Rozdział szósty. Boża misja

Skoro największy autorytet w Avili zawyrokował na korzyść przedsięwzięcia, więc szereg innych osób chętnie pośpieszyło z pomocą. Byli wśród nich Francisco de Salcedo i Gaspar Daza. Nawrócili się też niektórzy z najzagorzalszych oponentów. Akurat wystawiono na sprzedaż skromny, mały dom na przedmieściu; natychmiast zostały wszczęte negocjacje handlowe.

Ale nie było dane iść sprawom gładko. Gdy poruszenie wygasło w mieście, zaczęło narastać w klasztorze Wcielenia. Pragnienie Teresy założenia domu o pierwotnej regule mniszki potraktowały jako osobistą zniewagę. Niektóre nawet sugerowały, że inicjatorkę należałoby trzymać w więzieniu; inne, nieliczne, przyznawały jej słuszność. Spór stawał się coraz bardziej zażarty. Do prowincjała słano skargę po skardze, a ten zaczął żałować, że w ogóle zgodził się sprzyjać inicjatywie. Zmęczony wreszcie ciągłym oporem oznajmił Teresie, iż czuje się zmuszony odwołać zezwolenie, a to z powodu zbyt silnej opozycji i niedostatku obiecanych pieniędzy. Teresa, nieposkromiona, opowiedziała o wszystkim ojcu Baltazarowi pytając, co czynić. Ten odrzekł, że ma być posłuszna i zrezygnować z wszelkich myśli o założeniu nowego domu zakonnego.

Zdawało się przez chwilę, że wysiłki i cierpienia Teresy poszły na marne, lecz jej wiara była wielka. Jeśli jest Bożą wolą, rozmyślała, by klasztor założyć, to na pewno tak się stanie. Tymczasem winna była posłuszeństwo i postanowiła praktykować je tak doskonale, jak tylko potrafi. Słowem ani myślą nie powróci do projektu tak drogiego sercu; cicho i spokojnie poświęci się zwykłym zajęciom na dotychczasowym miejscu. Gdy odwiedził ją ojciec Ibañez, mówiła z nim o Bogu i sprawach ducha, ani słowem nie wspomniała, jaki zawód ją spotkał. Wyglądało, jakby całkiem zapomniała, że kiedykolwiek nosiła się z tym kontrowersyjnym zamiarem, ale on wiedział, że to niemożliwe i był bardzo zbudowany jej posłuszeństwem.

Teresa była zobligowana do posłuszeństwa, ale nie jej przyjaciele. Doña Guiomar za namową ojca Ibañeza zwróciła się do Rzymu z prośbą o odpowiednie brewe. Działali również don Francisco i Gaspar Daza. Uległość Teresy wydawała się przynosić błogosławieństwo tym zabiegom.

Minęło sześć miesięcy. Niespodziewanie ojciec Ibañez postanowił opuścić Avilę by poświęcić się pustelniczemu życiu na modlitwie. Jego wyjazd mógł być poważną stratą dla małej grupki inicjatorów, lecz Bóg przewidział dla Teresy innego przyjaciela, przeznaczonego by zająć miejsce ojca Pedra.

Nowym rektorem kolegium świętego Idziego w Avili został mianowany Gaspar de Salazar, surowy, mądry i świątobliwy człowiek. Ojciec Baltasar pośpieszył spytać go o radę odnośnie Teresy. Niebawem Teresa została wezwana do zdania rektorowi sprawy o stanie swego ducha i o nadnaturalnych zjawiskach, których doznała.

Takich zwierzeń bardzo nie lubiła, lecz gdy tylko podeszła do konfesjonału niechęć, obawa i zdenerwowanie zniknęły. Wszystko wydało się łatwe, bo w tajemniczy sposób przeczuła, że ojciec Gaspar zrozumie i pomoże.

Nie myliła się. Ojciec de Salazar obdarzony szczególną łaską wglądu w dusze nakazał stałemu spowiednikowi pozostawić Teresie więcej swobody i niczego się nie obawiać, bo Duch Boży tu działa. Nieco później Pan polecił Teresie porozmawiać z ojcem Gasparem o nowym klasztorze.

