Rozdział trzeci. Zanim narodził się Chrystus

Żadne relacje nie dorównają dokładności i urokowi z jakim Mateusz i Łukasz opowiedzieli o życiu Świętej Rodziny. Jednakże naszym XXI-wiecznym umysłom cywilizacji zachodniej dalekie są starodawne orientalne zwyczaje, geografia i historia, do których odnoszą się Ewangelie. Stajemy w obliczu niezrozumiałości i trudności, wymagających dalszych komentarzy, nie z przyczyny jakiegoś błędu w tekście, lecz z powodu niewiedzy. W związku z tym opowieść Ewangelii musi popierać komentarz na marginesie i objaśnienia, zanim zatrzymamy się, by zastanawiać się nad samą historią.

„Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1, 18).

Zaślubiny, o których pisze święty Mateusz były w pewnym sensie odpowiednikiem dzisiejszych zaręczyn. Były jednak bardziej wiążące. Narzeczony ustalał wszystko z ojcem narzeczonej i płacił mu za córkę. Potem następowały zaręczyny, trwające około roku, a młodych nazywano już mężem i żoną, chociaż jeszcze razem nie mieszkali. Małżonka musiała pozostać w tym czasie dziewicą na znak lojalności wobec męża. Dlatego też trudne było położenie Maryi, gdy za sprawą interwencji Bożej stała się Matką Jezusa. Stał się cud nad cudami. Bóg przyjął ludzką naturę w łonie Maryi. Ale kto uwierzyłby Jej nawet gdyby o tym powiedziała?

Chociaż Maryja „znalazła się brzemienną” będąc jeszcze tylko zaręczoną, prawie pewne jest, że to nie Jej sąsiedzi odkryli, że była brzemienna. Później Jezus był ostro krytykowany przez swych najzagorzalszych przeciwników, daremnie szukających pretekstu, by Go oczernić. Nigdy jednak nie udało im się rzucić najmniejszego cienia na prawowitość Jego narodzin. Zamiast tego, wykorzystywali fakt skromnego pochodzenia Jezusa od Józefa rzemieślnika, by ganić Go za wzniosłe dążenia. Jasne jest więc, że sprawa Wcielenia została zachowana w tajemnicy.

Ale i sam Józef, podobnie jak inni Nazaretanie, najwyraźniej nie odkrył, że Maryja jest brzemienna. Słowa świętego Mateusza, „znalazła się brzemienną” sugerują, że Józef został o tym fakcie poinformowany. Ale przez kogo? Nie przez Maryję, gdyż w tej sytuacji musiałaby ujawnić Boskie źródło swego macierzyństwa. Toteż wygląda na to, że jakiś Jej bliski krewny, być może matka, została posłana przez Maryję, by powiedzieć Józefowi o poczęciu. Utrzymywanie tej sprawy w tajemnicy byłoby wielce niesprawiedliwe wobec męża.

Wszystko to musiało się wydarzyć nie później niż cztery miesiące po wizycie anioła Gabriela u Maryi w Nazarecie, kiedy to zgodziła się zostać Matką Boga. Taki okres wydaje się być właściwy, gdyż z dalszym upływem czasu wszyscy widzieliby, że Maryja jest w stanie błogosławionym, a późniejszy ślub z Józefem, tak czy inaczej, nie „przywróciłby” czci dziewiczej Matce i Jej Boskiemu Synowi.

