Rozdział siódmy. Wyznania liberała, cz. 2

Mniejsza o pierwszy punkt, czy orkan roku 1789 dlatego na Kościół uderzył, że widział w nim podporę starego porządku, czy też odwrotnie, dlatego stary porządek do szczętu burzył, że w nim ślady dzieła Kościoła upatrywał. Z nierównie głębszego poglądu Leona XIII , który wyłożyłem w numerze marcowym, wynikałoby raczej to ostatnie. Ale to kwestia historiozoficzna; zostawmy ją na boku.

Niezrównanie ważniejszą jest kwestia o podstawie i źródle religii, którą autor porusza. Panu Masłowskiemu się zdaje, że kiedy oparł religię na psychologii i podparł ją socjologią, to już ona stać musi jak mur pod Kowalewem – i w tym naiwnym przekonaniu odejmuje religii, bez jej szkody, jak sądzi, owszem na jej korzyść, refleksję rozumową. Gdyby religia była tylko snopkiem uczuć i afektów, zgoda; ale przecież te afekty religijne nie strzelają w próżnię. Kto się modli, kto ufa, kto się pociesza przyszłym życiem, ten musi myśleć o Bogu, o drugim życiu, musi wiedzieć, że jest Bóg i przyszłe życie. Słowem bez dogmatu nie ma religii. Dogmat zaś będąc uznaniem danej nauki za prawdę siedzi w rozumie, rozum z przyrodzenia reflektuje – brońże tedy religii od refleksji rozumowej!

Pojmuję, że panu Masłowskiemu trudno sobie wystawić, jak może religia w rozumie z refleksją się zmieścić. Ale tym, co są wykształceni w umiejętności religii proporcjonalnie do wykształcenia w innych naukach zrozumieć to łatwo. Wierzą oni w dogmat, bo wiedzą rozumowo, że Bóg istnieje i wiedzą historycznie, że Bóg ten dogmat objawił. Religia jest u nich najpierw przekonaniem, a potem potrzebą; akty religijne są przede wszystkim obowiązkiem, a potem zadośćuczynieniem aspiracjom serca. Wstrzymam się od szerszego wyłuszczenia rzeczy, bo dopiero wyłożoną została w „Przeglądzie”, w artykule Rozwój wiary; ale zaznaczam, że pojęcie religii jako rzeczy samego uczucia stawia w powietrzu jej prawdę dogmatyczną, a to znowu podcina możliwość jej bytu w uczuciu, bo, jak powiedziałem, serce musi się spotykać z rozumem. Jest niezawodnie religia potrzebą serca, bo signatum est super nos lumen vultus tui – i jako taka objawia się w psychologii; jest potrzebą społeczną, bo „łatwiej, jak powiedział Platon, zbudować miasto w powietrzu, niż społeczność bez Bóstwa”, i jako taka występuje w socjologii; jest potrzebą etyczną, potrzebą we wszystkich niemal kierunkach działalności ludzkiej. Ale przede wszystkim jest ona prawdą przedmiotową, i jako taka objawia się rozumowi. Gdyby zaś taką nie była, wszystkie wymienione potrzeby nie podtrzymałyby jej bytu. Rozum uznaje Boga nie dlatego, żeby sobie doraźnie wytłumaczyć „czemu deszcz pada i słońce świeci”, ale dlatego, że ponad bezpośrednimi przyczynami, które od wieków zna, i dalszymi przyczynami, które dzisiejszą nauką odkrywa i jeszcze dalszymi, które kiedykolwiek z postępem nauki odkryje, widzi wciąż konieczność przyczyny pierwszej, absolutnej – której mądrość i moc okazuje się, dowodzi się i w porządku przyrody i w porządku etycznym i w którąkolwiek stronę myśl ludzka się zwróci. Dlatego to nauka, tłumacząc coraz dalej i coraz głębiej przyczyny zjawisk, nie uchyla, nie oddala nawet tej konieczności Boga, lecz owszem tym silniej, tym widoczniej ją zatwierdza, bo tym więcej mądrości i mocy Jego odsłania.

