Rozdział szósty. Jak dom budowano

Była raz sobie kochająca się rodzina – ojciec, matka, syn Tomek, jego młodsza siostra Ania i maleństwo o bardzo długim imieniu Gustaw Adolf. Wszyscy bardzo pragnęli mieć własny wspólny dom i zależało im na tym bardziej niż na czymkolwiek innym na świecie.

Mieszkali w pewnym domu, ale wynajmowali go od kogoś, i chcieli zbudować własny ze słonecznym pokojem dla rodziców i niemowlęcia, małym pomieszczeniem dla Ani, dużym i przestronnym dla jej brata Tomka, przytulną kuchnią oraz jadalnią i, co najważniejsze, sypialnią dla babci, która często ich odwiedzała.

Na kominku stało pudełko, zrobione kiedyś przez Tomka. Nazywali je „domowym bankiem” i wrzucali tam każdy grosz zaoszczędzony na budowę domu.

Skarbonka już raz była pełna i opróżnili ją, by kupić kawałek ziemi, na której zamierzali budować, gdy tylko zbiorą pieniądze.

Trwało to jednak bardzo długo. Gustaw Adolf miał blisko trzy lata, kiedy pewnego dnia ojciec wrócił rozpromieniony do domu i przywołał wszystkich do siebie.

Matka przerwała mieszanie ciasta, Tomek odłożył swoją robotę, a Ania przyniosła ze sobą młodszego brata, którym się zajmowała. Ojciec spytał uroczyście:

– Czego wszyscy pragniemy bardziej niż czegokolwiek na świecie?

– Domu! – odparła matka i Tomek jednocześnie.

– Domu! – zawołała Ania.

– Domu! – zakwilił mały Gustaw Adolf, powtarzając po mamie.

– Chyba spełnią się nasze marzenia – rzekł ojciec – jeśli każdy z was włączy się do pomocy. Wybieram się do lasu na wyrąb drzew. Będę pracować przez całą zimę, a na wiosnę zapłacą mi drewnem, które przyda się do budowy. W czasie mojej nieobecności mama będzie musiała zająć moje miejsce, a także wypełniać swoje obowiązki: chodzić na targ, kupować węgiel, zaopatrywać spiżarnię, płacić rachunki oraz gotować, prać i szyć, opiekować się wami i nie upadać na duchu, zanim nie wrócę.

Matka była gotowa robić to wszystko, a nawet jeszcze więcej, by tylko udało im się zbudować upragniony dom.

– A czym ja mam się zająć? – spytał z przejęciem Tomek, ponieważ chciał jak najszybciej włączyć się do pomocy.

– Znalazłem dla ciebie miejsce w warsztacie stolarza, który mnie zatrudnia – odparł ojciec. – Będziesz pracował u niego i nauczysz się piłować, heblować i wbijać gwoździe, a na wiosnę pomożesz przy budowie.

Tomek z radości podrzucił w górę swoją czapkę, wiwatując, co bardzo rozbawiło małego Gustawa. Ania jednak się nie roześmiała. Bała się, że jest za mała, aby w czymkolwiek pomóc. Po chwili jednak ojciec spytał:

– A kto zaopiekuje się Gustawem, kiedy ja pojadę na wyrąb lasu, mama będzie prać, szyć i piec, a Tomek zacznie pracować u stolarza?

– Ja, ja! – zawołała Ania i z radości ucałowała młodszego brata. – Zajmę się nim, najlepiej jak umiem.

Ustalili więc, że wybudują dom, który będzie należał do nich wszystkich, ponieważ każdy zaoferował swą pomoc. Ojciec poczynił pospieszne przygotowania do zimy. Zgromadził drewno na opał i naprawił piec, a gdy drwale wybierali się do wielkiej puszczy, był gotowy wyruszyć z nimi.

W lesie czekały drzewa. Nie wiadomo jak wiele lat oczekiwały na to, by na coś się przydać, lecz z każdym rokiem stawały się coraz większe i mocniejsze. Wszystkie wyrosły z małych kiełków, a teraz były olbrzymie. Kiedy przybyli drwale, wielkie drzewa stały nagie i nieruchome w zimowym powietrzu. Odgłos toporów rozchodził się po całym lesie. Od wschodu do zachodu słońca robotnicy pracowali bez ustanku. Choć w lesie było smutno, gdy na ziemi leżał biały śnieg i wiał chłody wiatr, ojciec rodziny zachowywał pogodę ducha. Wieczorami, kiedy drwale siedzieli przy ogniu w wielkiej chacie z bali, opowiadał im o swojej żonie i dzieciach, którzy pracowali razem z nim, by ziścić marzenie o własnym domu. Nikt nie miał siekiery ostrzejszej niż on, ani też nie ściął tak wielu drzew. I nikt bardziej od niego nie cieszył się z nadejścia wiosny, kiedy to rozpoczął się spław drewna.

Rzeka również czekała przez całą zimę pod lodową skorupą. A gdy przyszła wiosna, śniegi zaczęły topnieć i górskie strumyki spływały kaskadami, zasilając rzekę, która stawała się coraz szersza i bardziej wartka. Płynęła szybko, porywając kłody wrzucane przez drwali, i niosła je z hukiem ze sobą.

Robotnicy podążali brzegiem, pilnując, by drewno posuwało się do przodu. W pewnej chwili zrobił się jednak zator. Kłody utkwiły w miejscu między jednym brzegiem a drugim, a woda pieniła się wokoło.

„Kto je odblokuje?” – zastanawiali się. Wiedzieli, że może to zrobić tylko ktoś odważny i zwinny, ponieważ było to niebezpieczne. Kłody mogły go zmiażdżyć, a rzeka porwać ze sobą.

Spoglądali po sobie nawzajem z obawą. Ojciec rodziny jednak się nie bał; był zręczny i silny. Pospieszył z siekierą w dłoni i zaczął przesuwać tarasujące kłody.

– Przydadzą się do budowy domu – rzekł. Odnalazł bale, które blokowały inne, a kiedy je poluzował, kłody znowu zaczęły płynąć.

– Wracaj już! Wracaj! – wołali drwale. Bale bowiem ruszyły do przodu z takim impetem i łoskotem, że kilka z nich podskoczyło do góry. Ojcu udało się jednak bezpiecznie dotrzeć na brzeg.

Ciężka praca dobiegła końca. Drewniane kłody trafiły do tartaków, gdzie pocięto je na deski do budowy domów, a ojciec pospieszył do swojej rodziny.

Gdy tam dotarł, przekonał się, że jego żona przez cały czas zajmowała się domem: piekła, prała, szyła i opiekowała się dziećmi tak, jak potrafi to tylko dobra matka. Tomek przykładał się do pracy w warsztacie stolarza i umiał już wbijać gwoździe, heblować i piłować. Wyrósł i był teraz wysoki i silny jak młoda sosna. Ania troskliwie zajmowała się młodszym bratem, który był czysty i wesoły jak polne kwiatki. Zachowywał się tak grzecznie, że przynosił radość całej rodzinie.

Muszę zapewnić im dom, pomyślał ojciec i razem z Tomkiem zabrali się do pracy. A kiedy budynek był gotowy, znalazł się w nim słoneczny pokój dla rodziców i Gustawa, mały dla Ani, duży i przestronny dla Tomka oraz przytulna kuchnia i jadalnia, a przede wszystkim sypialnia dla babci, która przyjechała, by zamieszkać z nimi na stałe.

Maud Lindsay

Powyższy tekst jest fragmentem książki Maud Lindsay Opowieści mojej mamy.