Rozdział trzeci. Święta służka z Lukki

Góry Carrara, skąd pochodzą piękne marmury, przecina wiele urokliwych wąwozów, zaś małe wioski albo tulą się do ich zboczy, albo kryją na dnie. W niżej położonych dolinach rosną pełne owoców winnice i gaje oliwne, zaś w wyższych kasztany i sosny wśród których można napotkać małe poletka uprawne. Ale wszędzie, i wysoko, i nisko, pełno jest zawsze wiosennych kwiatów, które upiększają świat swą purpurą, bielą i złotem.

To właśnie w jednej z tych wiosek wśród wzgórz, niedaleko miasta Lukka, dawno, dawno temu, rozkwitł jeden z najpiękniejszych kwiatów Boga, choć była to tylko biedna dziewczynka, urodzona w skromnym domku. Nigdy nie stała się bogata, nigdy nie zdobyła zaszczytów ani władzy. Ale historia jej życia, obecnie już niemal zapomniana, nadal kryje w sobie zapach tajemnych kwiatów świętości, który nigdy nie wietrzeje.

Zita urodziła się w biednej rodzinie, przynajmniej pod tym względem, pod jakim zwykło się rozumieć bogactwo. Jej rodzice pracowali ciężko, a mimo to nigdy nie mieli dość jedzenia, zaś w zimie Zita często marzła i głodowała. Ale są rzeczy, które liczą się bardziej niż złoto, a mały domek wypełniały dobroć, życzliwość i uczciwość. W całej okolicy nie było lepszego człowieka niż ojciec Zity, Giovanni Lombardo, a jej matka, która nosiła imię Buonissima (co po włosku znaczy „bardzo dobra”) od najmłodszych lat uczyła córeczkę co to jest dobro i prawda.

Zita łatwo się tego nauczyła, ponieważ była z natury dobra, posłuszna i troskliwa. Poza tym była też bystra i wesoła i bardzo pomocna w domu. Tylko w kościele, kiedy klękała przy ołtarzu, robiła się cicha i zamyślona. Uwielbiała rozmyślać o Dzieciątku Jezus, które urodziło się w równie ubogim miejscu jak ich dom i o czasach, kiedy Nasz Pan chodził po ziemi. Wyobrażała sobie jak wędruje od wioski do wioski, pomagając biednym, których znała, a potem idzie do wielkiego miasta na równinie, gdzie mieszkają bogaci ludzie, którzy również potrzebują Jego pomocy. Magia takiego życia zdawała się wypełniać całe jej serduszko.

Małe dziewczynki urodzone w górach szybko dorastają i uczą się jak być pożytecznymi kobietami, a Zita miała zaledwie dwanaście lat kiedy uznała, że już czas, by zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. Jej rodzice pracowali przecież tak ciężko. Nie mogła znieść myśli, że nic nie robi i modliła się do dobrego Boga, żeby zesłał jej jakąś pracę.

– Moja córko, twój ojciec i ja znaleźliśmy ci posadę u pewnej bogatej rodziny w Lukce – powiedziała do niej jeszcze tego samego dnia matka. – Wiem, że będziesz się bardzo starać, by być dobrą służącą, ponieważ służąc swemu panu służyć będziesz też Bogu.

– Jestem gotowa zacząć pracę natychmiast – odparła radośnie Zita. – I będę się bardzo starać.

Niewiele trzeba było przygotowań i już wkrótce dziewczynka wyruszyła z ojcem do odległego o ponad dziesięć kilometrów miasta, gdzie czekała na nią praca.

Miała odtąd pracować w Casa Fentenelli i poczytywała sobie za wielki zaszczyt, że może służyć dla tak wspaniałego rodu. Ale małej dziewczynce, mimo skończonych dwunastu lat, które napawały ją poczuciem dorosłości, musiało być bardzo trudno powstrzymać łzy, kiedy żegnała się z ojcem. Musiała się czuć taka samotna stojąc u drzwi domu, w dziwnym mieście, wśród obcych ludzi.

