Rozdział siódmy. Rok w Tuluzie

Zanim Dominik wyruszył do Rzymu biskup Foulques ofiarował mu wielce wartościowy dar – kaplicę Świętego Romanusa w Tuluzie – sugerując wybudowanie na jej terenach właściwego klasztoru. W końcu, rzekł, Tuluza będzie o wiele lepszą siedzibą dla nowego zakonu niż Fanjeaux czy Prouille. A teraz, gdy liczba pomocników wzrosła do szesnastu, dom Piotra Seili stał się o wiele za ciasny.

Dominik zgodził się.

– U Świętego Romanusa założymy nasz pierwszy prawdziwy klasztor – powiedział. – Och, ekscelencjo, papież będzie zachwycony, gdy usłyszy o twoim darze dla naszej wspólnoty!

Jednak nim rozpoczęto prace nad nowym klasztorem, z Rzymu dotarły smutne wieści. Zmarł papież Innocenty! Co gorsza, nawet po ukończeniu klasztoru i przybyciu Dominika do Rzymu, nie udało mu się spotkać z nowym papieżem – Honoriuszem III, który opuścił miasto w ważnych sprawach i nikt nie wiedział, kiedy wróci.

– O Panie, czy on udzieli błogosławieństwa naszemu zakonowi? – pytał Dominik z niepokojem. – Czy okaże tyle dobroci i zrozumienia, co papież Innocenty?

Dni mijały, lecz wciąż nie otrzymał odpowiedzi na swoje pytania. Wreszcie pewnej nocy, gdy pogrążony był w modlitwie w ogromnej Bazylice Świętego Piotra, na jego skołatane serce spłynął spokój. Raz jeszcze dostąpił niezwykłej łaski – ujrzał wizję świętych Piotra i Pawła. Pierwszy z nich wręczył mu laskę pielgrzyma, drugi – księgę Nowego Testamentu.

„Idź i nauczaj, bo do tej pracy zostałeś powołany” – rzekli dwaj apostołowie. Gdy ta wizja znikła, ukazała się następna, w której Dominik ujrzał swych braci podążających para za parą po całym świecie głosząc słowo Boże białym, żółtym i czarnym ludziom – wszystkim rasom ludzkim pod słońcem.

Dominikowi zdawało się, że długi czas upłynął nim doszedł do siebie i pojął w pełni znaczenie obu wizji, lecz gdy zdał sobie sprawę z ich treści, wyszeptał żarliwą modlitwę dziękczynną. Trudności na drodze do powstania jego religijnego zgromadzenia zdały mu się niczym. „Idź i nauczaj, bo do tej pracy zostałeś powołany.” Nie sposób było przeoczyć wagi tych słów!

– Papież Honoriusz udzieli nam błogosławieństwa! – rzekł do siebie. – Wiem o tym!

Jego wiara została nagrodzona. W przeciągu kilku dni papież powrócił do Rzymu i nie minęło wiele czasu nim obaj mężczyźni zaprzyjaźnili się serdecznie. Nowy namiestnik na Tronie Piotrowym był pod tak wielkim wrażeniem świętości i żarliwości Dominika, zdolności do jasnego wyjaśnienia jego dzieła, że ze szczerego serca udzielił mu długo oczekiwanego błogosławieństwa dla Zakonu Kaznodziejów. I to nie w jednym oficjalnym piśmie, a w kilku.

„My – oznajmiał Honoriusz – zważywszy, że bracia twego zakonu będą mistrzami wiary i prawdziwym światłem świata, potwierdzamy prawa zakonu do wszystkich jego ziem i majątków, obecnych i przyszłych; a także bierzemy zakon, ze wszelkimi dobrami i prawami, pod Naszą osobistą opiekę i zarząd.”

Dominik był oczywiście uszczęśliwiony – nie tylko tym, że jego dzieło otrzymało błogosławieństwo Stolicy Apostolskiej, lecz i tym, że w papieżu Honoriuszu zyskał nowego, dobrego przyjaciela. Jednak, gdy szykował się do drogi powrotnej do Tuluzy, nie był przygotowany na zaszczyt, jaki nagle spadł na niego.

– Mój synu, sprawiłbyś mi wielką przyjemność odkładając podróż na jakiś czas – rzekł papież. – Czy mógłbyś… to jest, czy zgodziłbyś się pozostać w Rzymie jeszcze przez kilka tygodni?

Dominik spojrzał nań ze zdumieniem.

– Na kilka tygodni, wasza świątobliwość?

– Tak. Wiem, że obiecałeś braciom, że wrócisz tak szybko, jak będziesz mógł. Lecz lud naszego miasta potrzebuje dobrych kaznodziejów. Chciałbym, by mieli szansę posłuchać twoich kazań.

