Rozdział szósty. Moc ducha, cz. 3

Zaparcie się siebie

„Całym sercem będę robić to, czego z całego serca pragnęłabym uniknąć” – oto hasło duszy energicznej.

Musimy jeszcze wrócić do kaprysu, tak bardzo jesteśmy do niego skłonni. Wszyscy musimy na to uważać, ale ja bardziej, niż ktokolwiek inny, bo wiem, że mam usposobienie niestałe, zdane na łaskę każdej zmiany wiatru. Wiem, że tak łatwo, bez widocznej przyczyny, bez powodu, przechodzę z najbardziej lirycznego entuzjazmu do najbardziej prozaicznego zniechęcenia.

Są okresy, w których co dzień przystępuję do Komunii świętej. Potem nagle przestaję. Dlaczego? Kaprys. „Nic mi to już nie daje”. Tak, jakby to było podstawą moich obowiązków chrześcijańskich. Przez kilka tygodni doskonale robię rozmyślanie. Nagle wszystko się urywa. Dlaczego? Kaprys. Uczę dzieci katechizmu, biorę czynny udział w takiej lub innej pracy społecznej, pewnego pięknego dnia rzucam wszystko. Czym to tłumaczyć? Kaprysem. Przez kilka dni ponosi mnie zapał pokutniczy, nie odstraszają mnie najsroższe praktyki pustelników. W następnym tygodniu odrzucam nawet skromną miarę moich zwykłych umartwień: nic nie będę robić. Przypomnę sobie, co w tym względzie mówi ks. biskup Hulst (1), a jego słowa można zastosować do całego życia: „Masz rację, że wyrzucasz sobie fantazyjność w urządzeniu twego życia. Przebrać miarę w umartwieniu wtedy, gdy jesteś z siebie niezadowolony, lub gdy cię ponosi łaska, jest znacznie mniej pożyteczne i mniej zasługujące, niż zwyciężyć się choćby w małej rzeczy w dniu z góry oznaczonym, w dniu, w którym właśnie nie będziesz miał najmniejszej ochoty się umartwić”.

Będę się starała zwyciężać, iść naprzód, właśnie w chwilach trudnych, właśnie w chwilach, gdy nie będę miała na to ochoty; będę się starała robić całym sercem to, na co z całego serca nie mam ochoty.

Samowola

„Mój ojciec i ja robimy zawsze to, co ja chcę” – H. Taine (2) powtarza z uśmiechem to powiedzenie pewnej młodej panienki, zasłyszane w salonie.

Nie będzie łatwo pokierować tą osóbką, ani ułożyć jej życia. A jeśli wyjdzie za mąż, nie zawsze będzie pogodnie i miło w jej domu. Dusza samowolna i despotyczna, lubiąca rozkazywać, dusza przyzwyczajona do wypełniania wszystkich swoich zachcianek. „Mama dała mi wszystko, co lubię. Nie wiem już, czego chcieć”. To powiedzenie zepsutego dziecka jest znamienne.

Rodzice myślą, że dobrze jest zawsze ustępować. Zła zasada. Można i powinno się zredukować o siedemdziesiąt pięć procent uwagi i napomnienia czynione dzieciom. Ale te, które się robi, przeprowadzać należy bezwzględnie. Rozkazywać rzadziej, ale bardzo stanowczo. Nigdy nie cofać rozumnego rozkazu, danego wtedy, kiedy trzeba i tak jak trzeba. Tylko w ten sposób wyrabia się wolę. Jeśli dziecko wie, że przez prośby, groźby, łzy i pieszczoty otrzyma na koniec to, czego chce, lepiej wszystkie wysiłki pedagogiczne zawiesić na kołku i nie wychowywać wcale.

Nie powinnam nadużywać władzy, jaką mam nad moimi rodzicami. Rodzice mnie kochają i starają się jak mogą, żeby mi uprzyjemnić życie. Nie należy wyzyskiwać tych uczuć, aby w domu stać się tyranką. Muszę starać się ograniczać moje zachcianki, hamować moją zachłanność. Odmówiono mi jakiegoś świecidełka; jeśli przez dwa tygodnie będę się dąsać i popłakiwać, prawdopodobnie otrzymam odmówiony przedmiot. Ale właściwie, jaka to podłość! Uznano, że należy mi odmówić? Bardzo dobrze. Nie przestanę być w dobrym humorze.

Ofiara

W każdej ofierze jest radość, radość surowa, ale rzeczywista, zadowolenie spełnionego obowiązku, radość okazanej i w czyn wprowadzonej miłości. Jest to cena, jaką Bóg nagradza dokonany wysiłek.

Każda przyjemność tu na ziemi pozostawia po sobie próżnię, pozostawia smak popiołu. „Przyjemność – mówiła pewna pisarka – to najgłębsze i najsmutniejsze słowo świata”.

