Rozdział siódmy. Filippino Lippi

Mały Filippino ze złotymi loczkami, zostawiony pod opieką dobrego brata Diamante, szybko dał do zrozumienia, że zamierza zostać malarzem, podobnie jak jego ojciec. Gdy jako małe dziecko rysował obrazki i z dumą pokazywał je matce, mówił jej, że pewnego dnia zostanie wielkim artystą. A ona, uśmiechając się, gładziła jego kręcone włoski i odpowiadała mu, że przynajmniej może spróbować.

Potem, gdy Lukrecja dowiedziała się o śmierci Filippa i w szczęśliwym domu nastał czas żałoby, brat Diamante zaczął na poważnie uczyć chłopca, który został pod jego opieką. Miał dużo pieniędzy, bo Filippo otrzymał sowitą zapłatę za pracę w Spoleto, postanowił więc oddać chłopca do pracowni, gdzie nauczą go wszystkiego, czego trzeba.

Nie było obawy, że Filippino będzie się włóczył po ulicach Florencji głodny i zmarznięty jak niegdyś jego ojciec. Jego nauka też była inna. Zamiast do klasztoru i poczciwych mnichów, trafił do pracowni wielkiego artysty i uczył się z chłopcami równie zamożnymi jak on.

Nauczycielem Filippino był florencki malarz Sandro Botticelli, dawny uczeń Filippa, który pracował z nim razem w Prato. Brat Diamante wiedział, że jest on obecnie największym malarzem we Florencji i nauczy chłopca lepiej, niż ktokolwiek inny.

Filippino był dobrym, pracowitym chłopcem i nie miał wad, przez które jego ojciec często wpadał w tarapaty. Lata młodzieńcze minęły mu spokojnie. Nauczył się wszystkiego, co jego mistrz mógł mu przekazać, i zaczął malować własne obrazy.

Co ciekawe, jego pierwszą pracą było pomalowanie ścian kaplicy Santa Maria Carmine – tej samej, w której jego ojciec i brat Diamante pobierali lekcje, patrząc z nabożnym lękiem na dzieło Masaccia.

Wielki malarz, Brzydal, już nie żył, i spora część kaplicy nie była jeszcze wykończona, więc poproszono Filippina, by wypełnił puste miejsca własnymi obrazami. Nowy przeor nie musiał ostrzegać młodego artysty przed grzechem malowania rzeczy ziemskich. Freski, które wychodziły spod pędzla Filippina, były nabożne i piękne. Wysoki anioł w powłóczystych szatach, który wyprowadza świętego Piotra z więzienia, promieniuje czystym, jasnym światłem, które przywodzi na myśl niebo. Śpiący żołnierz wygląda dla kontrastu ciężko i topornie, a święty Piotr zwraca oczy na swego łagodnego przewodnika i składa ze czcią ręce, otoczony blaskiem bijącym z anielskiej twarzy. A na przeciwnej ścianie smutna twarz świętego Piotra wygląda zza więziennych krat, gdy jego brat stoi przed celą z uniesioną ręką i pociesza biednego więźnia.

Ściany kaplicy zostały w końcu pomalowane, a na młodego malarza czekało jeszcze dużo pracy. Mówi się, że lubił studiować starożytne rzymskie ornamenty i wykorzystywać je, gdzie tylko się dało, w swych obrazach, z czego stał się znany. Ale najbardziej urzekają nas w jego obrazach piękne Madonny i anioły i chętnie myślimy, że natchnienie do ich malowania dała mu śliczna twarz matki.

Najpiękniejszy chyba z jego obrazów znajduje się w kościele Badia we Florencji. Opowiada o świętym Bernardzie, pokazując go, gdy siedzi w swoim domu na odludziu wśród skał i pisze żywot Maryi. Tamtego dnia nie mógł pisać – może czuł się znużony i nie pomagała mu żadna z rozrzuconych wokół książek. Gdy tak siedział pogrążony w myślach, Najświętsza Panna stanęła przed nim sama z aniołami po obu stronach, a za nimi tłoczyły się małe aniołki. Kładąc rękę na książce, Maryja zdaje się mówić Bernardowi te złote słowa, których jego niedoskonałe ziemskie pióro nie umiało napisać.