Podobnie też pojęcie Kościoła, jako naturalny wytwór uczucia religijnego w sferze społecznej, jakkolwiek pozornie dla sprawy korzystnym, w zasadzie jednak jest mylnym. Przeczą mu nie tylko dogmaty (o których teraz nie wspominam), ale nawet fakty dziejowe. Gdyby według teorii tych panów, z uczucia wyrastała naturalnie wiara, a z wiary przy rozwoju społecznym wytwarzał się Kościół, wówczas widzielibyśmy w dziejach ludzkości pewną równorzędność postępu religii i Kościoła z postępem cywilizacji: Kościół starego Egiptu przewyższałby o wiele synagogę, Kościół Jowisza kwitnąłby w wieku Augusta. Po najazdach barbarzyńców podupadłby dogmat i Kościół w proporcji do cofnięcia się cywilizacji itd. itd. Tymczasem nic z tego w historii. W starożytności wrodzone uczucie religii przebija się wprawdzie wszędzie, przybiera nieskończone formy, omackiem szuka Boga, jak mówi św. Paweł, ale coraz więcej wykrzywia Jego postać. Aż tu nagle pośród dziejów staje Kościół Chrystusowy z dogmatem, etyką, hierarchią i kultem en bloc, narzuca się z tym wszystkim, tak samo cywilizowanym Rzymianom, jak wpółdzikim barbarzyńcom; w czasie długiego upadku cywilizacji, ani dogmat, ani etyka, ani hierarchia, ani kult żadnej nie ulegają zmianie – i dziś, w XIX wieku, gdy czytam piśmienne pomniki czasów apostolskich, zdaje mi się, że słucham u podnóża naszych ambon, albo że się modlę z ludem u stóp naszych ołtarzy. Doprawdy w Kościele jest coś więcej, jak naturalny tylko rozwój wrodzonego pierwiastka, jest interwencja z góry tego, co wieczne, niezmienne, życiodajne.

Kościół, jak słusznie dowodzi pan Masłowski, jest istotnie potrzebny społeczeństwu i państwu, nie na tej jednak potrzebie stoi, ale na fakcie nadprzyrodzonym Boskiego ustanowienia i stąd dopiero ma moc kierowania umysłów, władania sercami i dźwigania społeczeństw.

Podobną dobrą wolę, a więcej prawdy, znajdujemy w jedenastym liście: o rodzinie, bo tu w istocie grunt naturalny, autorowi przystępniejszy.

Najpierw słusznie zarzuca on liberałom, że burzą dla przyjemności burzenia, nie wiedząc co na gruzach postawią. Tak usiłują zwalić Kościół, nie myśląc czym się da zastąpić religia, tak też rozbijają rodzinę, której brak niczym by się nie dał wypełnić.

„Zapewne czują oni instynktownie, że dopóki tej fortecy nie wezmą, załogi w pień nie wytną, a murów z ziemią nie zrównają, dopóty ich panowanie uwieńczonym nie będzie. Dość, że oblegają ją nieustannie od stu lat, zakładają pod nią miny w postaci przeróżnych scenicznych wyrobów, dających się zaszeregować pod rodzajową nazwą «utworów szkoły konkubinatu», zdzierają z niej sankcję religijną, szturmują ze wszystkich stron, słowem, z nieustającą energią i wytrwałością pracują nad jej zburzeniem. Nie umiałbym jednak powiedzieć, czy dla ułatwienia sobie tej pracy i zapewnienia zwycięstwa wypisali na swym sztandarze hasło fałszywe, czy też w prostocie ducha sądzą, że właśnie w tym swoim haśle streścili jądro sprawy; to pewne jednak, że nie mówią, iż im idzie o rozbicie rodziny, ale o rozwiązanie kwestii małżeńskiej”.

Czymże jest więc rodzina? „Rodzina nie jest ani kontraktem, ani inwencją czyjąś, ani instytucją czerpiącą swą moc z jakiegoś dekretu, ale produktem naturalnym… rodzicielskie uczucie zrodziło rodzinę.” Bardzo dobrze tym razem – i dlatego też rodzina nie jest faktem hors ligne w dziejach ludzkości, jak Kościół, ale znajduje się zawsze i wszędzie, gdzie ludzkość, w stanie mniej więcej proporcjonalnym do stanu moralnej cywilizacji czasu i miejsca. Jedno tylko zrobię zastrzeżenie, że jak lot od skrzydeł a jednak skrzydła dla lotu stworzone, tak rodzina pochodzi wprawdzie z uczuć rodzicielskich, ale te uczucia dane są a priori od Stwórcy dla wytworzenia rodziny. Autor podobno tej celowości w utworach naturalnych nie odrzuca, skoro dodaje niżej, że „rodzina powstała dla wykształcenia uczuć progenitury”.

Jakiż dalej przyrodzony cel rodziny? Podwójny: wpierw, jak dopiero powiedziano, wychowanie, nie samo hodowanie ciała, nie tylko wypełnianie głowy, ale głównie wychowanie serca, w czym jest istota cywilizacji. Dziatwa „to zanadto wątła roślina, aby społeczeństwo, jako całość, mogło się zająć jej hodowlą, zanadto delikatna, aby ją narażać na mroźne podmuchy płatnych urzędników”. Drugim celem rodziny, przechowanie tradycji. Bez tradycji każde młode pokolenie rzucałoby nawę społeczną na nowe eksperymenty, starsze pokolenie musiałoby się siłą opierać; stąd walki i zaburzenia bez końca.