I jak echo odpowiada jej inna dusza: „Życie byłoby jeszcze znośne, gdyby w nim nie było przyjemności”. Człowiek jest zanadto wielki, aby mu wystarczało to, co jest stworzone; dusza zawsze łaknie nieskończoności. Zawsze pragnie, świat zarzuca ją nicością, a te dary nicości gromadzą się i nie nasycają jej.

Wyrzeczenie i ubóstwo czasem zadowalają. Posiadanie nie zadowala nigdy. Tak chciał Bóg. Gdyby tu, na tym padole, ziemia była nam niebem, nie spoglądalibyśmy już nigdy ku niebu – tam w górze.

„Jeszcze”, „więcej”, „dłużej”, oto słowa, które najlepiej malują małość i wielkość człowieka. Być stworzonym i być nienasyconym… Być stworzonym i być spragnionym, oto pojęcia równoznaczne. Być stworzonym i być nienasyconym, oto wieczna męka człowieka, ale i jego niezrównana chwała. Człowiek jest tyle wart, ile warte są jego pragnienia.

W Chantilly, w kopule przedsionka, unosi się anioł udrapowany w bladozielone szaty. Wokół niego jaśnieje napis: Spes – nadzieja.

Życie, nad którym nie unosi się podobny napis jest życiem martwym.

To, co niemożliwe

Ile razy w życiu wewnętrznym wraca to słowo „niemożliwe”. Niemożliwe np. nie nosić tego, co noszą wszyscy, nie czytać tego, co czytają wszyscy, nie tańczyć tego, co tańczą wszyscy. Albo także niemożliwe oprzeć się temu kierunkowi, nie dać się pociągnąć przez wir światowości. Niemożliwe utrzymać w całej czystości myśli i wyobraźnię.

Są to pospolite sofizmaty, sofizmaty podstępne, a przez to zdradliwie deprawujące.

Przypomnę sobie dewizę cechmistrza Jakuba Coeur: „Sercu mężnemu nic niepodobnego”. Przypomnę sobie też to powiedzenie: „Przed niemożliwością cofnąć się można bez wstydu. Ale czy to przedsięwzięcie jest niemożliwe przekonam się, gdy je rozpocznę”.

Nie da się – szepcze głos obawy – podejmować takiego apostolstwa. Nie mam żadnych danych, żeby mi się powiodło. Nikt nie będzie mnie słuchać. „Rozpoczynając je, przekonasz się czy jest możliwe”.

Śmiałość, odważenie się, jest najlepszą rękojmią powodzenia. Wezmę na sprzymierzeńców wszystkie ludzkie środki: takt, uprzejmość, poświęcenie, zaparcie się siebie. A potem, ponieważ chodzi o dzieło Boże – modlitwa i ofiara.

Zadziwiająca jest liczba rzeczy niemożliwych, dokonywanych przez ludzi przedsiębiorczych. Zaciągnę się w ich szeregi.

Zniechęcenie

„Nic nie jest tak podobne do pychy, jak zniechęcenie” – mówi Amiel. Św. Franciszek Salezy (3) i św. Joanna de Chantal mówią to samo. Św. Joanna tak pisze do swoich córek: „Jeśli upadniecie, upokorzcie się bez zniechęcenia, nie tracąc odwagi. To spokojne i ciche upokorzenie, to miłosne poznanie waszej nędzy, będzie Panu Bogu milsze, niż zarozumiała wierność.

Co leży na dnie wszystkich moich zniechęceń? Rodzaj naiwnego przekonania, że będąc taką, jaką jestem, nie ulegnę już żadnej słabości, żadnemu upadkowi. Co za głupstwo! Czyż mogę spodziewać się, żeby nędza nie była nędzą? Czy mam dziwić się, że upada to, co jest słabe i ułomne?

Należy patrzeć na rzeczy prawdziwie: najpierw uczynię wszystko, co możliwe, aby pozostać wierną; potem, to znaczy, jeśli zdarzy mi się upaść, nie będę się dziwić, ani zniechęcać, ani niecierpliwić, ani powracać do tego upartą myślą. Natychmiast otrząsnę się i znów pójdę naprzód, nie oglądając się w tył. Oto prawdziwa wspaniałomyślność, prawdziwa pokora.

Będę starać się wzbudzać często akty ufności, a w chwilach depresji będę powtarzać tę modlitewkę, która cuda czyni: «Serce Jezusa w Tobie mą ufność pokładam»”.

Wytrwałość

Przede wszystkim, cokolwiek by zaszło, będę wierna moim ćwiczeniom pobożnym, będę wierna mimo niechęci, mimo oschłości, mimo rzekomej nieudolności. Wszystko, czego się chce, jest możliwe. Zwłaszcza pod tym względem. Będę więc wytrwałą i jeszcze raz wytrwałą.