Ale Zita rzadko traciła czas na rozmyślania o sobie. Zawsze myślała o pracy, która czeka na wykonanie i o tym, żeby czynić dobro. Więc choć jej ciemne oczy zamgliły się może od łez na widok ojca odchodzącego ulicą, nie patrzyła za nim zbyt długo, tylko weszła przez wielkie drzwi, niecierpliwie wyczekując rozpoczęcia pracy. Była tylko dzieckiem, kiedy wstąpiła na służbę, ale nigdy już jej w życiu nie opuściła i służyła tej rodzinie dobrze i wiernie aż do śmierci.

Nikt nie widział jeszcze równie chętnej do pracy dziewczynki. Nie podejrzewano nawet jak wcześnie wstaje i ile pracy potraf wykonać nim wstanie słońce. Prosiła tylko o jeden przywilej, a mianowicie o zgodę na chodzenie na poranną Mszę świętą do pobliskiego kościółka. A ponieważ zawsze szybko wracała do domu i pracowała potem dwa razy lepiej, pozwalano jej tam chodzić co rano.

Cała rodzina polubiła tę wesołą i pracowitą małą służącą, która służyła im tak wiernie. W miarę upływu lat coraz więcej rzeczy pozostawiano jej decyzji, ponieważ wiedziano, że można jej ufać.

W kuchni nic się teraz nie marnowało, ponieważ Zita zawsze myślała o biednych i nie pozwalała wyrzucać niczego, co można by im ofiarować. Nawet swój wolny czas spędzała na pomaganiu innym: wielu chorych i samotnych zostało pocieszonych i nakarmionych przez małą służącą, która często sama głodowała, żeby móc rozdać im jedzenie.

Zita prawie nigdy nie zaniedbywała obowiązków, ani o nich nie zapominała, ale pewnego ranka zdarzyła się dziwna rzecz. Było to w dniu, w którym wypadało pieczenie chleba, a Zita powinna była przygotować bochenki nim jeszcze wyruszy do kościoła. Potem zupełnie nie mogła zrozumieć jak mogła zapomnieć, ale stało się tak, że dopiero kiedy wstała z kolan po zakończeniu Mszy świętej, przypomniała sobie, że nie wykonała obowiązku. Bardzo wzburzona pospieszyła do domu, a gdy wpadła do kuchni ledwie mogła złapać dech.

Jednak kiedy spojrzała na stół, zamarła w całkowitym bezruchu, a jej oczy stały się okrągłe ze zdumienia. Bowiem na stole leżał rząd bochnów chleba, dobrze wyrośniętych i gotowych do pieczenia, przykrytych białym płótnem, by się nie zabrudziły. Czy to jej pani zeszła na dół i wykonała za nią pracę? Lecz nie, nikt się jeszcze nie kręcił po domu, wszyscy smacznie spali.

A wtedy serce małej służącej wypełniło wielkie uczucie zadowolenia. Coś jej mówiło, że to dobrzy aniołowie uczynili jej tę uprzejmość. Ich pomocne dłonie nie wzbraniały się przed tak przyziemną czynnością, której wykonaniem mogli pomóc małej, pracowitej służącej, modlącej się do Boga w kościele.

Zita zawsze bardzo kochała swoją pracę, ale sama myśl o anielskiej pomocy zmieniła w jej oczach codzienne obowiązki w rzeczy godne i piękne, i odtąd jeszcze mocniej czuła, że służy swemu Królowi.

Zima była zawsze trudnym czasem dla biedaków. Mróz bywał siarczysty i trwał długo, zaś Zita, choć rozdała biednym wszystkie swoje ciepłe ubrania, dalej żałowała tych ubogich duszyczek, które drżały na przenikliwym wietrze i którym nie mogła już pomóc. Owego roku poranek Bożego Narodzenia był zimniejszy niż w inne dni. Padał śnieg i wiał lodowaty wicher, który wywiewał z człowieka całe ciepło. Spieszący do kościoła ludzie byli po uszy okutani w płaszcze i szli ze spuszczonymi głowami, by chronić się przed ostrym górskim wiatrem.