W międzyczasie, „Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie” (Mt 1, 19). Fragment ten jest klasyczny ze względu na swój krótki, lecz bardzo ważny opis wielkiej szlachetności charakteru Józefa. Święty Mateusz nadał mu szacowny tytuł nazywając go „człowiekiem sprawiedliwym”, przekazując nam w ten sposób, że Józef w pełni przestrzegał Bożego prawa i celował we wszelkich cnotach i zaletach. Opisane później zachowanie Józefa doskonale potwierdza tę ocenę. Według prawa żydowskiego, jeżeli narzeczona Józefa dopuściłaby się cudzołóstwa, mógłby On wówczas oficjalnie zerwać z nią zaręczyny. Taki rozwód mógłby odkryć tajemnicę o brzemienności i według litery prawa Maryja zostałaby narażona na ukamienowanie. Czy posunięto by się do zastosowania tak drastycznej kary jest wątpliwe, ale Józef na pewno by jej nie egzekwował. Nie mógł uwierzyć, że Maryja zgrzeszyła. Musiał jednak przestrzegać żydowskiego prawa. Bardzo zakłopotany i przerażony, ogarnięty cierpieniem moralnym, zdecydował się obrać kierunek najbardziej przychylny dla Maryi i sprawiedliwy. Rozwodząc się z Nią prywatnie (zamiast oficjalnie) nie byłby zmuszony do ujawnienia przyczyny rozwodu. Cały czas jednak się wahał, a niepewność ta ukazuje siłę jego przeświadczenia, że Maryja była mu wierną.

Jak mówi święty Hieronim: „Jest to dowód, że Józef wiedząc o czystości Maryi i rozmyślając nad tym co się stało, przemilczał tajemnicę, której nie pojmował”. Wreszcie, postawiony przed problemem, którego nie był w stanie rozwiązać, czuł, że prywatny rozwód jest jedyną sprawiedliwą drogą wobec Maryi i zgodny z jego sumieniem. Gdyby okoliczności w jakiś sposób nie uległy zmianie, na pewno nie poślubiłby swojej Oblubienicy.

„Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie” (Mt 1, 20–21. 24).

Święty Mateusz opowiada, że Józef poślubił swą narzeczoną na polecenie anioła. Zdając sobie teraz wyraźnie sprawę z roli jaką miał odegrać w planach Bożej Opatrzności, roztropny mąż czynił wszystko, aby chronić Maryję. Ponieważ ogłoszono wówczas rzymski spis ludności, musiał wyruszyć do Betlejem. Czyż nie mogło być lepszej sposobności ku temu, aby zabrać żonę do Betlejem, obcego miasta, z Nazaretu, niebezpiecznego ze względu na plotki, które z pewnością pojawiłyby się już niebawem? „Lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus” (Mt 1, 25). W historii Kościoła pojawiały się zarzuty różnych heretyków, którzy twierdzili, że z niniejszego zdania wynika, iż Józef był biologicznym ojcem innych synów Maryi po narodzeniu Jezusa. Przeciw temu wypaczeniu tekstu uczeni Kościoła od najdawniejszych czasów podkreślali niezłomnie, że św. Mateusz używa słowa „aż” i „pierworodny” w znaczeniu często stosowanym w Piśmie Świętym. „Aż” może wskazywać na czyn lub jego brak do pewnego czasu, bez konieczności podkreślania, że później nastąpiła zmiana. Na przykład św. Paweł pisze do Tymoteusza „Do czasu, aż przyjdę, przykładaj się do czytania, zachęcania, nauczania” (1 Tm 4, 13). Cytując werset pierwszy psalmu 109, dodaje: „Trzeba bowiem, ażeby [Chrystus] królował, aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy” (1 Kor 15, 25). Z pewnością w tekście tym św. Paweł nie sugeruje, że po jego powrocie Tymoteusz przestanie przykładać się do czytania, ani też, że Chrystus przestanie być Królem, gdy pokona już swoich wrogów.

Podobnie, określenie Chrystusa jako „pierworodnego”, nie oznacza, że Maryja miała inne dzieci. W żydowskiej tradycji nazywano tak pierwszego syna bez względu na to, czy miał on później młodszych braci czy nie. Nawet dzisiaj mówimy o „pierwszej pomocy” nie wskazując tym samym, czy nastąpiła potem jakaś medyczna interwencja.