„Tradycja zapobiega takiej dezorganizacji przez urabianie każdego nowego pokolenia na wzór i podobieństwo starego. Jest więc główną podstawą porządku, a przeto i głównym czynnikiem postępu…

Tak ważną więc instytucją – mówi dalej autor – w organizacji społecznej jest rodzina, tak święte jej zadanie i tak wielki z niej pożytek. Otóż małżeństwo jest tym jądrem czy ziarenkiem, z którego wyrasta rodzinna roślina… Podobnie przeto jak agronom otacza swą pieczą ziarno rzucone do ziemi nie dlatego, aby jakiś do niego specjalny czuł afekt, ale przez wzgląd na tę roślinę, co z niego wyrośnie; tak również nie przez żadną szczególną admirację do małżeństwa otacza je społeczeństwo najwyższą czcią i wyposaża przeróżnymi przywilejami, lecz jedynie przez wzgląd na tę tak cenną socjalną instytucję rodzinną, której ono jest zawiązkiem”.

Dobrze powiedziane, zapomniał tylko autor o sankcji religijnej, która jeśli gdzie, to w małżeństwie jest niezbędną. Daremną wszelka „admiracja społeczna”, na próżno „socjologia – jak mówi niżej autor – pragnie rozwód zupełnie wykluczyć, a nie chce rozwiązać nawet bezdzietnych stadeł, dlatego aby nic z powagi i świętości małżeństwa nie uronić”. Formułki naukowe, to trzcinowy płot przeciwko fali namiętności i egoistycznych interesów. Tu trzeba grobli sumienia i bezwzględnego obowiązku, a tę tylko sankcja religijna położyć może. Dlatego Chrystus umocnił tę groblę świętością i łaską sakramentu: bo małżeństwo to węgielny kamień, na którym stoi rodzina, a na rodzinie społeczeństwo i wszystko.

„Otóż liberalizm – mówi znów autor – złożony z mnóstwa teoretycznych formułek, najczęściej wyrobionych przez adwokatów i ekonomistów, sądzi o wszystkim, co w życiu spotyka, jako o formułce, naturalnie starej, przeżytej, świecącej staroświecką powagą, ale wewnątrz pustej… W małżeństwie nie dostrzegł więc liberalizm rodziny, jeno afekt zmysłowy… Rozumiesz dobrze, że z tak fizjologicznej podstawy nie mógł innych, jak fizjologiczne wysnuć wnioski. Utworzył więc sobie zmysłową teorię o szczęściu w małżeństwie i zamknął ją fizjologicznym wnioskiem o rozwodzie, w razie jeżeli to szczęście nie powstanie, lub w chwili gdy wzajemna sympatia zgaśnie. Więc… gotów szafować rozwodem na prawo i na lewo, a ideał swój widzi w kontraktach terminowych”.

Ideał ten ujawnia się nie tylko w prawodawstwie, kiedykolwiek skrajny liberalizm do steru przychodzi, ale też nieustannie w prasie codziennej i w powieściopisarstwie, a tym sposobem, mijając prawo, trafia od razu do obyczajów ludności – i dzieło rozkładu samo się dokonuje.

W dwunastym wreszcie liście zbija autor mrzonki liberałów o demokratycznym Eldorado przyszłości – i w tym ma zupełną słuszność – lecz przedkłada swą teorię o klasach społecznych, i tu jest zupełnie na fałszywym gruncie.

Liberalizm burząc gmach przeszłości, a czując że ludziom musi jakąś obiecywać przyszłość, bo „organizacja duszy naszej jest taka, że bez nadziei obejść się nie może”, tę przyszłość buduje fantastycznie na ludziach. „Szlachta – mawia on – wypowiedziała już ostatecznie swoje słowo, nie wypowiedział go tylko lud. Ale gdy on wzmoże się w dobrobyt i podniesie w oświacie, wywrze głęboki i dodatni wpływ na społeczeństwo. Z tej rudy najszlachetniejsze wytopi nam przyszłość kruszce. Weksel ten wystawiony na imię ludu znajdziesz wszędzie; wystawia go każdy liberał, a publiczności, pragnącej mieć choć jakikolwiek haczyk do zawieszenia swoich nadziei, każe go żyrować”.

„Ale któż jest tym ludem?” – pyta pan Masłowski. „Lud, mówiąc po prostu, to chłop. Więc ta siermiężna istota, gorzej niż pospolita, bo brutalna w uczuciach, a w myśleniu nie wychodząca poza ciasny zakres konkretności, o dzikich rysach twarzy, rozwiniętych szczękach a płaskim czole, o przewodzie pokarmowym, przypominającym trawożerne zwierzęta, ma nam raj na ziemi stworzyć, najszlachetniejsze wytopić kruszce ze swej rudy, byle tylko trochę obrosła w pierze, miała kurę w garnku według recepty Henryka IV i dyplom w kieszeni z ukończonych szkół normalnych?! – Jako liberał gotów jesteś oburzyć się na mnie za ten ton ironiczny”.