Zita jak zwykle szykowała się w drogę, nie zważając na zimno, choć miała na sobie tylko cienką sukienkę, nie miała natomiast płaszcza, którym mogłaby się okryć. Ale ledwie uszła kilka kroków usłyszała, że woła ją jej pan.

– Zito, to szaleństwo wychodzić z domu w taką pogodę – powiedział. – Nie masz płaszcza, a twoja suknia jest cienka. Bądź tak dobra i zostań dziś w domu.

– Och, panie – wykrzyknęła a z jej oczu zaczęły płynąć łzy. – Wykonam każde twoje polecenie prócz tego jednego. To święto Gesu Bambino, a ja idę Go powitać w Jego kościele!

– Nie, zamarzniesz przecież – stwierdził pan.

– Kościół jest blisko – odparła Zita błagalnie. – Wcale nie poczuję zimna.

Wówczas pan uśmiechnął się miło i pozwolił jej robić jak uważa, ale mówiąc te słowa zdjął z ramion swój ciepły płaszcz i owinął nim małą służącą.

– Pożyczam ci go, żeby ci było ciepło w kościele – powiedział. – Ale pamiętaj, że to tylko pożyczka i że musisz go przynieść do domu w takim samym stanie.

Nigdy jeszcze Zicie nie było tak ciepło i wygodnie. Gruby i ciepły płaszcz chronił ją przed siarczystym mrozem i grzał aż po czubki butów. Pomyślała, że teraz już wie dokładnie jak muszą się czuć pisklęta, kiedy chowają się pod skrzydła matki.

Ale wraz z tym ciepłem nawiedziła ją inna myśl. Przecież właśnie w tym dniu Chrystus narodził się w ubogiej stajence, gdzie było bardzo zimno. Nie miał wtedy ciepłych ubrań, dlatego Zicie wydawało się bardzo niesprawiedliwe, że ona, Jego służka, ma się o tyle lepiej od swego Pana.

– Wybacz mi, Panie – modliła się. – Ty wiesz, że nie prosiłam o ten płaszcz i że z radością zniosłabym dla Ciebie dużo większe zimno.

Skończyła się modlić akurat kiedy dotarła do drzwi kościoła. Tu zatrzymała się na chwilę, by spojrzeć ze współczuciem na biednego żebraka, który stał oparty o ścianę. Był bardzo chudy i biedny, drżał na całym ciele i wydawał się umierać z zimna. Serce Zity wypełniło wielkie współczucie. Podeszła bliżej i dotknęła jego ręki.

– Bracie, czy aż tak bardzo ci zimno? – spytała. – Spójrz, pożyczę ci ten ciepły płaszcz. Nie mogę ci go oddać, ponieważ nie należy do mnie, ale kiedy razem uklękniemy w kościele będzie cię cudownie grzał, a po Mszy świętej pójdziesz ze mną i ogrzejesz się u nas w kuchni.

I tak Zita i żebrak uklękli razem w kościele, a choć mała służąca klęczała w cienkiej sukience na zimnej podłodze, wcale nie tęskniła za ciepłem pięknego płaszcza, gdyż jej serce rozgrzewała wielka miłość. Ale po skończonej Mszy świętej, kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić, zaś Zita odwróciła się do żebraka, by raz jeszcze zaprosić go do domu, okazało się, że zniknął. A choć szukała w całym kościele, nigdzie nie mogła go znaleźć. W końcu kościelny musiał stanowczo nakazać jej wyjść, ponieważ chciał zamknąć drzwi. Biedna Zita! Nie miała pojęcia co teraz robić. – Nie miałam prawa, nawet z litości, pożyczać tego płaszcza – łkała. – Jak teraz pokażę się swemu panu na oczy?

