Rozdział trzeci. Wspaniałe domostwo

Wincenty pozostał w domu księdza de Bérulle przez dwa lata, wciąż mając nadzieję na zdobycie stałej pracy. Zarządzanie biedną wiejską parafią było, jak utrzymywał, jedynym odpowiednim dla niego zajęciem, jednak de Bérulle miał inne zdanie.

– Ten skromny ksiądz – powiedział kiedyś przewidująco do przyjaciela – będzie miał dla Kościoła wspaniałe zasługi i zrobi wiele dla Bożej chwały.

Św. Franciszek Salezy, który poznał Wincentego, kiedy ten mieszkał u de Bérulle, był tego samego zdania.

– Będzie najświętszym księdzem swoich czasów – powiedział kiedyś obserwując go.

Sam Wincenty był zaś pod wielkim wrażeniem łagodnego spokoju św. Franciszka i traktował go jako wzór w postępowaniu wobec innych.

– Jestem z natury wiejskim gburem – powiedział lata później – i gdyby nie spotkanie z biskupem Genewy, pozostałbym nieokrzesany przez całe życie.

Wreszcie zaczęło się wydawać, że pragnienie Wincentego jest bliskie spełnienia. Przyjaciel Piotra de Bérulle, proboszcz wiejskiej parafii w Clichy pod Paryżem, ogłosił zamiar wstąpienia do Oratorium i – na jego prośbę – wskazał Wincentego á Paulo jako swego następcę. Tam, wśród biednych, których tak bardzo kochał, Wincenty był w pełni szczęśliwy. Chorzy i niedołężni znaleźli w nim przyjaciela o jakim nigdy nie marzyli. Każdy zdradzający powołanie do stanu duchownego syn ubogich rodziców pobierał na plebanii nauki u samego Wincentego. Kościół parafialny, który znajdował się wcześniej w opłakanym stanie, został odbudowany; stare, zapiekłe waśnie zakończone; ludzie, którzy nie przyjmowali sakramentów od lat, powrócili do Boga. Wpływ

nowego proboszcza Clichy był tak duży, że księża z sąsiednich parafii zjeżdżali się, by poznać sekret jego sukcesów i prosić o radę.

Wincenty cieszył się na myśl o życiu spędzonym na gorliwej pracy wśród swoich parafian, gdy wiadomość od księdza de Bérulle ściągnęła go z powrotem do Paryża. Z ust starego przyjaciela, któremu Wincenty tak wiele zawdzięczał, wyszła prośba o opuszczenie ukochanego Clichy. Jeden z najbardziej wpływowych arystokratów Francji, pan de Gondi – hrabia Joigny i generał królewskich galer – potrzebował nauczyciela dla swoich dzieci, wyznaczył więc księdza de Bérulle, by ten znalazł mu kogoś odpowiedniego. De Bérulle zdecydował natychmiast, że właśnie Wincenty á Paulo jest właściwym człowiekiem na to miejsce: skoro jego przeznaczeniem jest odegrać jakąś wielką rolę w służbie Bogu, byłoby korzystnie, gdyby pozyskał sobie możnych i wpływowych przyjaciół.

Chociaż perspektywa objęcia tak wysokiego stanowiska napełniała skromnego proboszcza zakłopotaniem, zawdzięczał de Bérulle zbyt wiele, by odmówić. Wyruszył z Clichy, zabierając wszystkie doczesne dobra w pchanym ręcznie wózku i pojawił się w Oratorium, skąd miał przenieść się do nowego mieszkania.

Dom pana de Gondi był jednym z najwspanialszych w Paryżu. Hrabia, jeden z najodważniejszych i najprzystojniejszych mężczyzn owego okresu, cieszył się na dworze wielkimi względami; zaś jego żona, w czasach gdy życiorysy większości dam dworu nie były zbyt moralnie budujące, wyróżniała się gorliwą pobożnością. Dzieci państwa Gondich nie wdały się jednak w rodziców – dwaj chłopcy, których edukację i wychowanie powierzono Wincentemu, opisywani byli przez własną ciotkę jako „prawdziwe małe demony”. Najmłodszy z rodziny, sławny – albo raczej niesławny – kardynał de Retz jeszcze się wówczas nie urodził, ale nawet bez niego Wincenty miał pełne ręce roboty.

– Wolałabym, by moje dzieci zostały świętymi, niż wielkimi arystokratami – powiedziała pani de Gondi przedstawiając chłopców nauczycielowi.