– Nie, panie Masłowski, liberałem nie jestem; sądzę jednak, że ludu naszego nie znasz i przez fałszywe, bo darwinizmem zabarwione nań patrzysz okulary. Ale przejdźmy do dyskusji. Rozumowanie autora jest takie: liberalizm, obiecując złoty wiek w przyszłości demokratycznej, albo baśnie nianiek prawi, albo powinien przewidzenia swoje jakimś pozytywnym, umiejętnym dowodem uzasadnić. Ale „gdzież pozytywny punkt oparcia dla liberalnej teorii, iż ruda chłopska wytopi nam najszlachetniejsze kruszce? Ja go nie znam – mówi autor – a żaden liberał nie był tak otwartym, żeby zdradzić światu tę tajemnicę swej nauki”. Póty wybornie. Dalej idąc, mógł autor wskazać, że kierunek jaki dziś bierze „oświata” nie zapowiada bynajmniej złotego wieku, że jak pójdzie świat dalej po tych samych torach, mamy wszelkie powody przewidywać, że będzie jeszcze gorzej, że im dalej, tym więcej będzie nadużyć u góry, pauperyzmu u dołu, tym więcej będzie zgrzytu w maszynerii społecznej, mniej maści miłości i podniosłych uczuć itd. Dowodzi tego „umiejętnie” (w sensie pana Masłowskiego) filozof Hartman. Jeszcze głębiej w rzecz wnikając, mógł autor logicznie udowodnić, że to co złowrogiego w kierunku dzisiejszej oświaty, pochodzi właśnie z pierwiastka liberalnego, który w niej siedzi, z zasad roku 1789, że ten zgubny impuls nadany jest prawodawstwu, szkolnictwu, organizacji pracy etc. Taki wywód byłby głęboki, z ogólnym założeniem autora zgodny, ze wszech miar prawdziwy. Ale autor, któremu przetłumaczony Darwin jeszcze w głowie siedzi, porzuca ten grunt i traktuje sprawę ze stanowiska „zoologicznego”.

Lud, mówi on, zdolny jest przyjąć w każdej chwili „w cieplarniach uniwersyteckich” wykształcenie umysłowe. Ale strona uczuciowa człowieka, na której głównie prawdziwa cywilizacja zależy, jest tej natury, że rozwinąć się nie może, jak tylko przez długi szereg pokoleń, na zasadzie ewolucji.

„Otóż uczucia ludu stoją jeszcze na bardzo niskim stopniu rozwoju. Weź wszystkie jego afekty, wyrażone w obyczajach i zwyczajach, w pieśniach, w stroju, w metaforach mowy, w stosunkach wewnętrznych rodzinnych, w ulubionych zabawach etc.; weź je jednak z własnych spostrzeżeń lub z relacji sumiennych badaczy, nie zaś z opisów poetyckich i powieściopisarskich, a przekonasz się, że w afekcyjnym życiu chłopa dominuje tak silnie brutalna zmysłowość, iż jedynie niepospolicie delikatną analizą zdołasz w akordzie najniższych popędów odnaleźć słaby i zaledwie początkujący ton wyższych pierwiastków…

Zatem chcąc przeprowadzić naukową klasyfikację, trzeba go pomieścić o wiele niżej od postaci typowego szlachcica, co rozumiem: postaci rysowanej przez etnologa, a nie ręką liberalnego karykaturzysty. I nic w tym dziwnego, owszem, odwrotny stan rzeczy byłby zagadką naukową. Wiekowe uprzywilejowanie musiało szlachtę wyrobić, stworzyć z niej, mówiąc zoologicznym językiem, rasę lepszą, szlachetniejszą, pełniejszą wyższych aspiracji; a wiekowe upośledzenie nie mogło znowu wpłynąć uszlachetniająco na psychiczny rozwój ludowej warstwy. Nie wybiegnę więc poza sferę naukowej ścisłości, gdy powiem, że minie długi szereg pokoleń, zanim lud dojdzie do tego stopnia wyszlachetnienia uczuć, na którym dzisiaj stoi szlachta”.

Dwie rzeczy w tym rozumowaniu są do zauważenia: opis obecnego stanu ludu pod względem uczuć, i kwestia ewolucyjnego rozwoju uczuć.

