Rozdział trzynasty. Święty Jerzy

Każdy naród ma swego świętego patrona, którego kocha najbardziej i którego nie tylko uważa za obrońcę w czasach wojny i pokoju, ale również za przykład tego, co najcenniejsze i najbardziej godne naśladowania.

Już od czasów krucjat, kiedy angielski król Ryszard Lwie Serce ruszył do Ziemi Świętej walczyć z niewiernymi, takim specjalnym świętym na wyspie był święty Jerzy. „Za świętego Jerzego i wesołą Anglię” brzmiał stary okrzyk bitewny, a najwyższy order, jaki mogą nadawać angielscy królowie – Order Podwiązki – to tak naprawdę Order Świętego Jerzego, na którym przedstawiona jest jego wielka przygoda. A kiedy poznacie historię tego Świętego, zrozumiecie czemu Anglia wzięła go sobie na patrona i przykład do naśladowania dla swoich synów.

Święty Jerzy urodził się daleko stąd, w Kapadocji, w roku 303 po narodzinach Chrystusa. Jego rodzice byli patrycjuszami, ale wyznawali wiarę chrześcijańską, choć żyli pod władzą pogańskiego cesarza Dioklecjana.

Ojciec świętego Jerzego był żołnierzem i często wyjeżdżał, dlatego to przede wszystkim matka zajmowała się wychowywaniem i edukacją chłopca. Zapewne wtedy Święty nauczył się ogromnego szacunku dla kobiet, których do końca życia był wiernym obrońcą i rycerzem.

Kiedy Jerzy skończył siedemnaście lat, został żołnierzem, jak jego ojciec. Błyszczący miecz u boku Świętego pozostał przez całe życie równie niesplamiony jak jego honor. Nigdy nie wyciągnął go z pochwy w złej sprawie i uważał jedynie za depozyt, powierzony mu, by bronił prawa i chronił biednych i słabych.

W Kapadocji leżało miasto o nazwie Selem, którego mieszkańcy byli niegdyś szczęśliwi i zamożni, ale obecnie dotknęło ich straszne nieszczęście.

Choć miasto było piękne, pełne wspaniałych pałaców i wesołych ogrodów, a król, który nim rządził odznaczał się mądrością i dobrocią, za jego murami leżało szare, ponure jezioro, na wpół bagno, na wpół staw ze stojącą wodą, a na owym mokradle mieszkał straszliwy potwór nazywany smokiem. Nikt nie wiedział dokładnie jak ten potwór wygląda, ponieważ nieszczęśnicy, którzy podeszli do niego na tyle blisko, by się dobrze przyjrzeć, ginęli spaleni ognistym tchnieniem, jakie wydobywało się z wielkiej paszczy stwora. Smok ani nie chodził, ani nie latał, choć miał coś na kształt skrzydeł i wielkie, rozpłaszczone łapy. Poruszał się jednak niezwykle szybko, wijąc się zupełnie jak wąż.

Nic nie mogło się oprzeć temu straszliwemu potworowi. Jedną po drugiej pożarł wszystkie owce i krowy należące do mieszkańców miasta, a kiedy zabrakło zwierząt, poczołgał się ziejąc ogniem ku bramom grodu. Ludzie zaczęli się wówczas lękać, że i oni prędzej czy później zostaną przez niego pożarci.

W rozpaczy i przerażeniu król i jego lud umówili się, że codziennie ciągnąć będą losy, a ten, na kogo los wskaże, wyjdzie za bramę i pozwoli się pożreć, aby reszta mieszkańców miasta mogła żyć bezpiecznie. Jak postanowili, tak i czynili przez wiele dni, pogrążając się w coraz większej rozpaczy i żałobie. Najczarniejszy był jednak dzień, gdy los wskazał na Kleodolindę, jedyną córkę króla, księżniczka była bowiem bardzo piękna, a ojciec kochał ją ponad wszystko w świecie. Na wieść o wyniku losowania, król, w wielkiej rozpaczy zwołał cały swój lud i z pochyloną głową, drżącym głosem przemówił do nich w te słowa:

– Kleodolinda to moje jedyne dziecko – nie mogę jej oddać smokowi na pożarcie. Zabierzcie już raczej całe moje złoto i inne bogactwa, a nawet połowę mego królestwa, jeśli chcecie, ale oszczędźcie moją córkę, mój jedyny skarb.

Ale lud bardzo rozgniewały słowa króla. Nie chcieli go słuchać, ponieważ sami również stracili dzieci, a wielkie cierpienie uczyniło ich okrutnymi.

– Nie oszczędzimy księżniczki – rozległy się pełne groźby głosy, a tłum zafalował w gniewie. – Skoro oddaliśmy własne dzieci, czemu mielibyśmy oszczędzić twoje? Czyż nie zgodziłeś się wraz z nami ciągnąć losy? Czemu tobie miałyby przynależeć inne prawa niż nam?

