Rozdział szesnasty. Opowieść o starej Florencji

Za bramami pięknego Miasta Kwiatów czaiło się wielu wrogów, dlatego musiało ono toczyć wiele wojen z zazdrosnymi sąsiadami. Ale nawet kiedy na zewnątrz panował pokój, w samym mieście go nie było, ponieważ dwa wielkie rody, Boundalmontich i Bardich, bez przerwy wywoływały zamieszki. Oba były silne i wpływowe, dumne i apodyktyczne, a choć spór między nimi był tak stary, że właściwie nikt już nie pamiętał o co poszło, członkowie zwaśnionych rodzin nienawidzili się z całego serca, zupełnie tak samo, jak ich ojcowie przed nimi.

Oczywiście słudzy i przyjaciele podtrzymywali spór z jeszcze większą zajadłością niż ich panowie. Zawsze, kiedy przypadkiem spotykali się na wąskiej ulicy, żaden nie chciał ustąpić drogi drugiemu i wybuchała zażarta bójka. Walczący wołali o wsparcie, aż w całej dzielnicy wybuchał zamęt. „Do Bardich! Do Buondalmontich!”, krzyczano ze wszystkich stron, a przyjaciele i wrogowie biegli żeby przyłączyć się do bitwy.

Ale Florentyńczycy dawno przywykli do kłótni i rozlewu krwi i nigdy nie dopuszczali, by przeszkadzały im one w świętach czy zabawie. Nasza opowieść rozpoczyna się właśnie podczas jednego z takich świąt, San Giovanni, czyli świętego Jana, kiedy w całej Florencji panowała beztroska radość, a wszyscy mieszkańcy oddawali się przyjemnościom, choć ludzie rozsądni nie zapomnieli zabrać ze sobą na wszelki wypadek broni.

Od samego rana w mieście dzwoniły dzwony, a ze wszystkich okien powiewały kolorowe dywany i tkaniny. Na wielkim placu łopotały na wietrze flagi miasta, a przez wszystkie bramy napływały tłumy mieszkańców okolicznych wiosek, ubranych w odświętne stroje. W kościołach z okazji święta patrona Florencji rozwieszono szkarłatny jedwab i aksamit, a ołtarze oświetlały setki świec.

Główną Mszę świętą odprawiano tego dnia w kościele San Giovanni. Wśród tłumu szlachetnie urodzonych widziano wiele młodych i pięknych twarzy, równie pięknych jak kwiaty, które dały miastu jego nazwę. Ale jedna z nich zdawała się piękniejsza niż inne, a przynajmniej takiego zdania był pewien młody człowiek, który stał oparty o kolumnę wbijając wzrok w pannę, która klęczała w pobliżu. Była wysoka i smukła, miała wspaniałe złote włosy, wśród których połyskiwały sprytnie wplecione perły, a jej biała jedwabna, haftowana na brzegach suknia, układała się wokół niej w długie fałdy i sprawiała, że dziewczyna wyglądała jak piękna, wysmukła lilia. Ale to uroda jej twarzy i niewinne oczy błyszczące niczym gwiazdy oczarowały młodego Ippolito Buondalmontiego i spowodowały, że zapomniał uklęknąć i przyłączyć się do modlitwy.

Kto to mógł być? Ippolito znał z widzenia większość dam we Florencji, ale nigdy nie widział równie pięknej panny. Wpatrywał się w nią bezustannie, aż w tłumie zaczęło się poruszenie i zdumiony młodzieniec stwierdził, że Msza święta już się skończyła, a ludzie wychodzą z kościoła. Szybko przepchnął się przez tłum do wyjścia, i tam czekał, aż zachwycająca panna wyjdzie na ulicę.

Nie musiał czekać długo. Nie miał też trudności z podążaniem jej śladem, ponieważ na ulicach było tyle ludzi, że nikt nie zwracał na niego uwagi. Szedł więc za nią, raz blisko, raz daleko, ale ani na chwilę nie tracił jej z oczu, póki wraz z towarzyszką nie skręciła w wąską, ciemną uliczkę o nazwie Via dei Bardi i zobaczył jak wchodzi na schody ponurego starego pałacu.