I z ciężkim sercem ruszyła z powrotem do domu.

Była bardzo blada i trzęsła się cała ze strachu, kiedy weszła do domu i w milczeniu stanęła przed swym panem. A on, gdy na nią spojrzał, przybrał bardzo surowy wyraz twarzy.

– Gdzie masz płaszcz, który ci pożyczyłem? – zapytał. – Czy nie kazałem ci go przynieść z powrotem?

Mówił głośno i ze złością, gdyż był bardzo rozgniewany utratą tak cennej rzeczy. Jego gniewne słowa grzmiały w całym domu, zaś Zita stała przed nim z pochyloną głową, cicho łkając.

Ale któż to stanął nagle u jej boku i delikatnie dotknął ramienia? Podniosła głowę. Czyżby to był zaginiony żebrak? Bo przecież włożył jej w ręce płaszcz jej pana. Ale wokół miło uśmiechniętej twarzy przybysza widziała cudowne światło, które zdawało się rozjaśniać cały dom. Spróbowała coś powiedzieć, ale nim zdołała wykrztusić choć słowo, zniknął.

– Kim był ten człowiek? – zapytał jej pan cichym, pełnym obawy głosem.

– Myślałam, że to biedny żebrak i pożyczyłam mu pana płaszcz – odparła Zita. – I widzi pan, właśnie go odniósł. Ale kiedy zobaczyłam jego twarz zrozumiałam, że to jeden z Aniołów Pańskich.

Pan bardzo zawstydził się swego zachowania. Jak mógł się na nią tak gniewać? Od tej pory stał się bardziej uprzejmy a w domu rzadko słyszano jego gniewne słowa. Można by wręcz pomyśleć, że za sprawą wiernej służącej znikły z tego domu wszystkie złe uczynki, wszystkie złe myśli i samolubne czyny.

Pewnego letniego dnia, kiedy panował tak wielki upał, że niemal nie było czym oddychać, Zita poszła po wodę do studni. Obok przechodził właśnie biedny pielgrzym, który miał spieczone gardło, był słaby i bardzo znużony. Na widok Zity zatrzymał się i poprosił ją o wodę, by mógł ugasić pragnienie.

– Żałuję, że to nie wino – powiedziała Zita, ponieważ wiedziała, że nierozsądnie jest pić wodę w tak wielki upał.

Ale cóż było robić? Nie miała nic innego do picia, a biedak był bardzo spragniony. Tylko w jeden sposób mogła go ochronić przed zarazą, więc w milczeniu pomodliła się do Boga, by pobłogosławił wodę i nie pozwolił, by skrzywdziła Jego biednego sługę.

Pielgrzym uśmiechnął się słysząc jej słowa.

– Ja też żałuję, że to nie wino – powiedział podnosząc do ust kubek.
Nagle zamarł i spojrzał zaskoczony na małą służącą.

– Ale to przecież jest wino – stwierdził. – I to najlepsze, jakie zdarzyło mi się pić.

Wówczas Zita zrozumiała, że Pan musiał wysłuchać jej modlitwy.

Mijały lata. Zita zestarzała się w służbie, pracując dobrze i wiernie aż do dnia, kiedy przybyli po nią aniołowie i zabrali jej szlachetną duszę do nieba.

Była tylko biedną służącą, ale mieszkańcy Lukki wiedzieli dobrze, że żyła wśród nich święta i przybyli tłumnie na pogrzeb, by po raz ostatni ucałować jej ręce i dotknąć sukni. Powiadają też, że w dniu jej śmierci nad domem świeciła jasna gwiazda, my jednak wiemy, że jej czyste życie świeciło jaśniej niż wszystkie gwiazdy na firmamencie, i że nawet teraz świeci dalej miękkim blaskiem, który pojawia się zawsze, gdy ktoś ją wspomina.

Amy Steedman

Powyższy tekst jest fragmentem książki Amy Steedman Marziale, herszt zbójców oraz inne fascynujące opowieści.