Najtrudniej jest tu jednak pojąć, dlaczego Bóg zesłał taki dziwny rodzaj cierpienia na te dwie, najwierniejsze Mu osoby. Maryja nigdy nie zgrzeszyła, nie była nawet przez chwilkę pozbawiona łaski uświęcającej, co w nas z kolei powoduje dotknięcie skazą grzechu pierworodnego. Co więcej, Jej wierność Stwórcy uczyniła Ją godną tego, by w Jej łonie, przez dziewięć miesięcy, formowało się ciało Boga Wcielonego. Drugim, po Maryi, w dostojeństwie i świętości był Józef. Bóg powierzył mu swoje dwa najcenniejsze skarby, czyniąc go dziewiczym mężem Maryi i przybranym ojcem Jezusa. Mimo tego, Bóg zesłał tej parze ciężki krzyż, bardzo trudny do wyjaśnienia.

Poczęcie Jezusa przez Maryję, wyjawione po raz pierwszy, było kompromitującym dowodem. Gdyby Józef był samolubnym, zazdrosnym małżonkiem, na pewno doszłoby do separacji. Jednak te dwa serca, których wzajemna miłość przewyższała miłość każdego innego męża i żony, mogły jedynie dotkliwie cierpieć dopóki sam Bóg nie zaradził sytuacji. Najwyższa doskonałość miłości Maryi do Józefa i Józefa do Maryi zaostrzała ból. Maryja czuła w sumieniu, że nie wolno było jej wyjawić mężowi Boskiej natury poczęcia. Józef natomiast wiedział, że nie wolno mu poślubić niewiernej małżonki. Maryja nie mogła podjąć żadnych kroków, aby rozwiązać problem. W pewnym sensie Józef miał trudniejszą decyzję do podjęcia. Na pewno musiał coś postanowić, ale co takiego mógł zrobić? Żadna z opcji nie była łatwa.

Możemy być pewni, że zarówno Maryja jak i Józef prosili Boga o pomoc i światło. Maryja, w pełni zgadzając się z wolą Bożą, była gotowa poświęcić miłość do wybranka jak i własną reputację, gdyby zaszła taka potrzeba. Józef prosił jedynie o światło potrzebne do podjęcia właściwej decyzji. Toteż Bóg, w odpowiednim czasie, posłał anioła, który postawił kres trudnemu doświadczeniu, odkrywając Józefowi, że był on dziewiczym mężem samej Matki Boga.

Czy Bóg odpłacił Józefowi i Maryi za ich wierność? Nie. Otrzymali bowiem coś więcej niż zapłatę. Była to przeobfita nadprzyrodzona łaska, radość i obopólne zaufanie, odmierzone miarą „utrzęsioną i wypełnioną ponad brzegi”, które sprawiało, że dusze tych małżonków garnęły się do siebie tak, jak nigdy w naturalny i ludzki sposób by nie zdołały. Teraz w pełni uświadomili sobie swoje powołanie. Gdy ich wola zjednoczyła się w miłości dziewiczego małżeństwa, poznali, że razem mieli wychować Dziecię Jezus na człowieka-Chrystusa. Pomimo, że Jezus jako Bóg posiadał wszelką wiedzę, to jednak jako dziecko ludzkie miał naśladować cudowną wzajemną miłość, którą obserwował u rodziców.

Tak Józef i Maryja poznali, że razem mieli współpracować w przedziwnych planach Boga w Trójcy Jedynego, w tych tajemniczych planach skrytych w odwiecznych głębiach Bożego zamysłu. Mieli zostać wyróżnieni jak nikt inny, choć ich obowiązki i krzyże miały być proporcjonalnie większe. Ale swoje powołanie mieli wypełniać razem, co stanowiło niesłychanie ważną, nową treść przesłania anioła do Józefa. Józef został wprowadzony we Wcielenie Drugiej Osoby Trójcy Świętej, w Tajemnicę Tajemnic, w której już brała udział Maryja. Wszystko to było częścią przeobfitej nagrody, jaką Bóg obdarzył tę parę, tak że z głębi swoich serc, gdy zaczęli to pojmować, mogli mówić jedynie: „W Tobie, Panie złożyliśmy nadzieję i nie doznaliśmy zawodu!”. Była to radość niemalże przekraczająca możliwość doświadczenia jej na tym świecie, jednak doznali jej ponieważ byli sobie poślubieni i najwięksi spośród świętych.

