Rozdział piętnasty. Kościół w naszej pracy

Mężczyźni wyznania katolickiego są do tego stopnia pod wpływem poglądów całego społeczeństwa na pracę, iż nie zdają sobie zupełnie sprawy ze stosunku Kościoła do tej kwestii. Z tego powodu wielu mężczyzn nie widzi żadnych relacji pomiędzy Kościołem a pracą wykonywaną każdego dnia. Mogą zatem dojść do wniosku, że Kościół jest czymś w rodzaju sędziego, który nie bierze udziału w grze, a udziela głośnych pouczeń, czego nie wolno robić. W poniższym eseju przytoczone zostały przypadki złego rozumienia pojęcia pracy oraz dowody na bezpośredni związek przesłania Chrystusa i codziennej pracy człowieka.

Dwa najpotężniejsze prądy naszych czasów, komunizm marksistowski i Akcja Katolicka, mają pewien punkt wspólny – troskę o człowieka jako pracownika. Stan klasy robotniczej, warunki, w jakich pracują masy ludzkie, stanowią obiekt rozważań zarówno myślicieli wyznania chrześcijańskiego, jak i ateistów. Mieszkańcy różnych rejonów i parafii Stanów Zjednoczonych wolą jednak skupiać uwagę na jakimkolwiek innym aspekcie życia, zamiast radzić sobie z problemami bezpośrednio związanymi z utrzymaniem rodziny. Szczegółowej analizie poddaje się życie domowe, ubóstwo, rozrywkę, zabawę i sposób postępowania w sprawach dotyczących parafii, natomiast warunki, w jakich robotnik spędza większość dnia, zyskują niewiele apostolskiej uwagi. Czyż potrzebujemy szukać gdzie indziej źródła naszej nieskuteczności jako katolików, jeśli w tak widoczny sposób nie uświadamiamy sobie głównej linii przebiegu badań socjologicznych? Czy naprawdę uważamy, że reforma zajęć wykonywanych w czasie wolnym od pracy powiedzie się, jeżeli nie zwracamy żadnej uwagi na przebieg części dnia poświęconej pracy? I od kiedy właściwie katolicyzm stał się takim typem zajęcia?

Trzy teorie pracy

Nasza katolicka niechęć do poświęcenia odrobiny troski ludziom jako pracownikom spowodowała, iż stworzeniem filozofii pracy zajęli się liberałowie, komuniści i przedstawiciele bohemy [ludzie o artystycznych i literackich zainteresowaniach odrzucających konwencjonalne formy zachowania]. Każdy z owych prądów umysłowych przyczynił się znacznie do wykształcenia najbardziej popularnych postaw wobec pracy. Postaw tych nie sposób kwestionować, tak doskonale ugruntowały się w społeczeństwie, jednak gdy przyjrzeć się im uważniej, oczywistym staje się fakt, iż niewielki, jeśli w ogóle jakikolwiek, wpływ na ich rozwój ma chrześcijaństwo. W konsekwencji pracujący katolik wraz ze swoimi niekatolickimi współpracownikami musi przyjąć całkowicie świecką ideę pracy lub wyrzec się bardziej złożonych poglądów w powyższej kwestii od tych, którymi może powodować się zwierzę walczące o przetrwanie. Niewielu wiadomym jest, że istnieje chrześcijańska filozofia pracy, jeden z największych skarbów kultury Zachodu, który posłużył do wzniesienia europejskiej cywilizacji. Nie należy się zatem dziwić, iż człowiek pracujący postrzega między sobą a Kościołem otchłań, jeśli nie zna związków łączących katolicyzm i codzienny znój. Mało prawdopodobne, aby wpływom, którym jest poddawany w każdej godzinie każdego dnia pracy, były zdolne przeciwdziałać niedzielne kazania, zwłaszcza, gdy człowiek ten nie widzi powiązania pomiędzy przesłaniem Chrystusa a wykonywaną przez siebie codzienną pracą. Może nawet dojść do wniosku, iż religia jest czymś w rodzaju sędziego, który trzyma się z daleka od gry, przerywając ją od czasu do czasu niewygodnymi wtrąceniami typu „Nie będziesz…”, bowiem nie nauczył się dotąd, że chrześcijaństwo powinno być zaangażowanym, ożywczym tchnieniem przesycającym ludzką pracę.