– Powiedz mu, aby rozmyślał nad słowami: „Jakże wielkie są dzieła Twe, Panie, bardzo głębokie Twe myśli” – nakazał Boski Mistrz.

Ojciec rektor zastosował się do zalecenia i podczas modlitwy zobaczył całe przedsięwzięcie w Bożym świetle. Tego samego dnia oznajmił Teresie, że wola Pana została mu wyjawiona: Teresa ma zabrać się do dzieła.

Uzgodniono, że będą pracować w tajemnicy, bo zakonnice z Wcielenia tak bardzo zniechęciły prowincjała do projektu, że zwracać się do niego ponownie nie warto, a nawet nie należy. Sytuacja na pewno nie wyglądała obiecująco; Teresa była obserwowana i traktowana z nieufnością przez siostry z macierzystego konwentu, potrzebne fundusze nie nadchodziły, było wiele do zrobienia, a wszystko spadało na jej barki.

– Mój umiłowany Mistrzu – żaliła się Teresa – dlaczego posyłasz mnie do rzeczy niemożliwych? Cóż ja mogę? Nie mam ani pieniędzy, ani umiejętności.

Lecz by odnieść sukces w Bożym dziele potrzeba coś więcej niż samych tylko pieniędzy czy umiejętności – potrzeba świętości. U stóp Zbawiciela Teresa znalazła odwagę by znieść dla imienia Pana wszystkie trudności jakie napotka.

Pierwszą jej czynnością było napisanie listu do młodszej siostry z prośbą, by mąż Juany, młody szlachcic z Alby, Juan de Ovallo, przyjechał do Avili i dobił targu. Szwagier zjawił się natychmiast, w swoim imieniu zakupił upatrzony domek i osiedlił się w nim razem z żoną, co umożliwiło Teresie odwiedzanie i doglądanie obiektu. Lecz młody zespół nie był bogaty i mógł dać niewiele więcej ponad dobrą wolę. Przynajmniej część ceny należało natychmiast zapłacić i zatrudnić fachowców, by doprowadzili budynek do porządku.

Teresa jak zwykle uciekła się do modlitwy. W jej trakcie ukazał się święty Józef i polecił rozpocząć roboty, gdyż środki będą dopływać w miarę potrzeb. Najęto więc murarzy, nakreślono plany i przystąpiono do koniecznych przeróbek. Parę dni później Teresa otrzymała w prezencie dużą sumę pieniędzy od swego brata Lorenza przebywającego w Peru. Mogła więc zapłacić zarówno robotnikom, jak i wierzycielom.

Dom był tak mały, że wydawało się niemożliwe przekształcić go w klasztor. Teresa była wielce zakłopotana jak pomieścić tam salę sypialną i miejsce do wypoczynku, nie mówiąc o małej kaplicy. Gdy usiłowała rozwiązać ten problem, Pan przemówił do niej:

– Czy nie mówiłem ci już, że się zmieścicie? Jakże często Ja sam spałem pod gołym niebem, bo nie miałem dachu nad głową?

Teresa rzuciła się do nóg Boskiego Mistrza i powróciła do swego zadania z nową odwagą; teraz wszystko wydało się łatwiejsze, a rozwiązanie w zasięgu ręki.

Obecność ekipy remontowej sprawiała, że mieszkanie stało się dość niewygodne dla Juany i jej męża, ale oboje ani myśleli się skarżyć. Któregoś dnia ich pięcioletni syn Gonsalvo bawił się wśród materiałów budowlanych, gdy przygniótł go kawał burzonej ściany. Nieprzytomny leżał pod gruzami kilka godzin, aż znalazł go ojciec, i sądząc, że nie żyje, wniósł do wnętrza i w niemym bólu położył na kolanach Teresy.