Jakże piękna lekcja dla każdego męża i żony! Oni także mają wspólnie dążyć do zbawienia i doskonałości, wspierając się i pomagając sobie wzajemnie. W doskonałej miłości małżeńskiej łączą się ich osobowości tak bardzo jak to tylko możliwe. Dla nich Boże przykazanie „Miłuj bliźniego swego” znajduje wyraz przede wszystkim i głównie w ich wzajemnej miłości. Jedno ma obowiązki wobec drugiego, każde posiada udzielone sobie nawzajem, w momencie zawarcia małżeństwa, prawa. W pełni tej obopólnej miłości, tego wzajemnego bezinteresowne go udzielania się i przyjmowania, zawiera się ich wspólna miłość i służba Bogu Wszechmogącemu.

Ale to doświadczenie Maryi i Józefa jest też konkretnym przykładem nieporozumienia, które może powstać bez winy którejkolwiek strony. W tym przypadku doświadczyła go ta dwójka świętych, bardziej zjednoczonych przez nieskazitelną miłość niż jakakolwiek para w historii świata. Maryja zdawała sobie sprawę z ceny, jaką przyszłoby Jej zapłacić, ale jeszcze bardziej martwił Ją ból małżonka. Dopóki Bóg nie postanowił objawić swych planów, jedyną drogą Maryi była droga ufności. Boskie plany wykraczały poza możliwości pojęcia czy wyobrażenia przez jakikolwiek umysł, nawet tak oddany Mu jak Maryi. Toteż jedyne co mogła uczynić w tym czasie to wielkodusznie powierzyć się Jego woli.

Heroizm Józefa był równie wielki. Jeśli byłby złośliwy, skupiony na sobie, zawzięty, wówczas szorstko odnosiłby się do Maryi, kierując się podejrzliwością. Jednak, będąc przekonany, że tak czy inaczej wszystko się wyjaśni, a Maryja zostanie usprawiedliwiona, powstrzymał pochopne osądy, które pogorszyłyby tylko sytuację.

Kiedy możesz powiedzieć, że nie byłeś winien w żaden sposób jakiegoś nieporozumienia? Józef i Maryja byli doskonali. My, zwykli śmiertelnicy, tacy nie jesteśmy. Na tym właśnie polega różnica między nimi, a nami. Pamiętając o tej różnicy, gdy w twojej rodzinie powstanie jakieś nieporozumienie, musisz spróbować zrozumieć, że na każdy konflikt można spojrzeć z innej strony, nawet jeśli w danym momencie tego nie potrafisz. Rzadko się zdarza, żeby jakiś problem miał tylko jedno rozwiązanie, które koniecznie musi być prawidłowe. Jeszcze rzadziej się zdarza, że tylko ty je znasz. Zwykle mamy do wyboru kilka sposobów zaradzenia trudnej sytuacji, będącej powodem przykrości w rodzinie.