Obie perspektywy wydawały się jednak równie odległe. Gwałtowny charakter i upór podopiecznych były wielkim wyzwaniem dla Wincentego, który mawiał później, że dzięki nim nauczył się być łagodny i cierpliwy, mimo wrodzonej gderliwości.

Pozycja człowieka nisko urodzonego jako nauczyciela w tym książęcym niemal domostwie wiązała się z pewnymi trudnościami. Wincenty był tylko podwładnym, ale cechująca go cicha godność nie pozwalała innym na nadużycia. Wobec służby – a było jej wiele, na wszystkich szczeblach hierarchii – był zawsze uprzejmy i serdeczny, nie przepuszczając żadnej szansy, by wzmocnić przekonanie innych, że może mieć na nich tylko dobry wpływ. Gdy uporał się ze swoimi obowiązkami, wracał do przydzielonego mu pokoju, unikając – o ile specjalnie po niego nie posłano – towarzystwa często odwiedzających dom możnych.

Pani de Gondi dzięki kobiecej intuicji pierwsza dostrzegła świętość nauczyciela swoich synów i postanowiła oddać się pod jego duchowe przewodnictwo. Znała jego pokorę wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że odmówi takiej prośbie, zwróciła się więc do ojca de Bérulle, który wykorzystał w tej sprawie swoje wpływy i spełnił jej życzenie. Idąc za podpowiedzią Wincentego, zajęła się wkrótce potem działalnością dobroczynną, której przeznaczeniem było stać się zalążkiem wielkiego przedsięwzięcia.

Hrabia również zaczął odczuwać wpływ obecności Wincentego w swoim domu. Był to wiek pojedynków – barbarzyńskiej praktyki, która kosztowała życie wiele setek ludzi. Wprawdzie de Gondi wiódł znacznie lepsze życie niż większość mu współczesnych, był jednak znanym szermierzem i nigdy nie pomyślał, że mógłby odmówić przyjęcia wyzwania, czy też powstrzymać się od rzucenia go w sprawie, w której zagrożony był honor.

Wincenty mieszkał już od pewnego czasu w domostwie Gondich, gdy do jego uszu doszła wiadomość, że hrabia ma zamiar stoczyć niebawem pojedynek; postanowił więc temu zapobiec – oczywiście, w miarę możliwości. De Gondi był na porannej Mszy świętej i pozostał potem w kaplicy, zapewne modląc się o zwycięstwo nad przeciwnikiem.

Wincenty poczekał, aż wszyscy wyjdą, a potem podszedł do niego cicho.

– Panie – rzekł – wiem, że zamierzasz się pojedynkować, i przynoszę ci wiadomość od mojego Zbawcy, przed którym teraz klęczysz: jeżeli nie porzucisz tego zamiaru, Jego gniew spadnie na ciebie i twoich bliskich.

Hrabia, po chwili milczenia, obiecał zrezygnować z pojedynku i rzetelnie dotrzymał słowa. Było to największe poświęcenie, na jakie mógł zdobyć się człowiek o jego pozycji; w owych czasach było nie do pomyślenia, by ksiądz stanowił prawo dla wielkiego arystokraty. Wpływ świętości jest jednak silny, a hrabia był człowiekiem szlachetnym; dla niego był to początek lepszego życia.

Państwo de Gondi spędzali zwykle część roku w wiejskiej posiadłości w Picardii, gdzie posiadali znaczny majątek. Tam właśnie rozkwitła miłość do ubogich, zaszczepiona przez Wincentego w pani de Gondi, która znalazła upodobanie w odwiedzaniu swych poddanych i samodzielnym doglądaniu chorych. Hrabina wspierała też wszystkie jego przedsięwzięcia dobroczynne.

Zdarzyło się pewnego dnia, że Wincentego wysłano do łoża pewnego umierającego gospodarza, którego cechowało zawsze dobre usposobienie i którego uważano za wzorowego chrześcijanina. Mężczyzna ten był przytomny, a Wincenty – działając niewątpliwie w bezpośrednim natchnieniu przez Boga – wezwał go do spowiedzi generalnej. Potrzeba była wielka, ponieważ umierający ukrywał przez długie lata kilka śmiertelnych grzechów, do których wstydził się przyznać; profanował więc sakramenty i oszukiwał wszystkich, którzy go znali. Słowa Wincentego obudziły w nim skruchę, wyznał więc wszystko, odkrywając swoją winę również przed panią de Gondi, która odwiedziła go wkrótce po wyjściu Wincentego.