Ippolito zbliżył się i stanął koło drzwi. Kiedy obróciła głowę, ich oczy spotkały się, a młody człowiek z wielkim szacunkiem uniósł swą ozdobioną piórami czapkę i odsłonił głowę. Panna wydawała się zaskoczona, a nawet nieco przerażona. Ale ponieważ jej towarzyszka poszła przodem i nic nie zauważyła, panna raz jeszcze spojrzała nieśmiało na młodzieńca, odzianego w błękitny haftowany kaftan, płaszcz i jedwabne pończochy. Na jej twarzy pojawił się nagle psotny uśmiech i choć wiedziała doskonale, że żadna dobrze wychowana panna nie powinna zwracać uwagi na obcych, jak bardzo nie byliby przystojni, pomachała mu ręką, po czym pobiegła lekko za swą towarzyszką.

Na ulicy kręciło się sporo gapiów, więc Ippolito zaczepił człowieka, który opierał się o ścianę, jedząc ciemny chleb z cebulą.

– Czy wiesz czyj to pałac? – spytał wskazując na ponure stare drzwi, w których zniknęła piękna panna.

– Mieszkasz we Florencji i nie wiesz, że to pałac Bardich? – zdziwił się człowiek. – Jeszcze chwila i zaczniesz się dopytywać gdzie mieszkają Buondalmonti!

Ippolito wzdrygnął się i przygryzł wargę. Jeśli to była prawda, wszystkie jego dopiero co zrodzone nadzieje legły w gruzach. Gdyż jeśli piękna panna należy do znienawidzonego rodu Bardich, mała szansa, że jeszcze kiedyś ją zobaczy, ponieważ spory między oboma rodzinami stały się właśnie jeszcze gwałtowniejsze.

Niedużo czasu zajęło mu zebranie wszystkich potrzebnych wiadomości, które niestety w pełni potwierdziły jego obawy. Panna nazywała się Dianora i była jedynym dzieckiem srogiego starego Bardiego. Miała zaledwie szesnaście lat, a ponieważ jej matka umarła, wychowała ją stara ciotka. Prowadziła samotne i nudne życie w ponurym starym pałacu, nie mając żadnych towarzyszek w swoim wieku.

Nic zatem dziwnego, że twarz przystojnego młodzieńca, który zaczepiał ją w dzień święta, na stałe zadomowiła się w jej myślach. Kiedy następnym razem wybrała się wraz z ojcem na poważny i stateczny spacer na piazzę, nie mogła się nie uśmiechnąć, kiedy zauważyła, że z oddali obserwuje ją ten sam młodzieniec, który w dodatku, kiedy wracali już do pałacu, zamiótł w ukłonie zdobną w pióra czapką.

Jeszcze tego samego wieczora, gdy wąską uliczkę oświetlały jedynie promienie księżyca, dziewczyna usłyszała na dole cichą muzykę, a kiedy bezszelestnie uchyliła okno i wyjrzała, zobaczyła tę samą twarz i tęskne oczy zwrócone w stronę jej okna, gdy powietrze wypełniały słodkie tony gitary, na której grano pieśń miłosną.

Ale choć Ippolito często widywał w ten sposób swą piękną pannę, nic więcej nie mógł zrobić. Szaleństwem było mieć nadzieję, że kiedyś się poznają. Ale im bardziej sprawa wydawała się beznadziejna, tym bardziej zależało na niej Ippolito.

Schudł i zmarniał, ponieważ nie mógł ani jeść ani spać, aż wreszcie pewnej nocy wpadł na sprytny plan. Przypomniał sobie swą starą przyjaciółkę, Madonnę Contessę, która zawsze była dla niego bardzo uprzejma, a nie brała udziału w kłótniach rodów. Była to rozsądna i życzliwa osoba, a na dodatek znała Dianorę, więc zaraz nazajutrz biedny Ippolito poszedł do niej i opowiedział jej całą sprawę.

