Rozdział szesnasty. Powrót do domu

– Obawiam się, że będziesz musiał opuścić Oratorium, Dominiku – powiedział don Bosko.

– Ależ, proszę księdza! Chyba nie mówi ksiądz tego poważnie?

– Przykro mi, Dominiku, ale tak właśnie jest. Będziesz musiał odejść.

Dominik odszedł ze spuszczoną głową. Była to najgorsza chwila, jaką przeżył od dnia, w którym poznał księdza Bosko. Idąc przez boisko wspominał szczęśliwy czas, jaki spędził w Oratorium; gry i zabawy, pikniki, scenę ze sztukami i skeczami, kaplicę z uroczystościami i chórem, i, oczywiście, przyjemne uczucie, jakiego doznawał, kiedy ksiądz Bosko był w pobliżu.

A teraz ksiądz sam go poprosił, by odszedł z Oratorium. Co gorsza, był przekonany, że nigdy nie pozwoli mu wrócić.

Co takiego wydarzyło się w ciągu ostatnich miesięcy, co mogło skłonić księdza Bosko do odprawienia Dominika?

Don Bosko, widząc pewne oznaki pogorszenia kondycji chłopca, postanowił zatroszczyć się o jego zdrowie. Przede wszystkim sądził, że długa droga z Oratorium do szkoły jest dla chłopca zbyt dużym wysiłkiem, i polecił mu zostać w domu. W zastępstwie nauki szkolnej zorganizował dla Dominika prywatne lekcje z księdzem Francesią, który zaczynał wtedy uczyć w Oratorium.

Gdy skończyły się lekcje poza Oratorium, zdrowie Dominika poprawiło się i trochę przytył wiosną i na początku lata 1856 roku. Poprawa nie była jednak trwała i znów zaczął niedomagać. Tym razem don Bosko wezwał specjalistę, a zarazem swego przyjaciela, doktora Vallauriego, by dokładne zbadał chłopca. Wynik nie był pocieszający. Doktor ostrzegał, że Dominik musi bardzo na siebie uważać, by zachować resztę sił, jaka mu została.

Dominik przyjął te niewesołe wieści ze spokojem. Bardziej skupiony na zdrowiu duszy niż ciała, zapytał księdza Bosko, w jaki sposób mógłby szczególnie uczcić miesiąc maj. Otrzymał od niego trzy zalecenia: dobrze wykonywać zwykłe obowiązki, przyjmować Komunię Świętą w dobrej intencji i codziennie opowiedzieć komuś krótką historyjkę o Matce Bożej.

– Zrobię tak – powiedział. – A jak ksiądz myśli, o jaką łaskę powinienem teraz prosić?

– Proś Ją o wstawiennictwo za twoje zdrowie… i o łaskę zostania świętym.

***

Dominik wziął sobie trzy zalecenia księdza Bosko do serca. Staranne wykonywanie codziennych obowiązków zawsze było jedną z najważniejszych zasad jego postępowania. Przyjmowanie Komunii Świętej w dobrej intencji nie było dla niego trudne. Kiedy pozwolono mu ją przyjmować tylko raz w tygodniu, podobnie jak święty Alojzy Gonzaga podzielił tydzień na dwie części; w czasie pierwszej przygotowywał się do Komunii, w czasie drugiej dziękował za jej otrzymanie. W drugim roku pobytu w Oratorium don Bosko pozwolił mu przyjmować Komunię codziennie, chociaż codzienną Komunię wprowadzono tu jako powszechny zwyczaj dopiero w roku 1878. A jeśli chodzi o opowiadanie komuś codziennie o Najświętszej Pannie, zaczął od razu.

I od razu dostał zimny prysznic. Gdy za pierwszym razem zaczął opowiadać historię grupie chłopców, jeden z nich zaprotestował.

– Czemu zawracasz sobie głowę czymś takim? – powiedział zniecierpliwiony.

Dominik natychmiast się zapalił.

– Czemu zawracam sobie głowę? – powtórzył z oburzeniem. – Zawracam głowę, ponieważ Pan zapłacił własnym życiem za dusze moich przyjaciół; zawracam głowę, ponieważ jako koledzy powinniśmy sobie pomagać; zawracam głowę, ponieważ Bóg mówi, że powinniśmy ratować dusze. Jeśli ocalimy duszę innego człowieka, ratujemy też własną. Dlatego zawracam sobie głowę czymś takim!