Któż nie ma pretensji znać chłopa? Każdy go co krok spotyka, widuje go niemal codziennie i stąd każdemu się zdaje, że może o nim sąd wydać ze znajomością rzeczy. Ale i trawę widujemy codziennie, każde dziecko wie co to trawa. A jednak tylko botanik zna tajemnicę wewnętrznego życia tych kroci przeróżnych roślinek, które zbiorowo i ogólnikowo trawą nazywamy. Żeby sądzić o wnętrzu, nie dosyć widzieć po wierzchu i obserwować rozwinięcie szczęk i rzekomą płaskość czoła (1). Chłopa się co dzień spotyka, ale jakie się miewa z nim stosunki? Każe mu się z drogi ustąpić; czasem targuje się z nim o chleb wiejski, o mleko na spacerze, o podwodę. Na tym miastowi ludzie, zwłaszcza literaci, swą znajomość z ludem kończą. Nie znam curriculum vitae pana Masłowskiego, ale na podstawie tego rozdziału, zaliczam go śmiało do takich znawców ludu. Chłopa znać może naprawdę tylko gospodarz, co na wsi siedzi i ludem z bliska i z miłością się zajmuje, i jeszcze lepiej kapłan, który we wszystkie stosunki jego życia wnika i wprost do jego duszy zagląda. Otóż ja w ten sposób, od środka znam nasz lud i powiedzieć mogę, że pod tą grubą powłoką, wypieczoną słońcem i porysowaną od znoju, kryje się zdrój uczuć, nawet podniosłych i delikatnych, którego pan Masłowski et consortes wcale się nie domyślają. Zwłaszcza gdy się cokolwiek nad ludem pracuje, o jakże prędko zbiera się wiano wdzięczności, poczucia obowiązku, wstrętu i wstydu względem nieuczciwości, prawdziwej pobożności, nawet ofiarności, wzorowej miłości w małżeństwie itd. Ks. Antoniewicz patrząc na to z bliska w swych pracach apostolskich, nie umiał łez radości powstrzymać; każdy z naszych ludowych misjonarzy tego samego wrażenia doznał. Sienkiewicz, misternie szkicując uczucia ludu w swych nowelach Szkice węglem, Za chlebem itp. jest nierównie bliżej realnej prawdy o ludzie niż pan Masłowski udrapowany w swą „naukę suchą, zimną, poważną, a zoologiczną”.

Myli się pan Masłowski, gdy mówi, że „w afekcyjnym życiu chłopa dominuje brutalna zmysłowość, stawiająca go w klasyfikacji zoologicznej o wiele niżej od postaci typowego szlachcica”, bo zmysłowość w klasach bardziej wykształconych bywa więcej wyrafinowaną, a daj Boże, żeby nie była gorszą, więcej rozpowszechnioną, więcej dominującą w życiu, jak bywa u ludu. Myli się pan Masłowski, gdy mówi, że „ledwo kto zdoła w akordzie najniższych popędów u ludu, odnaleźć słaby i początkujący ton wyższych pierwiastków”. Myli się, mówię, bo nie znam w całej skali uczuć ludzkich tak podniosłego tonu, do którego bym akordu nie dobrał w sercach polskiego ludu. Myli się ogółem pan Masłowski twierdząc, że chłopu blisko do nabycia wiedzy, a daleko do wykształcenia uczuć, bo odwrotnie wiedzy mu tylko nie dostaje i tego sposobu wyrażania i ukrywania uczuć, który się z wiedzą nabywa; same zaś uczucia wykształcił chrystianizm, który go od wieków wychowuje.

Skoro zaś tak mylnym jest założenie autora, to i teoria ewolucyjna temu założeniu podstawiona, chybioną być musi. Nie rozumiem zresztą jakim sposobem wobec tej teorii przyjmuje on dziedziczność w sferze afekcyjnej – kiedy żąda wielu pokoleń dla wykształcenia uczuć, a nie przyjmuje jej w sferze umysłowej – kiedy przypuszcza, że chłop równie prędko nabędzie wszelkich nauk, jak dziecię wysokich klas społecznych. Czy w jego „psychografii porównawczej” skonstatowano, że z dziedzicznej krwi serce, a z jakiejś obcej mózg się tworzy? Nie pojmuję również zastrzeżenia: „że ludowym uczonym brakować musi znamienia genialności, iż nowych dróg nie wskażą nauce, a tylko stare potrafią konserwować”. Przecież łatwo sprawdzić, że między geniuszami nauki, tymi właśnie co nowe drogi umiejętnościom wskazali, wielka część z najniższych wyszła warstw społeczeństwa.

