemu człowieczeństwu i nieustannie rosnącej trosce o wszystkich ludzi.

W Baezie Jan zaskoczył wszystkich, którzy go znali swoją silną miłością do natury. Mówił z elokwencją nawet o najprostszym kwiatku na polu. Hiszpańskie niebo wypełnione nieprzeliczonymi gwiazdami zawsze prowokowało go by chwalić Boga, który dał ludzkości takie piękno. Często zabierał kogoś na pola i po samotnej modlitwie powracał do niego i opowiadał o otaczającym ich pięknie i o Bogu, o którym ono świadczyło.

Jednak mimo rozrywek jakie oferowała wieś i całej swojej aktywności i modlitw, które zajmowały go ponad miarę, Jan odczuwał smutek. Wyraża go otwarcie w liście do matki Katarzyny od Jezusa z 6 lipca 1581 roku:

„Choć nie wiem, gdzie jesteś, kreślę tych kilka wierszy, ufając, że ci je prześle nasza Madre, jeżeli nie jesteś z nią. I jeśli naprawdę jej nie towarzyszysz, pociesz się tym, że ja tutaj jestem jeszcze bardziej opuszczony i samotny. Odkąd mnie połknął wieloryb [biblijna metafora uwięzienia w Toledo] i wyrzucił na obcy brzeg [Andaluzja], nigdy nie dane mi było jej widzieć, ani innych świętych stamtąd. Bóg to uczynił dla mojego dobra, opuszczenie bowiem jest pilnikiem wygładzającym serce, a do wielkiego światła trzeba iść przez udręki ciemności” (6).

Jan nagle urywa list, jakby wyczerpany myślami o ciemności i samotności, które przelał na papier. Noc nie skończyła jeszcze swojej pracy w Toledo. Ta sytuacja musiała być dla Jana nie do zniesienia, szukał pomocy matki Teresy, chciał, by pomogła mu wrócić na północ do Kastylii. Niestety, będzie musiał poczekać jeszcze siedem lat nim wróci do regionu swojego pochodzenia, gdzie zawsze czuł się swobodniej. Teraz kontynuował swoją pracę w Baezie. Pomagał wszystkim bez wyboru. Chciał żeby ludzie świeccy szukający pomocy braci zawsze zastawali otwarte drzwi. Mimo że Jan i bracia byli wyczerpani pomaganiem ludziom, którzy nieustannie ich szukali, ich rolą było przyjmować tych ludzi i pomagać im. Jan wiedział, że jako wyznawcy Jezusa muszą całkowicie zaangażować się w świat, w którym żyją. Jego krzyżem była ścieżka życia – płynąć z prądem to przesłanie cierpienia. Baeza była teraz jego życiem i przeżywał je całkowicie.

Richard P. Hardy

(1) Większość badaczy utrzymuje, że Jan od Krzyża był na tym spotkaniu, jednak studia ojca Hipolito de la Sagrada Familia prezentują mocne argumenty przeciwko tej tezie. Zobacz także La Vida de S. Juan de la Cruz lub El Padre Crisogono de Jesús: Reparos criticos [w:] „Monte Carmelo”, 1969, s. 8–9.

(2) E. A. Peers (red.), The Complete Works of St. John of the Cross, t. III, Wheathampstead 1974, s. 297.

(3) BMC, t. 14, s. 62 (BNM, Ms. 12738, fol. 217).

(4) BMC, t. 14, s. 45 (BNM, Ms. 12738, fol. 184). To samo opisuje Martin de la Asunción, BMC, t. 14, s. 88 (BNM, Ms. 12738, ca. fol. 132).

(5) BMC, t. 14, s. 28 (BNM, Ms. 12738, ca. fol. 114).

(6) Św. Jan od Krzyża, List do matki Katarzyny od Jezusa [w:] Dzieła, s. 807.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Richarda P. Hardy’ego Św. Jan od Krzyża. Człowiek i mistyk.