***

Wkrótce potem Dominik był już zbyt słaby, by uczestniczyć w lekcjach, i trafił do sali chorych. Spędzał tam czas, pomagając innym pacjentom. Miał własny sposób zapewniania im rozrywki. Podtrzymywał ich ciągłe zainteresowanie rozmowami o śmierci!

– Nasza zewnętrzna powłoka nie może pewnie trwać wiecznie – zaczynał. Potem wgłębiał się z zapałem w temat. – Ale kiedy umieramy, nasze dusze są wolne; łańcuchy opadają; a potem nasze ciała też wzlatują do nieba i cieszą się wiecznym zdrowiem!

– Tymczasem, przyjacielu – dodawał z lekką drwiną, przynosząc słuchaczowi porcję lekarstwa – musisz wziąć to paskudztwo, które ci dają, bo Bóg stworzył lekarstwa, by pomogły nam wyzdrowieć, o ile to możliwe.

Mimo słabnących sił, Dominik upierał się, że nadal będzie zamiatał podłogi, wycierał kurze, przynosił jedzenie i czyścił chłopcom buty.

– Lubię to dla nich robić – odpowiadał tym, którzy się sprzeciwiali. – To taka rozrywka, która na pewno nie daje mi zasługi.

Jego stan ciągle się pogarszał i ksiądz Bosko coraz bardziej się tym martwił. Postanowił w końcu poprosić kilku lekarzy o konsultację. Był tam również obecny doktor Vallauri. Podczas krótkiego badania, jakie potem nastąpiło, Dominik zachowywał się spokojnie. Gdy konsultacja się zakończyła, doktor Vallauri przedstawił drugie orzeczenie: jest bardzo mała nadzieja, że chłopiec kiedykolwiek wyzdrowieje.

Na osobności doktor przekazał księdzu Bosko opinię zupełnie innego rodzaju:

– Jakże cenną perłę znalazł ojciec w tym chłopcu! – powiedział.

– Wiem o tym, doktorze – odrzekł don Bosko. – Ale co może pan powiedzieć o przyczynie jego choroby, tego postępującego osłabienia?

– Mogę powiedzieć z głębokim przekonaniem, że jego dość delikatne zdrowie, inteligentny umysł, napięcie nerwowe – wszystkie te czynniki z pewnością na to wpływają.

– A lekarstwo?

– Lekarstwo? Drogi ojcze, pozwól mu iść do nieba. Jest gotowy. By w międzyczasie przedłużyć jego krótkie życie, należy go natychmiast odciążyć od wszelkiego wysiłku umysłowego. Oderwać od nauki i zająć jakąś lekką pracą, najlepiej manualną.

Na krótko przed zachorowaniem Dominik otrzymał list od bliskiego przyjaciela, Massaglii, który był wtedy w domu.

„Drogi przyjacielu!

Myślałem, że opuszczam Oratorium tylko na kilka dni, ale teraz wygląda na to, że potrwa to bardzo, bardzo długo. Stan mojego zdrowia jest z każdym dniem coraz bardziej niepewny. Doktor mówi, że się poprawia, ja mówię, że się pogarsza. Wkrótce zobaczymy, kto ma rację.

Jaka szkoda, że jestem daleko od Ciebie i Oratorium! Moją jedyną pociechą jest wspomnienie dni, kiedy razem przyjmowaliśmy Komunię Świętą.

Czy poszedłbyś do sali lekcyjnej? Znajdziesz tam w mojej ławce Naśladowanie Chrystusa. Zapakuj je i wyślij mi, proszę.

Uśmiechnij się! Jeśli nie możemy pozostać razem w tym życiu, mam nadzieję, że będziemy razem w niebie.

Zawsze Twój,
Jan Massaglia”

Dominik odpisał na list przyjaciela:

„Drogi Massaglio!

Bardzo ucieszył mnie Twój list. Był znakiem, że przynajmniej jeszcze żyjesz. Nie wiedzieliśmy, czy odmówić Chwała Panu! czy Z głębokości!

Na pewno pamiętasz, że Tomasz á Kempis od dawna nie żyje i leży nieruchomy w grobie. Jeśli chcesz, możesz go wskrzesić, próbując wprowadzić w czyn to, co napisał.