Czyż nie byłoby stokroć lepiej, zamiast tego zoologicznego rozklasyfikowania szlachty i ludu i wniosków w części mylnych, w części przesadnych, które stąd autor wyprowadza, położyć raczej nacisk na to, że się szlachetne uczucia dziedziczą wychowaniem, uszlachetnioną atmosferą, która już kolebkę w zacnym domu otacza, i tą tradycją familijną, którą sam autor słusznie za przyrodzony cel rodziny wskazał? Czyż zamiast zwalać obniżenie moralne i estetyczne dzisiejszej inteligencji na to, że ona z ludu coraz więcej się rekrutuje, jak czyni autor pod koniec tego rozdziału, nie byłoby nierównie lepiej, prawdziwiej, głębiej, wskazać powód danego obniżenia w tym, że dzieci ludu wchodzą dzisiaj w sferę inteligencji, nie otrzymawszy żadnego moralnego ani estetycznego wychowania? Szkolnictwo dzisiejsze bierze ich jako dzieci z ojczystej zagrody, gdzie pod cieniem wiejskiego kościółka serce ich mogło jako tako normalnie się rozwinąć; szkolnictwo zaś nie przejmuje na siebie obowiązku wychowania ich serca, ładuje tylko do głowy jałowe wiadomości – i tak anormalnie kształci się młodzian; umysł w nim się nadyma, serce karłowacieje lub dzikim porasta chwastem. Młody człowiek z lepszej rodziny przyszedł zwykle później do szkoły, przyniósł już jakiś zasób wychowania serca, a jeszcze w gimnazjum i na uniwersytecie dosięga go ciepły powiew domowego ogniska, w którym nie wygasły tradycje. Syn ludu przeciwnie, skoro się trzech słów po łacinie nauczył, już się czuje nieskończenie wyżej od nieumiejętnych rodziców; już jest na zawsze odcięty od wszelkiego wpływu rodzinnej strzechy. Szkolnictwo tymczasem, jak powiedziałem, nie wyręcza dla niego rodziny, społeczeństwo dokoła więcej trucizny niż pokarmu jego sercu podaje. Taka jest racja, czemu dziecko ludu ma nierównie więcej trudności, a mniej szansy wyjścia na męża wszechstronnie wyrobionego; taki jest prawdziwy powód tego przeciętnego obniżenia, które autor w poziomie cywilizacji postrzega i drastycznie omawia. Jednym słowem, racja ta tkwi w wychowaniu, a nie w dziedziczności według Darwina pojętej.

Trzy ostatnie listy omówię nierównie krócej, bo są więcej politycznej, niż społecznej i zasadniczej treści. W trzynastym liście wytacza autor proces urzędowej „Gazecie lwowskiej”, że zamiast być szańcem konserwatyzmu w Galicji, zamiast tłumaczyć wciąż krajowi postanowienia i postępowania władzy, i zbijać dzień za dniem zarzuty i fałsze tromtadrackiej prasy, ona się tylko błąka po obcych nam krajach i kwestiach, pisze dzień za dniem „O Mahdim” i „Jeszcze o armii Mahdiego”, i dlatego też nie budzi w kraju interesu i nie zdobywa wpływu. Penes auctorem fides: nie naszą jest rzeczą wdawać się w ten osobisty proces „Gazety lwowskiej”.

W czternastym liście wraca pan Masłowski do kwestii anarchizmu: wskazuje jego początki w naszej historii; stąd przechodząc do dzisiejszego parlamentaryzmu, szkicuje go tak trafnie, że znów korci mnie przytoczyć ten ustęp żywcem:

„Parlamentarne założenie jest, że istnieje większość, mniejszość, rząd z większości wybrany i na wierzchu Korona, bierna, nieprowadząca polityki na własną rękę i postawiona na to tylko, aby dawać rządowi dymisję, gdy arytmetyka parlamentarna przeciw niemu przemówi. Szablon taki wykrojony jest z pomysłu angielskiego… Lecz Europa wzięła tylko z niego ujemną stronę i zastosowała ją u siebie w chwili, gdy runął gmach przedrewolucyjnego społeczeństwa i kiedy przeto z natury rzeczy powstać musiała zasadnicza różnica programów między liberalnym stronnictwem burzącym a konserwatywnym, stojącym na stanowisku tradycji. Więc kiedy w Anglii między większością a mniejszością jest zawsze tylko różnica w odcieniu, i że tak powiem w temperamencie, a za to wspólny grunt historyczny, wspólne tradycje, wspólne zasady, dążenia i nawet metoda; to w Europie jedno stronnictwo prowadzi swą genealogię od pierwszych niemal wieków chrześcijaństwa, drugie od 1789 roku; jedno myśli o budowaniu na podstawie historycznej, drugie o burzeniu tego wszystkiego, co właśnie ma historyczną przeszłość, od herbów aż do tytułów ludzkich i nazw ulic, od zwyczajów aż do instytucji. Na polu społecznym nie mają one między sobą tak dalece nic wspólnego, że stoją wobec siebie nie jako dwa czynniki, uzupełniające się nawzajem, ale jako dwie antytezy, nawzajem się znoszące, jako barwa biała i czarna, dające w syntezie szarą, jako ziemia i woda, dające w syntezie – błoto…