Dominik zrozumiał w lot, że papieska propozycja dłuższego pozostania w Rzymie była dla niego wielkim zaszczytem, zatem przyjął ją z wdzięcznością. Dzięki przygotowaniom poczynionym przez Ojca Świętego mógł przemawiać codziennie w innym kościele. Poznał wówczas wielu ciekawych, ważnych ludzi, a kilka razy spotkał się też ze swym dobrym przyjacielem z Asyżu, Franciszkiem. Z biegiem dni zyskiwał na popularności.

– Ojciec Dominik to najlepszy kaznodzieja, jakiego słyszałem – rzekł kardynał Ugolino (który pewnego dnia miał przewodzić Kościołowi jako papież Grzegorz IX). – Mówiono mi, że najzatwardzialsi grzesznicy nawracają się po jego kazaniach.

– To prawda – wtrącił inny kardynał. – A czy zauważyłeś jak lgnie do niego młodzież? Uwierzcie, jeśli zostanie tu dłużej, kwiat młodzieży rzymskiej podąży za nim do Francji, by wstąpić do zakonu.

W Tuluzie jednak opóźniający się powrót ojca Dominika budził zaniepokojenie. Co mogło się takiego zdarzyć? Dlaczego ojciec Dominik nie wracał do nowego klasztoru Świętego Romanusa, tak jak obiecał? Czyżby papież Honoriusz odmówił mu błogosławieństwa? Czyżby zaszła konieczność przerwania pracy? Wreszcie pewnego majowego dnia przybyła odpowiedź na wszystkie te pytania. Dominik powrócił z dokumentem papieskiego błogosławieństwa oraz niezwykle ważnymi nowinami. W ciągu trzech miesięcy zakon miał otworzyć filię w Paryżu! I w Madrycie!

– Zakon będzie się rozprzestrzeniać – obwieścił triumfalnie Dominik. – Będziecie nieść słowo Boże do setek i tysięcy ludzi w Europie!

Szesnastu braci przepełniała radość na widok ich ukochanego ojca i na wieść, że papież Honoriusz nadał im prawa zakonu w ramach Kościoła. Nie cieszyła ich jednak myśl o opuszczeniu Tuluzy. Oczywiście nie mieli nic przeciwko misji zbawiania dusz, było to przecież ich powołaniem. Lecz wyruszać w drogę tak prędko, budować klasztory, napełniać je wiernymi, głosić wiarę, studiować i przewodzić wiernym – a to wszystko bez pomocy ojca Dominika…

– Nie wiemy tyle, ile potrzeba do rozpoczęcia takiej pracy – rzekł brat Mateusz.

– Jesteśmy sami ledwie nowicjuszami – dodał brat Oderyk. – Jak mamy nauczać innych?

Dominik uśmiechnął się na widok ich zaniepokojonych twarzy.

– W ciągu trzech miesięcy, dzięki modlitwie i pilnym studiom, nauczycie się wszystkiego, co konieczne – rzekł. – Zobaczycie.

Lecz z nadejściem lata w klasztorze Świętego Romanusa wątpliwości wyrażano coraz dobitniej. Ojciec Dominik ogłosił już szczegółowe plany na przyszłość. 15 sierpnia, po złożeniu ślubów zakonnych, siedmiu braci miało udać się do Paryża i założyć klasztor w pobliżu uniwersytetu. Czterech miało wyruszyć do Madrytu, dwóch innych – do Prouille by objąć pieczę nad siostrami, a dwóch wreszcie miało pozostać w Tuluzie. Ostatni z członków zgromadzenia – brat Stefan z Belgii – miał towarzyszyć Dominikowi w kolejnej wyprawie do Rzymu.

Gdy wieść o tych planach rozniosła się, zarówno pośród mnichów, jak i wśród przyjaciół i dobroczyńców zakonu, wzbudziły konsternację. Cóż ojciec Dominik miał na myśli planując tak szybko rozproszyć niewielką grupkę zakonników?

– Synu, niektórzy z twoich zwolenników są dopiero na początku drogi do ukończenia studiów duchownych – sprzeciwił się biskup Foulques. – Jak możesz pozwolić im, aby wyjechali głosić kazania i nauczać, a nawet zakładać klasztory?

– Nie mamy czasu do stracenia, ekscelencjo – odpowiedział Dominik.

– Nie ma czasu do stracenia?

– Nie. Herezja pleni się wszędzie. Europa potrzebuje kaznodziejów natychmiast.

– Ale to młodzi chłopcy, osiemnasto-, dwudziestolatkowie, nie będą umieli…

Dominik odpowiedział uśmiechem.