Piszesz, że nie jesteś pewny, czy jeszcze wrócisz do Oratorium. Moja własna cielesna powłoka wydaje się też zużyta i wszystko mi mówi, że zbliżam się szybko do kresu życia. Cokolwiek się zdarzy, módlmy się za siebie nawzajem, abyśmy obaj mieli dobrą śmierć. Ten, który pierwszy pójdzie do nieba, przygotuje miejsce dla przyjaciela, by tamten, gdy przyjdzie jego czas, miał tam kogoś, kto będzie czekał, by go powitać.

Zawsze Twój,
Dominik Savio”

Massaglia nie wrócił już do Oratorium. Zmarł 20 maja 1856 roku, w kilka dni po otrzymaniu listu od przyjaciela. Czy Dominik wiedział, że jego list będzie dla Massaglii ostrzeżeniem?

Wiadomość o śmierci przyjaciela miała dziwny, zasmucający wpływ na Dominika. Don Bosko pisze, że po raz pierwszy zobaczył, jak chłopiec popada w depresję. Może dlatego, że Massaglia był jego najlepszym przyjacielem w Oratorium i jego przedwczesna śmierć stanowiła dla niego stratę, którą odczuł szczególnie boleśnie. Przybliżyło mu to również myśl o własnym końcu.

Letnie wakacje 1856 roku były zbawienne dla zdrowia Dominika i każdy dzień, który spędzał poza domem, przynosił pewną poprawę. Don Bosko zgodnie ze swoim zwyczajem odwiedził jak co roku własny dom w Becchi, tym razem w towarzystwie Rui. Czekała go tam miła niespodzianka. Sądząc, że jego uczeń nadal leży w łóżku, wysłał z wizytą Ruę. Rua spotkał Dominika spacerującego wiejskimi drogami, zaokrąglonego na twarzy i pełnego energii. Wkrótce po tym spotkaniu zabrano go spod opieki lekarza, a na jesieni wrócił do Oratorium, by wznowić lekcje z profesorem Picco.

Zima 1856 roku była w Turynie niezwykle surowa – w rzeczy samej najzimniejsza, jaką pamiętali jego mieszkańcy. Była również smutna dla ludzi z Piemontu, bo niefortunne rozstrzygnięcie wojny krymskiej wpędziło ich w jeszcze większą biedę i cierpienie. Oratorium też dotknęło nieszczęście. Matka księdza Bosko, mama Małgorzata, anioł miłości dla wszystkich chłopców, zachorowała poważnie na zapalenie płuc. Pomimo modlitw chłopców i najlepszej opieki medycznej zmarła 25 listopada.

Ledwo Dominik wrócił do nauki i życia w Oratorium, jego zdrowie znów zaczęło się pogarszać. Słabł stopniowo i zaczął prócz tego boleśnie kaszleć. Teraz jego usposobienie się zmieniło. Stał się raczej nietowarzyski i wydawał się unikać swoich kolegów. Zmiana była tak widoczna, że Józef Cheano, jeden z przyjaciół z sodalicji, dał mu to wprost do zrozumienia.

– Nie lubisz już rozmawiać z przyjaciółmi, Dom? – zapytał.

– Ależ skąd! – wykrzyknął Dominik, ściągając brwi w nagłym paroksyzmie bólu. – To nie tak. To dlatego, że gdy mówię, czuję dwa noże przecinające mi skronie!

Silne bóle żołądka zmuszały go teraz do coraz większych ograniczeń w jedzeniu. Zawsze jadł to, co podawano wszystkim, i nigdy nie prosił, by podano mu coś specjalnego, a jeśli tak się stało, odmawiał.

Ostatecznie don Bosko musiał przez wzgląd na chłopca podjąć przykrą decyzję o ponownym odesłaniu go do domu. Ponieważ zdrowie Dominika nie wykazywało w Oratorium żadnych oznak poprawy, jedyną nadzieją na wyzdrowienie był dobroczynny wpływ świeżego powietrza rodzinnych stron, tak jak to stało się poprzednio. Dlatego zaproponowano mu delikatnie, by wrócił do Mondonio.

– Przykro mi, Dominiku – musiał powiedzieć chłopcu ksiądz Bosko – ale byłoby lepiej, gdybyś pojechał do domu na kolejny odpoczynek. Odłóż książki na jakiś czas i przebywaj jak najwięcej na powietrzu. Kiedy wyzdrowiejesz, powitamy cię z radością w Oratorium.

– Nie, nie – odrzekł z westchnieniem Dominik – Tym razem, jeśli pojadę, już nie wrócę.