Potem zaczęli grozić, że spalą królewski pałac, a króla i Kleodolindę zabiją, jeśli księżniczka nie zostanie im wydana natychmiast. Na te słowa król zrozumiał, że nie ma już nadziei na ratunek i obiecał, że za osiem dni księżniczka będzie gotowa oddać się smokowi w ofierze.

Następne dni upłynęły w pałacu w wielkim smutku, ponieważ przyszłość wydawała się taka mroczna i pozbawiona nadziei. Jedną osobą, która nie poddała się rozpaczy, była sama księżniczka Kleodolinda. Przez cały czas usilnie pocieszała ojca i powtarzała, że wcale się nie boi i jest szczęśliwa mogąc umrzeć za swój lud.

Nadszedł wreszcie straszny dzień złożenia potworowi nowej ofiary. Księżniczka stanęła przed ludem dumnie i spokojnie, ubrana w przepiękne szaty, jakie przystoją jedynie królewskiej córce. Pożegnała się czule z ojcem, po czym sama ruszyła do bram miasta, które wkrótce zamknęły się za nią z hukiem.

W tym samym czasie, gdy Kleodolinda ruszała na spotkanie smoka i gdy z głuchym odgłosem zatrzaskiwały się za nią bramy miasta, mijał to miejsce święty Jerzy, wracając do swego legionu. Błyszcząca zbroja na jego piersi i wielka włócznia, którą trzymał w dłoni, były dosłownie jedynymi jasnymi punktami w tym ponurym otoczeniu. Ale księżniczka go nie widziała, ani nie słyszała, gdyż oślepiły ją gorące łzy żalu, a choć jego koń pędził galopem, ziemia była tu tak miękka i błotnista, że całkiem stłumiła tętent końskich kopyt.

Kleodolinda szła powoli przed siebie opuszczoną ścieżką, kierując się w stronę ponurego jeziora, gdzie potwór czekał już na posiłek. Wzdłuż drogi porozrzucane były kości poprzednich ofiar, a trawa wypalona przez ogniste tchnienie smoka niszczące wszystko na swej drodze. Księżniczka nie liczyła na ratunek, dlatego zdumiała się bardzo, gdy nagle ktoś odezwał się do niej uprzejmym głosem. Kiedy uniosła głowę, zobaczyła przez łzy młodego rycerza na koniu. Patrzył na nią z wielkim współczuciem, a wówczas doszła do wniosku, że jest to najpiękniejsza męska twarz, jaką w życiu widziała oraz że przybysz, który pochyla się ku niej z końskiego grzbietu, ma doskonałe maniery.

Kiedy Jerzy zapytał, czemu płacze i czemu wędruje sama w tak ponurym i opuszczonym miejscu, Kleodolinda w kilku słowach opowiedziała mu swą smutną historię i drżącą dłonią wskazała odległe bagno, gdzie wielki potwór wynurzał się właśnie z wody.

– Widzisz? Oto nadchodzi! – zawołała przerażona. – Uciekaj, dobry rycerzu, póki jeszcze masz czas, bo jeśli potwór cię tu zobaczy, na pewno cię zabije.

– Czy sądzisz, że mógłbym odjechać i zostawić cię samą, gdy grozi ci takie niebezpieczeństwo? – spytał święty Jerzy.

– Nic nie zdołasz poradzić, ponieważ nikt nie jest w stanie pokonać tego strasznego smoka – odparła księżniczka, załamując ręce. – Zginiesz tylko bez potrzeby próbując na próżno mnie ocalić, więc proszę jak najgoręcej, uciekaj póki jeszcze jest czas.

– Niech Bóg broni, bym miał się zachować równie tchórzliwie – zawołał święty Jerzy. – Będę walczył z tym strasznym potworem i pokonam go z pomocą Boga i mego miecza, ocalając twe życie, pani.

Gdy wymawiał te słowa, powietrze wypełnił nagle straszliwie gryzący dym. To smok zbliżał się do nich szybko, na wpół pełznąc, na wpół lecąc, jego oczy pałały, a otwarta paszcza ukazywała straszliwe zęby.

Święty Jerzy zmówił pospiesznie krótką modlitwę o pomoc i przeżegnał się znakiem krzyża, po czym, chwyciwszy mocniej włócznię spiął konia i ruszył na spotkanie smoka. Walka była długa i ciężka, a księżniczka, która przyglądała się jej zza drzewa, co i raz drżała o życie swego dzielnego obrońcy sądząc, że wszystko już stracone.

W końcu świętemu Jerzemu udało się wbić włócznię w wielkie podgardle smoka. Jej ostrze wyszło po drugiej stronie głowy potwora i wbiło się mocno w ziemię, unieruchamiając w ten sposób poczwarę. Wówczas rycerz zawołał, by księżniczka podała mu pas, po czym przywiązał go do obu końców włóczni czyniąc jakby ogromną uzdę, za pomocą której Kleodolinda poprowadziła pokonanego smoka do miasta.