Pary patrzące na świat realistycznie, zdają sobie sprawę z tego, że z naszą ludzką naturą, małżeństwo nie może być nieustannym miodowym miesiącem. Dwa umysły i dwie wole, nawet zjednoczone jak najmocniej i najszczerzej w małżeństwie, należą do dwóch różnych osób. Na skutek tego, od czasu do czasu, pojawi się jakaś różnica w postrzeganiu, różnica opinii, reakcji, które wszystkie muszą się zharmonizować, by w ich konfrontacji nie nastąpiło zachwianie. Takie różnice to rzecz normalna, nawet zanim zdołamy przyjąć, że jedna lub obie strony są w błędzie. Ludzkie winy! Tu otwiera się cały nowy rozdział, pełen przykładów nieporozumień. Te winy, zapoczątkowane już w dzieciństwie, podtrzymywane i może wzmocnione w dorosłym życiu, wszystkie zabierzemy z sobą do grobu. Towarzyszą one każdemu z nas. Winy w rzeczywistości opierają się na cnotach, bo wina o nadużycie rzeczy dobrej. Nie mówimy tu oczywiście o naszych wadach, o powtarzających się upadkach tak poważnych, że prowadzących do ciężkich grzechów. Mówimy o „rzeczach małych”, wzbudzających wyboje na autostradzie naszego życia: o skupieniu się na sobie, niechęci w przyznaniu się do winy, niechlujności w ubiorze czy przy stole, o braku szacunku dla uczuć innych osób, o sarkazmie, drażliwości, niechęci do spojrzenia przez palce i puszczenia w niepamięć niezamierzonych błędów – to tylko kilka spośród „drobnostek”, przysparzających obopólnego cierpienia tak bardzo kochającym się osobom.

Zwykle najlepszym sposobem zaradzenia nieporozumieniu jest szczera rozmowa. Jeśli możliwe, porozmawiaj o bolącej sprawie szczerze i spokojnie zanim dzień dobiegnie końca. Zranione przez dłuższy czas uczucia zaogniają się niczym rany i w miarę narastania problemów, koło złośliwości zaczyna zataczać krąg, powiększając te problemy w wyobraźni, tylko dlatego, że napędzają je tamte, jeszcze niewyjaśnione.

Przede wszystkim bądźcie gotowi do rozstrzygania sporów. Kiedy wzburzenie ustąpi, usiądźcie obok siebie i przeanalizujcie sprawę sporną tak, jak byście patrzyli na nią z boku. Znajdźcie przyczynę różnicy zdań, a wzajemne małe ustępstwa powinny przynieść ukojenie.

Nie zapominajcie o humorach charakterystycznych dla ludzkiej natury. W zmęczeniu czy dolegliwości, mówisz i czynisz to, czego normalnie byś unikał. Właśnie dlatego nie jest łatwo dwójce zmęczonych ludzi zaradzić nieporozumieniu tak od razu. W takim przypadku odłóż rozmowę na jakiś czas (nawet jeśli jesteś pewien, że masz rację!), a być może dobrze przespana noc zredukuje problem do tego stopnia, że stanie się „tyci” albo nawet śmiechu warty.

Próba, przed jaką stanęli Józef i Maryja, niesie ze sobą jeszcze jedną lekcję. Jeśli zostajemy wystawieni na próbę, wtedy niemalże nieświadomie, narzekamy. Zastanawiamy się dlaczego Bóg zesłał na nas taki krzyż, pytamy czym sobie na to zasłużyliśmy. Wszystkie nasze dobre uczynki jawią się jako wystarczający powód, dla którego Bóg powinien oszczędzić nam krzyży.

Józef i Maryja udzielają nam odpowiedzi na takie zażalenie. Czy Bóg powinien nas oszczędzić z powodu naszej dobroci? Jeśli tak, to cóż powinien uczynić Józefowi i Maryi? Nikt nigdy nie przewyższył ich w świętości. Co więcej, mieli swój udział, jako najbliżsi współpracownicy Boga, w przeprowadzeniu Jego planu zesłania na ziemię Zbawiciela. Pisarze duchowi często podkreślali prawdę życia chrześcijańskiego, że bliskość Pana Jezusa oznacza bliskość krzyża. Bliskość Jezusa oznacza wyrzeczenie się siebie czyli samozaparcie lub bezinteresowność. Nie oznacza jednak pozbawienia szczęścia, gdyż w paradoksalnym prawie Bożej Opatrzności, cierpienie znoszone dla Niego nie odbiera go nam, lecz raczej je pogłębia i wzmacnia.