– Ach, proszę pani – płakał – gdyby nie ta spowiedź, moja dusza byłaby stracona na całą wieczność!

Zdarzenie to wywarło trwałe wrażenie, zarówno na Wincentym, jak i hrabinie. Oto człowiek, który przez lata żył fałszem i w niegodny sposób korzystał z sakramentów. Jak wielu innych może postępować podobnie! Była to straszna myśl.

– Ach, ojcze Wincenty – westchnęła dama – ileż dusz idzie na zatracenie! Czy nie można zrobić nic, by im pomóc?

Jej słowa odezwały się echem w sercu Wincentego, który następnej niedzieli wygłosił w kościele parafialnym kazanie o wartości spowiedzi generalnej. Było to pierwsze ze słynnych kazań misyjnych, które miały przynieść Francji tak wiele dobrego. Podczas gdy Wincenty mówił, pani de Gondi modliła się, zaś skutki okazały się daleko większe od oczekiwań. Do spowiedzi ruszyły tak wielkie tłumy, że kaznodzieja nie był w stanie sobie z nimi poradzić i musiał zwrócić się o pomoc do jezuitów z Amiens. Następnie przyszła kolej na odwiedziny w innych należących do majątku wsiach, gdzie odniósł równie wielki sukces. Spoglądając później wstecz na swoje życie, Wincenty uznawał to pierwsze misyjne kazanie za początek pracy na rzecz zbawienia innych.

W rezultacie tego wszystkiego kaznodzieja zdobył sobie pewien prestiż, co ze względu na cechującą go pokorę sprowadziło na niego jedynie niepokój. Państwo de Gondi traktowali nauczyciela swoich synów z szacunkiem należnym świętemu. Jego imię było na ustach wszystkich; a mimo to, jak Wincenty sam przed sobą ze smutkiem przyznawał, poniósł porażkę w pracy, do której go zatrudniono. „Małe demony” były równie uparte i gwałtowne jak zawsze; tylko na ich rodzicach udało się wywrzeć jakiekolwiek wrażenie.

Bojąc się, że wpadnie w potrzask doczesnych zaszczytów, postanowił uciec przed tym niebezpieczeństwem. To ksiądz de Bérulle wysłał go do domu pana de Gondi, więc właśnie jemu Wincenty zwierzył się ze swoich rozterek. Powiedział mu, że praca nauczyciela i wychowawcy okazała się klęską; że nie potrafi w żaden sposób pomóc swoim uczniom, a spływają na niego całkowicie niezasłużone zaszczyty. Na koniec zaczął błagać, by pozwolono mu pracować wśród ubogich w jakimś skromnym i odosobnionym miejscu, zaś de Bérulle zgodził się spełnić tę prośbę. Wiejska parafia w Châtillon potrzebuje ludzi, brzmiała jego odpowiedź, Wincenty ma zatem udać się do niej i zrobić użytek ze swego zapału i troski o dusze innych.

Pozostała jedynie trudność związana z opuszczeniem domostwa de Gondich. Obawiając się oburzenia, jakiego spodziewał się po ogłoszeniu swojej decyzji, a także argumentów, które zostaną podniesione przeciwko niej, Wincenty wyjechał mówiąc po prostu, że sprawy osobiste zmuszają go do opuszczenia Paryża.

Dopiero kiedy zdążył się już zadomowić w swojej nowej parafii, państwo de Gondi zrozumieli, że jego nieobecność nie miała być tymczasowa. Byli zdesperowani. Hrabina łkała całymi dniami, zaś jej mąż zwracał się do wszystkich, o których myślał, że mają jakikolwiek wpływ na Wincentego i mogą namówić go do powrotu.

„Jeżeli nie ma daru nauczania dzieci – napisał do jednego z przyjaciół – nie jest to przeszkodą; będzie miał nauczyciela pracującego pod jego zwierzchnictwem. Będzie żył jak tylko sobie zażyczy, jeśli tylko zechce wrócić. Namów de Bérulle, by go przekonał. Będę kiedyś dobrym człowiekiem – napisał z patosem arystokrata – jeżeli tylko on zostanie ze mną”.

cdn.

Frances Alice Forbes

Powyższy tekst jest fragmentem książki Frances Alice Forbes Św. Wincenty a Paulo. Apostoł Miłosierdzia.