– Czy we Florencji nie ma dość pięknych panien, żebyś musiał zakochiwać się właśnie w córce Bardich? – spytała Madonna Contessa, kręcąc z dezaprobatą mądrą, starą głową.

– Dla mnie istnieje tylko Dianora – doparł ze smutkiem Ippolito.

– No dobrze – Madonna Contessa złożyła dłonie i popatrzyła w dal na błękitne wzgórza kryjące się już w magicznej mgle zmierzchu. – Nie zapomniałam jeszcze o smutkach i marzeniach własnej młodości, więc chętnie uszczęśliwię dwa młode serca. Ale będzie to trudne i niebezpieczne zadanie.

– Gdybym tylko mógł dotknąć jej ręki i do niej przemówić – westchnął Ippolito.

– No cóż, tyle mogę ci chyba obiecać – odparła dziarsko Madonna Contessa. – W tym tygodniu wydaję przyjęcie, a Dianora Bardi będzie jednym z moich gości. Zachowuj się mądrze i zostaw wszystko mnie, a zobaczysz, że wszystko pójdzie dobrze.

Lato już mijało, nadszedł czas zbioru winogron, a Madonna Contessa zaprosiła przyjaciół na wielką ucztę jaką wydawała co roku z tej okazji. Młodzi ludzie przyszli wcześnie i już wkrótce w winnicy pełno było kolorowo odzianej młodzieży, która wśród śmiechów i wesołych rozmów zbierała purpurowe kiście winogron, zwisające z liściastych girland winorośli.

Ippolito przybył jako pierwszy, ale nie wmieszał się w tłum w winnicy. Serce biło mu mocno, gdy niecierpliwie czekał w cichym, chłodnym salonie willi na przybycie Dianory. Nie musiał czekał długo. Już wkrótce uniesiono zasłaniającą wejście kotarę i dobra stara Contessa weszła do salonu wraz z piękną panną. Ippolito wydało się, że nagle cały świat rozbłysł w słońcu i wreszcie zrozumiał co to znaczy szczęście.

Ileż mieli sobie do powiedzenia i jak szybko upływał im czas! Wydawało im się, że ledwie się poznali, kiedy nadszedł czas rozstania.

– Czy będziesz mi wierna? – zapytał przy pożegnaniu Ippolito.

– Będę ci wierna aż do śmierci – zapewniła Dianora. – Obawiam się jednak, że czekają nas wyłącznie kłopoty. Sądzisz, że mój ojciec kiedykolwiek zgodzi się bym poślubiła jednego z Buondalmontich?

Choć oboje starali się być bardzo odważni, wiedzieli dobrze, że zostaną rozdzieleni na wieki, jeśli tajemnica ich przyjaźni zostanie odkryta przez innych członków zwaśnionych rodów.

Czas mijał, nie przynosząc im żadnej nadziei na zmianę na lepsze, aż wreszcie Ippolito postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Uznał, że jeśli Dianora zostanie jego żoną, nikt na świecie nie zdoła ich rozdzielić, a razem zniosą na pewno każdy los jaki ich czeka.

Więc jeszcze raz poprosił o przysługę uprzejmą Contessę. Zaprosiła do swej willi księdza, po czym pewnego szczęśliwego dnia Dianora i Ippolito wzięli ślub w jej prywatnej kaplicy. Jego świadkami były jedynie milczące rzeźby aniołów i ptaki, które śpiewały hymny na gałązkach zielonych drzew widocznych za otwartym oknem.

Nikt nie odkrył ich sekretu, a Dianora prowadziła nadal swe ciche i nudne życie w starym pałacu na Via dei Bardi. Ale jej serce było teraz lekkie i marzyła ciągle o szczęśliwych dniach, które na pewno nadejdą, jeśli będzie czekać cierpliwie.