Dawno temu był we Włoszech zwyczaj umieszczania świętych obrazów i figur na ulicach, żeby przechodnie mogli się przed nimi pomodlić i pomyśleć przez chwilę o sprawach wiecznych. Nadal w wielu miastach można spotkać w starych, zaniedbanych zaułkach piękne postacie malowane ręką mistrza. Mieniące się barwy przyciągają wzrok, a spoglądając wyżej zobaczycie obraz albo kapliczkę z wykwintnej biało-niebieskiej ceramiki, gdzie Madonna klęczy i oddaje cześć Dzieciątku Jezus leżącemu wśród lilii u jej stóp. Czyjaś wierna ręka wciąż podtrzymuje światło w starej lampie wiszącej przed kapliczką, a wiosną przychodzą tu dzieci z naręczami dzikich kwiatów, które kładą na stopniach przed figurą.

– To dla Dzieciątka Jezus – mówią, a ich małe buzie są poważne, gdy klękają, by się pomodlić. Potem znów biegną się bawić.

Na małej bocznej uliczce w Prato, całkiem niedaleko klasztoru, w którym ojciec Filippina po raz pierwszy zobaczył twarz Lukrecji w słonecznym ogrodzie, jest taka przydrożna kapliczka. Malował ją Filippino i jest to jeden z jego najpiękniejszych obrazów. Słodka twarz Madonny spogląda na ruchliwą ulicę poniżej, Dzieciątko unosi rączkę w geście błogosławieństwa, a po obu Jego stronach stoją święci.

Szkło, które osłania obraz, jest pokryte grubą warstwą pyłu i niewielu przechodniów zatrzymuje się, by spojrzeć w górę. Świat jest dzisiaj zbyt zajęty. Spieszące się nogi przebiegają obok, niewidzące oczy stają się coraz mniej uważne. Ale piękna Madonna Filippina spogląda spokojnym, smutnym wzrokiem, a Dzieciątko Jezus, otoczone przez chmarę małych aniołków, wciąż trzyma uniesioną rękę, błogosławiąc każdego, kto tego potrzebuje.

Gdy tylko Filippino stał się sławny, jak wszyscy florenccy artyści został zaproszony do Rzymu i namalował tam wiele obrazów. W drodze zatrzymał się w Spoleto, gdzie zaprojektował piękny marmurowy nagrobek swego ojca.

Inaczej niż ojciec, Filippino nigdy nie przepadał za podróżami i przygodami i chętnie wracał do Florencji, by prowadzić tam spokojne życie. Nawet zaproszenie od króla Węgier nie skłoniło go do opuszczenia domu.

Filippino namalował swoje ostatnie freski w wielkim kościele Santa Maria Novella we Florencji. Wyglądają bardzo żywo i realistycznie, o czym przekonał się jeden z uczniów wielkiego malarza. Filippino miał oczywiście wielu uczniów, którzy pracowali pod jego kierunkiem. Przygotowywali farby, przyglądali się, jak pracuje, a nawet wolno im było malować mniej ważne partie obrazu.

Zdarzyło się pewnego dnia, że mistrz skończył pracę i opuścił kaplicę, a jeden z jego uczniów tam pozostał. Bystre oczy chłopaka dostrzegły w ciemnym kącie wypchaną sakiewkę, zostawioną tam przez jakiegoś nieuważnego gościa, a może nawet same go mistrza. Chłopak przyskoczył i chwycił skarb, ale w tej samej chwili mistrz wrócił po jakąś rzecz, której zapomniał. Chłopiec szybko rozejrzał się dokoła. Gdzie mógłby ukryć zdobycz? Wtem zauważył dziurę w ścianie, pod stopniem, który Filippino namalował na fresku. To było właściwe miejsce i chłopiec chciał wepchnąć tam sakiewkę. Niestety, dziura była tylko namalowana i ucznia szybko złapano. Zawstydzony i zmieszany, musiał pożegnać się ze swoim łupem.

Ledwo freski zostały ukończone, Filippino zapadł na wysoką gorączkę i umarł niemal tak nagle, jak jego ojciec.

W tamtych czasach w dniu pogrzebu florenckiego księcia mieszkańcy zamykali warsztaty, co uważano za oznakę wielkiego szacunku, który okazywano tylko zmarłym błękitnej krwi. Ale w dniu, gdy kondukt pogrzebowy Filippina przechodził Via dei Servi, wszystkie warsztaty były zamknięte, a malarza opłakiwała cała Florencja.

– Niektórzy – mówiono – rodzą się książętami, a inni poprzez swe talenty stają się królami wśród ludzi. Nasz Filippino był księciem sztuki, więc oddajemy mu hołd należny tytułowi.

Amy Steedman

Powyższy tekst jest fragmentem książki Amy Steedman Rycerze sztuki. Fascynujące opowieści o malarzach.