Płynąca stąd pstrokatość dziejów może swój pendant znaleźć jedynie w bezgranicznej admiracji liberałów dla rzeczy tak grubej, brutalnej i bezmyślnej, jaką jest parlamentarna cyfra. W państwie kilkudziesięciomilionowym sto sześćdziesiąt dziewięć głosów oświadczyło się za rządem, a sto siedemdziesiąt cztery przeciw, stąd racja do zmiany systemu, burzenia wszystkiego, co wznieśli poprzednicy, a fabrykowania nowych ustaw i nowych instytucji na nowym kopycie. Żeby jednak cały ten bezsens ogarnąć i w otchłań jego zajrzeć, musisz przypomnieć sobie ten socjalny aksjomat, że każda nowa ustawa jakkolwiek drobnej dotykałaby rzeczy, naraża mnóstwo prywatnych interesów na szwank, znosi tysiące egzystencji, a tysiące na inne popycha tory. I dlaczego powstaje takie generalne zamieszanie w życiu państwa? Czy zrodziła je jakaś myśl wyższa, jakaś wyzwolona z utajenia energia, jakaś wielka społeczna potrzeba? Nie, bynajmniej, kilkadziesiąt milionów obywateli żadnej zmiany nie pragnęło. Zrodziła ją tylko arytmetyczna reguła, powiadająca, że od stu sześćdziesięciu dziewięciu niepodobna odjąć stu siedemdziesięciu czterech, ergo trzeba wszystko wywrócić”.

Taki jest ogólny pogląd pana Masłowskiego na parlamentaryzm. Prasie zaś liberalnej galicyjskiej, której się zdaje, że pod rządem parlamentarnym jej obowiązkiem jest wiecznie oponować, daje pan Masłowski dwie wyborne lekcje. Najpierw przestrzega ją, że ten idealny jej szablon nie da się ryczałtowo do Austrii stosować, bo „mamy w Austrii czynnik, który choć cokolwiek łagodzi niedorzeczność parlamentaryzmu, czynnik poważny, dodatni, na organicznej tradycji oparty, a więc pełen organicznej myśli i tendencji, tj. Koronę, która nie tylko jest polityczną, ale i socjalną zarazem instytucją, bo czerpie swą siłę ze społecznej potrzeby, a nie z jakiegoś politycznego plebiscytu”. Skąd wynika, że pozyskanie zaufania Korony więcej dla nas znaczy, niż nawet chwilowy w parlamencie tryumf.

Po drugie, przestrzega także autor, że co innego krytyka, co roztrząsa przedmiotowo czyny i powody, krytyka godziwa i dodatnia, co innego zaś napaść. „Nasza prasa – mówi autor – nie zna krytyki wcale, zna jeno napaść zjadliwą lub bezmyślną apologię, z tym dodatkiem, że tych, których dzisiaj uwielbia dlatego, iż idą w wytkniętym kierunku, obrzuci jutro błotem. Występować przeciw krytyce, będącej przedmiotowym rozbiorem byłoby niedorzecznością, ale znowu jest niesumiennością sprzedawać pod jej etykietą towar, który nawet jej surogatem być nie może, gdyż nie posiada żadnego z jej przymiotów, jak np. przedmiotowość, znajomość gruntowna sprawy, respekt dla instytucji czy osoby etc.”.

To wszystko pełne prawdy i praktyczności. Nie tak zupełnie zgodzić się można na pojęcie organizacji społecznej, czyli państwa, które autor w ostatnim liście rozwija. Z tych dwóch kartek trudno nam ostatecznie o teorii autora sądzić, o ile jednak z rzuconych tu i ówdzie zdań wnosić można, ideałem jego jest państwo bismarckowskie, prawem państwa według niego jest wszystko po swojemu regulować i organizować, jak daleko w tym korzyść swą upatrzy, podstawą zaś bytu państwa, jest łożenie w ofierze indywidualizmu a otrzymanie w zamian tej ofiary „nieobliczonych korzyści” państwowej organizacji. W tym wszystkim czuć zapach kontraktu społecznego Rousseau. Niepodobna mi w tym sprawozdaniu, i tak już za długim, wdać się w dyskusję z autorem o teorię państwa. Ale wracając do tych dwóch stronnictw, które sam tak pięknie w czternastym liście określił, „jednego co prowadzi swą genealogię od pierwszych wieków chrześcijaństwa, drugiego od 1789 roku” powiem mu tylko, że jego pojęcie państwa datuje się właśnie z roku 1789, ówczesnych mędrców jest pomysłem i ideałem, stronnictwo zaś datujące się od początku chrześcijaństwa (do którego i autor chciałby należeć) inne ma, bez żadnej wątpliwości, o państwie zdanie: władzę mu przypisuje z góry, a jednak tej władzy ciaśniejsze i stanowcze stawia granice; jednostkom zaś i rodzinom przyznaje prawa, których zbiorowej woli nie godzi się przekroczyć, choćby nawet w interesie ogółu.