Jednak cierpliwe oczekiwanie to była właśnie ta jedna rzecz, której nie mógł znieść Ippolito, niedługo wyjawił więc Diadorze plan, który powinien umożliwić im spotkania. Pewnej ciemnej nocy udał się na Via dei Bardi niosąc ukrytą pod czapką długą, jedwabną drabinkę. Stary pałac w nocy wydawał się jeszcze bardziej ponury niż za dnia. Tylko w oknie Diadory paliło się słabe światło, a serce Ippolito waliło z radości jak młotem, kiedy stanął pod nim i cicho zawołał hasło, jakie wspólnie ustalili. Okno otwarło się wówczas i spuszczono z niego sznur. Ippolito szybko przywiązał do niego drabinkę i czekał bez tchu aż Diadora wciągnie ją na górę i mocno przytwierdzi.

Ale niestety, nie byli dość ostrożni! Ledwie Ippolito zaczął się wspinać na górę, rozległ się szczęk broni, a z pałacu wypadł tłum zbrojnych sług, wymachujących mieczami i pochodniami.

– Złodziej! Złodziej! – krzyczeli. – Wtrącić go do lochów w Bargello!

Powlekli go do ratusza, a gdy straże miasta zapytały go o imię, zapanowało wielkie poruszenie, okazało się bowiem, że to nie pospolity rabuś, tylko młody szlachcic i to należący do wspaniałego rodu Buondalmontich!

– Czego szukałeś w pałacu? – pytali wzburzeni.

– Łupów – odparł śmiało Ippolito, ponieważ za nic nie chciał zdradzić Dianory.

– A potem co zamierzałeś zrobić?

– Podpalić pałac mego wroga – odparł Ippolito lekkomyślnie.

To było ciężkie przestępstwo, dlatego trzeba było zamknąć w lochu śmiałego młodego rabusia.

Rankiem, kiedy stary Bardi dowiedział się kogo pojmali jego słudzy, aż zatarł z radością ręce.

– Aha! – zawołał. – Złapaliśmy grubą rybę. Teraz zadamy ostateczny cios dumie rodu Buondalmontich!

Była już pora śniadania, a Dianora wraz ze starą ciotką siedziała przy stole, kiedy stary Bardi przyniósł im nowiny.

– Znacie młodego Ippolito Buondalmontiego? – zapytał. – Ten wesoły młody kogut już wkrótce przestanie piać. Złapaliśmy go wczoraj na gorącym uczynku jak się włamywał do pałacu, żeby nas okraść.

– Okraść? – zdumiała się Dianora. – Nie może być.

– Ależ tak, został złapany pod twoim oknem – odparł jej ojciec. – Zobaczysz, wkrótce zawiśnie w zupełnie inny sposób.

Dianora zbladła straszliwie i spojrzała z przerażeniem na rozgniewanego ojca.

– Nie strasz panienki opowieściami o rabusiach – powiedziała z naganą stara ciotka. – Zobacz, jak zbladła. Każdy by się przestraszył słysząc coś takiego.

– Spokojnie, córeczko, spokojnie, bądź dzielna – uspokajał starzec. – Ten młody rabuś tkwi teraz w lochach Bargello i już nikt nie będzie się wspinał na ściany naszego pałacu.

Biedna Dianora załamała w rozpaczy ręce. Och, gdyby tylko miała dość odwagi, żeby wyznać prawdę! Spróbowała coś powiedzieć, ale słowa więzły jej w gardle, gdyż nie śmiała narazić się na straszny gniew ojca. Mogła jedynie ukryć się w swym pokoju i wypłakiwać z rozpaczy oczy.

Tymczasem Ippolito został postawiony przed obliczem podesty, czyli głównego sędziego we Florencji, i znów przesłuchany. Wszystkim trudno było uwierzyć, że młody szlachcic chciał kraść niczym złodziej, więc raz po raz pytano po co chciał się dostać do pałacu. Ale żadne nalegania nie skłoniły Ippolito do zmiany zeznań. Honor Dianory był mu droższy niż życie, więc odpowiadał niezmiennie, że szedł obrabować i spalić dom wroga. Na próżno jego wpływowa rodzina oferowała wielkie sumy pieniędzy za jego wolność. Prawo we Florencji było surowe, a podesta nie dał się przekupić. Za taką zbrodnię przewidywano tylko jeden wyrok – Ippolito musiał umrzeć.