Don Bosko, zdziwiony reakcją chłopca, zapytał:

– Ale dlaczego nie chcesz jechać do domu?

– Bo chcę umrzeć w Oratorium – odpowiedział Dominik.

W przeddzień wyjazdu, w sobotę 28 lutego 1857 roku, Dominik uczestniczył z pozostałymi chłopcami w zajęciach znanych jako „Ćwiczenie szczęśliwej śmierci”. Kiedy nastąpiła część, w której wszyscy modlą się „za tego spośród nas, który umrze pierwszy”, stojący blisko Dominika usłyszeli go, jak mówi: „Za Dominika Savio, który umrze pierwszy”.

Następnego ranka po Mszy Świętej zatrzymał jednego z chłopców i oddał mu niewielką sumę pieniędzy, które kiedyś pożyczył.

– Proszę – powiedział. – Rozliczmy się. Nie chcę się tłumaczyć z długów przed obliczem Naszego Pana.

Następny dzień był dla Dominika smutny. Ksiądz Bosko i wszyscy, którzy go znali, też nie byli weseli. Dominik podszedł do Świętego, chcąc otrzymać ostatnie przesłanie od swego przewodnika i przyjaciela.

– Co może zrobić chory człowiek, by dostać się do nieba, proszę księdza?

– Ofiarować Bogu wszystkie swoje cierpienia.

– Czy coś jeszcze?

– Ofiarować Mu swoje życie.

Dominik przez chwilę wyglądał na zadowolonego. Ale znów ogarnęły go wątpliwości.

– Czy mogę być pewny, że wszystkie moje grzechy będą mi odpuszczone?

– Zapewniam cię, w imię Boga, że twoje grzechy już zostały ci odpuszczone.

– A kiedy diabeł przychodzi mnie kusić?

– Powiedz mu, że sprzedałeś swoją duszę Bogu. Jeśli nadal będzie cię niepokoił, zapytaj go, co on kiedykolwiek dla ciebie zrobił, w porównaniu z tym, co zrobił Chrystus.

– Czy będę mógł patrzeć z nieba na Oratorium – i na mamę i tatę?

– Tak, zobaczysz, co się dzieje w Oratorium. Zobaczysz matkę i ojca. Zobaczysz poza tym tysiące pięknych rzeczy.

– Czy myśli ksiądz, że będę mógł ich odwiedzać?

– Tak, będziesz, jeśli ma to służyć większej chwale Boga.

Tylko Dominik wydawał się być przekonany, że od śmierci dzieli go zaledwie parę dni. Wyjazd z Oratorium miał dla niego szczególne znaczenie, bo czuł, że opuszcza to miejsce po raz ostatni. Kiedy ojciec przyjechał, by zabrać go do domu, popadł w przygnębienie.

– Jeśli nie chcesz dłużej tu trzymać mojej cielesnej powłoki, don Bosko – skarżył się – to pewnie niewiele mi już pozostało. Tak czy inaczej, spełni się wola Boża!

Ksiądz Bosko oponował, gdyż dałby wszystko, by zatrzymać go w Oratorium, ale lekarze powiedzieli, że musi wracać, bo tylko powietrze rodzinnych stron może mu uratować życie. Kapłan czuł, że ma obowiązek wysłać go do domu.

Dominik miał jeszcze ostatnią prośbę przed pożegnaniem.

– Proszę księdza, chciałbym jeszcze dostać od księdza mały prezent, zanim odejdę.

– Dam ci wszystko, co zechcesz. Co to takiego? Książka?

– Coś lepszego.

– Pieniądze na podróż?

– Właśnie! – zawołał Dominik. – Dokładnie tak! Pieniądze na podróż do nieba! Mówił ksiądz coś o specjalnych odpustach dla umierających. Czy mnie też w nich ksiądz uwzględni?

– Oczywiście, Dominiku. Uczynię to od razu.

– Do widzenia, don Bosko! – powiedział Dominik, całując rękę kapłana.

– Do widzenia, Dominiku!

– Kiedy z nim rozmawiałem – powiedział Cagliero, który był w grupie chłopców odprowadzających Dominika – zobaczyłem na jego twarzy dawny uśmiech. Wiedząc, ile go kosztuje opuszczenie nas, pomyślałem: „Jakim on jest wielkim małym świętym!”.

cdn.

Peter Lappin

Powyższy tekst jest fragmentem książki Petera Lappina Dominik Savio. Nastoletni święty.