Ponieważ Chrystus zdecydował się na zbawienie świata przez cierpienie, ci, którzy są najbliżej Niego, są też niejako współodkupicielami świata, jednocząc swoje cierpienia z Jego cierpieniem. Toteż wzniosłe zjednoczenie z Nim ma miejsce wszędzie tam, gdzie Jego przyjaciele naśladują Go w każdym szczególe, nie z jakiegoś „praktycznego” powodu, lecz wyłącznie z miłości, bo kochając, zawsze pragnie upodabniać się coraz bardziej do ukochanej osoby. Jeśli zastanowimy się nad tym w odniesieniu do zachowania Józefa i Maryi, zrozumiemy, dlaczego te dwa serca musiały cierpieć najwięcej (i wiedzieli, że muszą cierpieć najwięcej), gdyż kochały najmocniej i były najbliżej Serca Jezusa.

W obliczu tych refleksji zdajemy sobie sprawę z bezsensu naszych zażaleń. W odróżnieniu od Józefa i Maryi jesteśmy grzesznikami, czyniliśmy źle albo przynajmniej wielokrotnie byliśmy niewierni Bogu. W pewnym sensie otrzymujemy naszą zapłatę – zasługujemy na karę za łamanie prawa naszego Stwórcy. Innymi słowy nasze krzyże są łaską od Boga. Stanowią okazję do zdobycia zasługi tu na ziemi, aby tym większa była nasza nagroda za wierność, w wieczności. Są szansą wynagrodzenia za grzech tu na ziemi, aby kara doczesna w czyśćcu mogła zostać pomniejszona. Są niczym zabieg wypalania, usuwając z duszy skłonności do grzechu, czy nawet – jako najwyższa łaska Boża – są zaproszeniem do zjednoczenia naszych doświadczeń z cierpieniami Jezusa, aby Jego dzieło Odkupienia jeszcze bardziej mogło udzielać się duszom, aby zbawiać tych, którzy w przeciwnym razie mogliby zagubić się na wieki.

Pomimo tego, ogromny problem cierpienia pozostaje nadal wielką tajemnicą i przyznajemy, że nasze umysły nigdy nie zdołają jej w pełni zgłębić. Po co w ogóle istnieje cierpienie? Jest ono konsekwencją obecności grzechu w świecie. Po prostu wiemy, że musi być cierpienie, którego nikt – bogaty czy biedny, dobry czy zły, nie zdoła uniknąć. Wiemy też, że sam Jezus wyznaczył nam drogę, którą mamy podążać. Bez Niego zagubilibyśmy się we mgle, tej samej, która ogarniała dawnych pogan (i która nadal ogarnia wielu nam współczesnych pogan intelektualnych), kiedy próbowali uciekać przed cierpieniem, a nie mogąc tego uczynić, jałowo pytali: „Dlaczego?”.

Chrystus mógł nas zbawić bez cierpienia za nas. A jednak wybrał ból, hańbę i rozczarowanie, bo wiedział, że naśladując Go będziemy mogli znaleźć ukojenie w cierpieniu, jakiego czasem nam przyjdzie doświadczyć. Jest to chrześcijańska odpowiedź na ten problem, stanowiąca w każdej sytuacji odpowiedź jedyną i wystarczającą.

Wystarczy nam świadomość, że Józef i Maryja już przed nami przebyli tę ścieżkę w ślad za Jezusem. Idąc za nimi zawsze odnajdziemy wewnętrzny pokój, choćby nie wiem jakie próby czy doświadczenia mogły nas spotkać.

Ks. Francis L. Filas SI

Powyższy tekst jest fragmentem książki ks. Francisa L. Filasa SI Święta Rodzina wzorem dla rodzin.