Wedle zwyczajów Florencji każdy skazany na śmierć mógł wyrazić ostatnie życzenie, a kiedy wczesnym rankiem zamierzano poprowadzić Ippolito na miejsce egzekucji, poprosił, aby udali się tam Via dei Bardi zamiast normalną drogą. Spełniono jego prośbę, choć zupełnie nie było to po drodze, sądzono bowiem, że młody człowiek zechce błagać wroga o przebaczenie nim umrze.

Wiosenny dzień był ciepły, a słońce ledwie wznosiło się ponad dachy domów, nie zagłębiając jeszcze swych promieni w mrok wąskich uliczek, kiedy orszak skręcił w Via dei Bardi. Na czele szli frati, czyli zakonnicy, śpiewając hymny, za nimi żołnierze, a na koniec straż prowadząca Ippolito. Młody szlachcic szedł śmiało z dumnie uniesioną głową. Dopiero pod oknami pałacu zwolnił nieco i rzucił jedno szybkie spojrzenie w górę, w okno pokoju Dianory. O tak! Wiedział, że ją tam zobaczy. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a on przesłał jej gestem pożegnanie, które tylko ona dostrzegła. Potem ruszył dalej.

To było więcej niż Dianora była w stanie znieść. Z powodu wczesnej pory miała na sobie tylko białą nocną koszulę, a jej rozpuszczone włosy opadały na ramiona niczym chmura złota, ale w ogóle nie myślała o swym stroju. W jednej chwili otworzyła drzwi sypialni, zbiegła po schodach i nim jeszcze orszak minął pałac, wpadła w tłum, roztrącając żołnierzy. Przedarła się do więźnia, po czym zarzuciła mu ręce na szyję.

– On jest niewinny, niewinny! – szlochała. – To mój mąż!

Wybuchło straszliwe zamieszanie, a stary Bardi wpadł w okropny gniew.

– Ona oszalała! – wykrzykiwał. – Strach pomieszał jej w głowie, biedaczce. Zabierzcie ją i nie zwracajcie uwagi na jej słowa.

Ale Dianora jeszcze mocniej złapała męża za szyję i powtórzyła głośno i spokojnie.

– Mówię szczerą prawdę. To mój mąż i jest niewinny.

Na próżno stary Bardi próbował ją odciągnąć. Jeden z zakonników, który być może znał prawdę, gdyż wysłuchał spowiedzi Ippolito, stanął w obronie dziewczyny.

– Szalona czy nie, musi iść z nami do podesty, żebyśmy mogli ją przesłuchać – zdecydował.

Owinęli drżącą Dianorę płaszczem i poprowadzili do sądu pocieszając, że wszystko będzie dobrze.

Wkrótce wszyscy poznali całą historię i Ippolito odzyskał wolność. Potem radni miasta kazali rodzinom Bardich i Buondalmontich stawić się przed ich obliczem.

– Czy nie czas, by zakończyć bezmyślne awantury i bezrozumną nienawiść? – spytali surowo. – Wasz syn i córka pobrali się i nic nie może tego odwrócić. Będzie lepiej jeśli podacie sobie teraz ręce i zapomnicie o waszych waśniach.

Uzgodniono zatem, że między rodami zapanuje zgoda i wreszcie dla Florencji nastał pokój. Ippolito i Dianora żyli oczywiście szczęśliwie, a jak powiada stara kronika: „mieli dwanaścioro dzieci, synów i córek, równie odważnych i pięknych jak ich rodzice”.

Amy Steedman

Powyższy tekst jest fragmentem książki Amy Steedman Marziale, herszt zbójców oraz inne fascynujące opowieści.