Będę unikać wszelkich okazji do upadku. Jak tylko ostrzeże mnie sumienie, że stoję już nie tylko wobec zła, lecz wobec czegoś mniej doskonałego, natychmiast będę starała się temu przeciwdziałać; nie dam się zbałamucić i wciągnąć. W tym punkcie potrzebna jest wielka czujność. Szatan jest podstępny. Wielkie upadki nie zaczynają się od znacznych odejść z drogi cnoty, ale od drobnych zaniedbań. Nie będę się niepokoić tym, co nie było dobrowolne, tym, co mi się zdarzyło przypadkiem lub ze słabości; po prostu to zapamiętam, aby na drugi raz postąpić lepiej. Będę natomiast przywiązywać wielką wagę do każdego uchybienia dobrowolnego, choćby to było w rzeczy najmniejszej, w jakimś szczególe, dotyczącym tzw. doskonałości, to jest tam, gdzie już nie chodzi o rozkaz, ale o proste życzenie Boże.

W chwilach trudnych będę się uciekała do wszechmocy Bożej. Błogosławiona Maria od Wcielenia, karmelitanka, wołała umierając: „Mój Boże, ja już wytrwać nie mogę, ale Ty możesz za mnie”. Oryginalny i mądry krzyk serca.

A potem dążyć do tego, aby każdy dzień przyniósł maksimum wydajności. Nie upaść jest dobrze, ale jest to czyn negatywny. A nam potrzeba czegoś pozytywnego. Każda chwila mego życia powinna pomnażać moją cnotę i chwalić Boga. Z wytrwałości poszczególnych dni składa się wytrwałość ostateczna. Życie nasze składa się z dni powszednich, każdy z tych dni powinien być przeżyty w świętości.

W rachunku sumienia o wiele bardziej będę zwracać uwagę na to, ile postąpiłam w świętości, a nie ile razy upadłam.

Krzyż

„Cierpienie jest zastępcą Chrystusa” – powiedział o. Faber. Powodzenie łatwo oddala od Boga. Doświadczenie, jeśli dusza jest „dobrze urodzona”, kieruje ku Bogu. Znane są tryumfy dobrego cierpienia.

Ileż osób, a zwłaszcza ile młodych dziewcząt, pozostało zawsze miernymi i przeciętnymi tylko dlatego, że nie spotkały się nigdy choćby z odrobiną prawdziwego cierpienia. Wszystko dokoła nich jest łatwe: nigdy żadnego wstrząsu, wszelkie wygody, wszelkie drobne przyjemności życia. Ojciec ma pieniądze, matka niczego nie wymaga lub nie umie wymagać. Dusza daje się ukołysać. Czy życie ma inny cel, jak zabawa, rozrywka, spotkania towarzyskie, tańce, herbatki, te wszystkie drobne błahostki świata?

Nagle niespodziewanie w to zaciszne życie wkrada się cierpienie i zalewa je. Najczęściej jest to żałoba lub złamane uczucie. Aż dotąd nie zastanawiałam się nad niczym; żyłam na powierzchni; wyciągałam ręce po każdą kroplę słodyczy, która się nasuwała. A oto zmienił się nagle zwykły codzienny napój mego życia; miód zamienił się w żółć. O jaka straszliwa gorycz!

Gorycz zbawienna dla tego, który umie ją zrozumieć. Duszę ubogą i ciasną cierpienie jeszcze zacieśnia i kurczy. Ale jeśli dusza jest zdolna do wzlotów, jeśli posiada choćby jeszcze nierozwinięte możliwości, jeśli jest ze szlachetnego kruszcu, wtedy cierpienie może stać się dla niej początkiem odrodzenia. Dotąd znała Chrystusa tylko poprzez zasłony pogodnych wyobrażeń, znała tylko jakiś blady Jego wizerunek w pastelowych kolorach – teraz staje nagle wobec prawdy krzyża, wobec prawdziwego Ukrzyżowanego, na prawdziwej Kalwarii! Nic tak nie uczy poznawać krzyża Bożego, jak z miłością przyjęty krzyż własny.

Ks. Raoul Plus SI

(1) Ks. Hulst, Lettres de direction, list z 19 listopada 1880 roku. – Doskonałe.

(2) Hippolyte Adolphe Taine (1828–1893), francuski filozof i historyk, estetyk i teoretyk kultury; profesor w École des Beaux-Arts w Paryżu; członek Akademii Francuskiej; przedstawiciel francuskiego pozytywizmu w metodologii humanistyki, zwłaszcza w filozofii kultury i teorii sztuki.

(3) Dusze niespokojne z wielkim pożytkiem mogą czytać L’art d’utiliser ses fautes d’apres saint François de Sales o. Tissota (Beauchesne), J’aurai confiance en Dieu o. Rondela (Lethielleux), Paix et joie o. Focha – przyp. aut.

Powyższy tekst jest fragmentem książki ks. Raoula Plus SI Dziewczętom ku rozwadze.