– Ci chłopcy, jak ich nazywacie, kochają Boga i Jego Matkę, ekscelencjo. Całkowicie ufam ich umiejętnościom. Poza tym, zamieszkają w Paryżu i Madrycie, w pobliżu uniwersytetów. Będą mieli szanse dokończyć studia na uczelni.

– Prowadząc jednocześnie zakonne życie?

– Tak, ekscelencjo.

Biskup potrząsnął głową.

– Bardzo to wszystko niezwykłe – powiedział. – Osobiście uważam, że popełniasz błąd, wielki błąd.

Wielu innych, w tym także książę Szymon de Montfort, miało podobne odczucia jak biskup. Właściwie nie było nikogo, kto popierałby postanowienie Dominika o szybkim rozproszeniu braci po świecie. On jednak nie dał się zniechęcić. Wiedział doskonale, że wiedza książkowa, chociaż ważna, zajmuje dalsze miejsce, gdy chodzi o zbawienie dusz, niż znajomość i umiłowanie Boga. A wiedzę i miłość Bożą mogą przyswoić nawet młodzi ludzie, nawet ci najmłodsi, w bardzo prosty sposób.

Trochę dobrej lektury, wiele modlitw i rozmyślań – nakazał Dominik swym zwolennikom. – Bóg zrobi resztę.

Szesnastka zakonników zastosowała się zatem do jego wskazań. Każdego dnia czytali krótkie urywki z Ewangelii. Później udawali się do kaplicy medytować nad tym, co przeczytali. Z początku sprawiało im kłopot skoncentrowanie myśli na zadanym temacie, lecz po niedługim czasie stało się to łatwiejsze. Co dziwne, już wkrótce odkryli, że oczekują niecierpliwie tych krótkich czytań i dłuższych rozmyślań, które stały się częścią ich rozkładu dnia. Zaczęli zadawać pytania o rozmaite zdarzenia z Ewangelii, pytania, które nigdy wcześniej nie przychodziły im do głowy, a na które ojciec Dominik udzielał im krótkich i jasnych odpowiedzi.

– Rzeczywiście, wiele się uczymy – rzekł pewnego dnia z zaskoczeniem brat Wawrzyniec. – Zauważyłem, że ostatnio zastanawiam się nad najróżniejszymi rzeczami, i nie mogę spocząć dopóki nie znajdę odpowiedzi.

– Ze mną dzieje się to samo – wtrącił brat Michał. – Dlaczego tak jest, ojcze Dominiku?

Dominik uśmiechnął się na widok zdziwionych twarzy dwóch młodzieńców.

– To dlatego, że działa w was Duch Święty – wyjaśnił. – Od kiedy czytacie Ewangelie i rozmyślacie nad nimi, pracuje w waszych duszach w zupełnie nowy, cudowny sposób.

Zapadła krótka cisza. Po chwili brat Wawrzyniec podniósł wzrok.

– Duch Święty to Duch Wiedzy, prawda ojcze?

– Tak, synu – skinął głową Dominik.

– Jest obecny w każdej duszy, która jest w stanie łaski?

– To prawda.

– Ale ciężej pracuje w naszych duszach, gdy rozmyślamy nad Słowem Bożym?

Dominik uśmiechnął się znowu.

– Tak. To dlatego każdy, nawet dziecko, może stać się prawdziwym świętym. Wystarczy tylko pamiętać o Boskiej Obecności wewnątrz siebie, czytać dobre książki, często prosić Ducha Świętego o pomoc w zrozumieniu i zastosowaniu ich treści.

– A Biblia jest najlepszą książką ze wszystkich?

– Tak. Lecz dla waszych potrzeb w tej chwili najlepsze są Ewangelie.

Mimo to, gdy nadszedł sierpień, czas planowanego odejścia zakonników z Tuluzy, myśl o samotnym odejściu nie przychodziła im lekko. A co do biskupa Foulquesa…

– Większość z twych pomocników to wciąż niepiśmienni mężczyźni i chłopcy – oznajmił trzeźwo, gdy wraz z Dominikiem wyruszyli do Prouille, gdzie w dzień Wniebowstąpienia miało odbyć się uroczyste pożegnanie. – Czy jesteś pewien, całkowicie pewien, że mądrze postępujesz, pozwalając im jechać samym do Paryża i Madrytu?

Kiedy Dominik w odpowiedzi spojrzał na swego dobrego przyjaciela, w jego spojrzeniu był zwykły spokój.

– Proszę się nie martwić, ekscelencjo – odrzekł. – Wszystko pójdzie dobrze. Jestem tego pewien.

cdn.

Mary Fabyan Windeatt

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Fabyan Windeatt Święty Dominik.