Ta pochyliła głowę nad nie dającym oznak życia ciałkiem, opuściła welon i modliła się po cichu. Nagle chłopiec otworzył oczy, uśmiechnął się, usiadł i objął ciotkę za szyję.

– Nie martw się; masz tu syna – Teresa oddała Gonsalva siostrze, która klęczała obok płacząc.

Oboje z mężem wierzyli, że odzyskali dziecko dzięki modlitwie Teresy.

Inny groźny wypadek pokazał, że diabeł czyni wszystko by przeszkodzić. Właśnie wznoszona, mocna, starannie budowana ściana zawaliła się w nocy.

– Trzeba naprawić – powiedziała Teresa spokojnie, gdy o tym usłyszała.

– Przecież nie mamy pieniędzy – jęknęła doña Guiomar.

Na to Teresa:

– Nadejdą.

I rzeczywiście, przyszły jeszcze tego samego dnia. Don Juan był zdania, że robotnicy powinni odbudować mur na własny koszt, ale Teresa nie chciała o tym słyszeć.

– Biedacy; to nie ich wina. Wiem, kto to robi. Jakichże wysiłków dokonuje szatan, by uniemożliwić pracę. Ale będzie wykonana wbrew niemu.

Roboty rzeczywiście zostały ukończone, przeróbki dokonane i domek zmienił się w mikroskopijny klasztor, najuboższy jaki można sobie wyobrazić. Spełnienie marzeń było bliskie.

Mimo konspiracji w klasztorze Wcielenia zaczęto coś podejrzewać. Zachodziła obawa, że wieści dotrą do prowincjała, a ten nakaże Teresie zrezygnować z przedsięwzięcia. W tym wypadku musiałaby się podporządkować i dzieło zostałoby wstrzymane. Bóg oczywiście miał swoje sposoby, by zapobiec takim kłopotom.

Choć nie cieszyła się uznaniem w rodzinnym mieście, sława jej dotarła aż do dalekiego Toledo. Piotr z Alkantary poświadczał o jej świętości, nie inaczej Franciszek Borgiasz i ojciec Pedro Ibañez. Zaczęto szeptać, że w małym miasteczku Avila jest pewna mniszka, której moc modlitwy jest tak olbrzymia, że Bóg daje wszystko, o co poprosi.

Jedna z najznamienitszych dam w Toledo, księżna Luisa de la Cerda, właśnie straciła męża. To był pierwszy wielki smutek, jaki przytrafił się jej w życiu. Świat, który dotychczas uśmiechał się promiennie, przemienił się w ponurą pustynię. Boleść wdowy była tak wielka, że straciła nadzieję. Wtedy ktoś wspomniał jej o Teresie. Pomyślała młoda księżna, że ktoś tak umiłowany przez Boga potrafi ją pocieszyć, złagodzić ból. Napisała do prowincjała karmelitów, prosząc by Teresa złożyła jej wizytę.

Teresa była wielce zaskoczona, gdy otrzymała od ojca prowincjała polecenie udania się w odwiedziny do owdowiałej doñi Luisy, która liczyła, że towarzystwo karmelitanki przyniesie jej ukojenie. Zastanawiała się, skąd tamta może wiedzieć o jej istnieniu, i czy wolno porzucać dzieło niemal ukończone. Szukała porady u swego Boskiego Mistrza i usłyszała w uniesieniu, jak do niej przemawia:

– Idź, córko, nie zwracaj uwagi na tych, którzy by cię zatrzymywali. Będę z tobą.

Ojciec Gaspar de Salazar, dowiedziawszy się o poleceniu prowincjała i o pouczeniu Naszego Pana, ponaglał Teresę, by wyruszyła niezwłocznie. Powierzając nadzór nad pracami wykończeniowymi siostrze i szwagrowi, wyruszyła do Toledo w towarzystwie innej zakonnicy z macierzystego klasztoru, pod opieką don Juana de Ovallo.

cdn.

Frances Alice Forbes

Powyższy tekst jest fragmentem książki Frances Alice Forbes Św. Teresa z Avili. Odnowicielka Karmelu.