W tym rozdziale więc, jak w poprzednich, nie dopisuje część pozytywna; ale za to wyborną jest jak zawsze część krytyczna. Jakże świetnym zwłaszcza kończy autor ustępem o dobrobycie i oświacie! Jak doskonale dowodzi, że dobrobyt nie jest lekarstwem, lecz objawem zdrowia, niby świeżą cerą społecznego organizmu, tudzież, że oświata nie jest żadną magiczną potęgą co by za wszystko starczyć mogła, ale tylko jednym i nie najważniejszym z cywilizacyjnych środków, „gwoli któremu nie godzi się zaniedbywać sprawy stokroć ważniejszej, prawdziwej pracy organizacyjnej, polegającej na wyrobieniu i rozwijaniu socjalnych popędów, a na tępieniu anarchicznych skłonności, tak jeszcze silnych w naszym społeczeństwie, a znoszących nawet wszystkie te korzyści, jakie moglibyśmy wyciągnąć z uczuć patriotycznych, niezaprzeczenie mocno w nas rozwiniętych”.

Kończąc ten rozbiór broszury pana Masłowskiego przypominamy sobie, co św. Justyn, filozof i męczennik, mówił do pogańskich mędrców swego czasu: Znacie jedną stronę Słowa, ale do nas chrześcijan musicie przyjść po drugą: tak dopiero umiejętność całego Słowa osiągniecie. Otóż i my przyznajemy i winszujemy panu Masłowskiemu, że zdobył własnym doświadczeniem sporą część prawdy. A nie samym doświadczeniem ją zdobył, lecz również dobrą wiarą i głębszym zastanowieniem się nad rezultatem doświadczeń. Bez tych dwóch warunków i doświadczenie bywa płonne. Witamy prawdę skądkolwiek pochodzącą i jakkolwiek niezupełną, bo w niej zawsze ze św. Justynem część Słowa uznajemy. Cieszymy się zwłaszcza, kiedy ktoś, jak w niniejszym przypadku, drogą indukcji i doświadczeń przychodzi do tych samych wniosków, przy których my od dawna, na mocy dedukcji z zasad, stoimy, bo prawda nie może się świetniej zatwierdzić, jak kiedy dowody z dołu idące spotykają się z dowodami z góry w jednej afirmacji.

Ale uznając w ten sposób zasługi autora, pozwalamy sobie powiedzieć jemu i wielu innym podobnie myślącym, że to dopiero część prawdy co zdobyli, że to jeszcze nie zasady jak im się zdaje, ale konkluzje konserwatyzmu, a katolicyzmu dopiero rąbek. Chcąc zaś zrozumieć same zasady i poznać całe Słowo, powinni sięgać poza Darwinem, Lubockiem i Spencerem, poza najnowszą psychologią i socjologią, aż do źródeł tego wielkiego stronnictwa, które jak rzekł sam autor, prowadzi swą genealogię od pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Część prawdy, którą dotąd zdobyli, gdyby na niej mieli poprzestać, na nic się nie zda, bo jak w toku rozprawy wskazałem, nie ma w niej jeszcze warunków żywotności; ale przyda się ona bardzo, jeśli będzie pierwszym krokiem do dalszego pochodu, szczeblem do wzniesienia się wyżej. A więc – w tym treść mej rzeczy i tym życzeniem kończę – Amice, ascende superius (2).

Ks. Marian Morawski (3)

(1) Autor, który tak szafuje słowami „nauka”, „zoologia” etc., powinien by był w przypisie wymienić, który to zoolog albo antropolog skonstatował, że nasz chłop ma przeciętnie więcej pochylone czoło niż nasza inteligencja. Zresztą byłoby to niezgodne z jego teorią, że chłop się równie prędko w naukach wykształci, tylko uczuć mu brak.

(2) Artykuł z czasopisma „Przegląd Powszechny”, rok pierwszy, t. III (lipiec, sierpień, wrzesień 1884), Kraków 1884, s. 1–29.

(3) Ks. Marian Morawski urodził się na Śląsku w roku 1851, w 1863 wstąpił do nowicjatu zakonu jezuitów w Starej Wsi, w roku 1870 został wyświęcony na kapłana, od 1883 był redaktorem „Przeglądu Powszechnego” w Krakowie, od 1888 był profesorem nadzwyczajnym, a od 1891 zwyczajnym dogmatyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na przełomie lat 1894– 1895 pełnił funkcję dziekana Wydziału Teologicznego. Zmarł w Krakowie w roku 1901. Jego najbardziej znanym dziełem jest apologetyczna książka Wieczory nad Lemanem (pięć wydań w Krakowie do roku 1912), tłumaczona na cztery języki. Por. Podręczna Encyklopedia Kościelna, red. Z. Chełnicki, t. 27-28, Warszawa 1912.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Liberalizm potępiony przez papieży.