A tam wszyscy płakali i zawodzili nad losem księżniczki, pełni strachu, że i ich pewnego dnia spotka to samo. Nie mieli nawet odwagi wyjrzeć za bramę, póki nie upłynie dość czasu, by potwór pożarł swą ofiarę. Jakże więc wzrosło ich przerażenie, gdy gruchnęła wieść, że smok pełznie w stronę miasta, a nie z powrotem do nory na bagnach.

Stłoczyli się, drżąc ze strachu, wokół wieży obserwacyjnej na murach, chcąc na własne oczy zobaczyć, czy smok rzeczywiście ruszył zaatakować miasto. A gdy ich oczom ukazał się ogromny, ciemny kształt pełznący powoli w ich stronę, doszli do wniosku, że to już koniec i wszyscy zginą. Nie zauważyli z murów ani świętego Jerzego, ani księżniczki i nie przypuszczali, że to oni prowadzą za sobą pokonanego smoka.

Dlatego święty Jerzy musiał długo walić w bramę miasta i wołać, by wpuszczono ich do środka. Nawet gdy ludzie na własne oczy zobaczyli, że księżniczka jest bezpieczna, że towarzyszy jej dzielny rycerz, a na wpół martwy smok leży spokojnie u jej stóp, bali się otworzyć bramy, tak wielki był ich strach i zdumienie.

Wreszcie, gdy zdobyli pewność, że smok jest związany i nie uczyni im żadnej krzywdy, otworzyli bramy miasta. Zebrali się potem wokoło i podziwiali ten niezwykły widok, wciąż pełni wątpliwości, czy mogą uwierzyć własnym oczom – aż tak wielki był ich strach przed bestią, którą księżniczka prowadziła na pasku przywiązanym do włóczni świętego Jerzego.

Z pałacu nadbiegł zaraz król, by powitać ocaloną córkę. A nigdy jeszcze dzień rozpoczęty wielką żałobą nie kończył się równie szczęśliwie.

Święty Jerzy i księżniczka Kleodolinda zaprowadzili smoka na rynek miasta, a za nimi kroczył zdumiony tłum. Gdy znaleźli się na miejscu, Jerzy wyciągnął miecz i uciął potworowi głowę. Wtedy mieszkańcy miasta, na zawsze uwolnieni od straszliwego wroga, zaczęli się ogromnie radować i z wdzięczności gotowi byli oddać Jerzemu wszystko, co posiadali. Ale rycerz odrzekł, że pragnie tylko jednej nagrody, chciał mianowicie, aby wszyscy uwierzyli w prawdziwego Boga i zostali ochrzczeni. Ponieważ nietrudno było uwierzyć w Boga, który dopomógł Jerzemu dokonać tak wielkiego czynu, wkrótce i król, i księżniczka, i wszyscy mieszkańcy miasta zostali ochrzczeni zgodnie z wolą swego wybawcy.

Król podarował też dzielnemu rycerzowi wielkie skarby złożone ze złota i drogich kamieni, ale Jerzy rozdał wszystko ubogim i ruszył dalej w swoją stronę. Zachował jedynie miecz i włócznię, zawsze gotów gorliwie bronić prawdy i biednych, tak jak wystąpił w obronie księżniczki.

Kiedy wrócił do rodzinnego miasta okazało się, że cesarz wydał prawo przeciw chrześcijanom, które ogłaszano na rynkach i przybijano na drzwiach świątyń. Na wszystkich wierzących w Naszego Pana padł wówczas wielki strach i odtąd nie śmieli już pokazywać się publicznie.

Ta wieść napełniła serce świętego Jerzego słusznym gniewem. Zerwał rozwieszone na murach prawo i podeptał je stopami, ale natychmiast pojmały go straże i zaprowadziły przed oblicze prokonsula. Prokonsul zaś polecił wydać młodzieńca na tortury, a potem zabić.

Nic jednak nie mogło zachwiać odwagą dzielnego rycerza, który znosił tortury jak przystało na mężnego chrześcijanina i stawił czoła śmierci z taką odwagą i spokojem, że nawet jego wrogowie poczuli wielki podziw i zadziwienie.

A w tych smutnych i mrocznych wiekach, jakie nastąpiły po jego śmierci, kiedy prześladowano słabych, zaś kobiety musiały szukać ochrony u dzielnych rycerzy, często wspominano świętego Jerzego. Sama myśl o nim dodawała ludziom otuchy i wzmacniała ich odwagę. Chłopcy uczyli się od niego, że rzeczą rycerską jest pomagać słabym i chronić panny przed krzywdą oraz że czyste serce, niezachwiana ufność w dobro i prawdziwa odwaga pozwolą pokonać każdego potwora, jak by nie był straszliwy.

Takie postępowanie przystoi wszystkim chłopcom, szczególnie tym, którzy pochodzą z Anglii, gdyż święty Jerzy jest patronem tego kraju i wzorem dla tamtejszych rycerzy.

Amy Steedman

Powyższy tekst jest fragmentem książki Amy Steedman W Ogrodzie Boga. Fascynujące opowieści o świętych.