Pisząc te słowa, mógłbym uderzyć w ten sam ton, co Kościół, i zacząć omawianie pojęcia pracy od wyrzeczenia się wszystkich demonów władających świecką ideą pracy. Owe fałszywe pojęcia przypisuję trzem źródłom: liberalizmowi, komunizmowi i bohemie. Mówiąc o nich jako prądach umysłowych, obdarzam je większą formalnością niż ta, którą znają ich uczniowie. Przeciętny człowiek nigdy nie poznał dokładnie żadnego z tych źródeł, lecz niczym w procesie osmozy, wchłonął głoszone przez nie definicje pracy. Przeciętny pracujący człowiek może wyrzec się wszystkich trzech prądów, a jednak wciąż być ich dłużnikiem, gdy chodzi o odebraną edukację. Pamiętajmy, że człowiek nie jest w stanie być zupełnie pozbawionym poglądów tak, jak widzą go amerykańscy rysownicy. Mamy w zwyczaju wypierać się źródeł naszego ideologicznego „ja”, niemniej nasze poglądy muszą skądś brać swój początek. Jak głosi irlandzkie porzekadło, nie zjedliśmy ich z kromką chleba.

Liberalne podejście do pracy

Gdy liberalizm industrialny osiągnął pełną dojrzałość, stanął przed trudnym zadaniem stworzenia filozofii uzasadniającej jego własne istnienie. Nie znał żadnego innego źródła, u którego mógłby zapożyczyć szacunku, przejął zatem niektóre idee duchowe z chrześcijaństwa i dostosował je do swoich potrzeb. Sytuacją, którą zamierzano uzasadnić, była niewłaściwa dystrybucja dóbr, zmuszająca większość ludzi do harówki bez wytchnienia, podczas gdy nieliczni wybrani pławią się w przynoszącym dochody nieróbstwie. Aby ukoić protesty sumienia i dopełnić czaru liberalnego komfortu, wymyślono koncepcję pracy zadowalającą zarówno bogatych, jak i biednych. Pojęcie, które zamknęło usta warstwom pracującym, głosiło, iż codzienny znój i trud został zaplanowany przez miłosiernego Boga jako sposób na odpracowanie przez grzeszników nagromadzonego długu ich grzechów. Pojęcie owo umknęło religijnej weryfikacji, gdyż po części jest prawdziwe. Wynika oto z niego, równie niezbicie jak noc następuje po dniu, iż człowiek zamożny a bezczynny doszedł do tego stanu za sprawą swoich cnót. Bogactwo wyzwalające człowieka od niewolnictwa stało się znakiem charakterystycznym osób wybranych. W ten sposób pracę skojarzono z grzechem, a bogactwa z cnotą, pogląd, który trwa do dziś dnia, choć niewątpliwie stracił na teologicznym poparciu. Wypielęgnowane paznokcie i nienagannie wyprasowane ubranie postrzegane są jako oznaki wybrania, a ciężką pracę interpretuje się jako karę za przestępstwo. Członkowie związków zawodowych nieustannie walczą o mniej pracy i więcej wolnego czasu. Człowiek pracujący znosi cierpienia dnia powszedniego jedynie dzięki nadziei weekendowego błogosławieństwa. Miejsca, w których spędzamy urlopy, określa się mianem „raju na ziemi”. W naszych wyobrażeniach święci zajmują się wszystkim, tylko nie pracą. W czasie wolnym od pracy zrzucamy strój stanowiący naszą drugą skórę na co dzień i uciekamy tam, gdzie czeka na nas gnąca się w ukłonach obsługa.

Odwrotna strona medalu

Komunista również nie lubi pracować. Uważa za wielką niesprawiedliwość, że przed zjedzeniem banana trzeba najpierw zerwać i obrać ze skórki. Chociaż żywi upodobanie do kombinezonu roboczego, woli go wyprasować przed założeniem. W pełni zgadza się z liberałem, iż miejsca spędzania urlopów to raj na ziemi, a jego jedyną bolączką jest myśl, aby dostał zwrot pieniędzy za wczasy. Buntuje się przede wszystkim przeciwko posługiwaniu się nim jak marionetką. Sprzeciwia się wszelkiej konieczności i zazdrości Bogu, który czyni wszystko bezpłatnie, bez przymusu i bez wysiłku. Sowiecki Park Kultury i Wypoczynku jest niczym więcej jak kalką Central Parku, swoistym Arboretum Atrofii. Wysublimowana pogarda dla uczciwego trudu skłania takiego człowieka do poszukiwania wyperfumowanej kanapy zamożności. Problem piramidy ludzi stojących jeden drugiemu na ramionach proponuje rozwiązać poprzez ustawienie wszystkich na szczycie i zawieszenie w powietrzu, na podobieństwo średniowiecznych malowideł ukazujących świętych obcowanie.

Co sądzi bohema

Bohema buntuje się przeciwko ekonomii liberalizmu i polityce komunizmu, a także przeciwko ograniczeniom chrześcijaństwa. Krócej mówiąc, przedstawiciel bohemy buntuje się przeciw wszystkiemu. Aby uzasadnić istnienie ludzi niebiorących udziału w pracy zarobkowej, uważa za stosowne utrzymywać, że praca jest przede wszystkim formą ekspresji w żaden sposób niepowiązanej z nieustającą koniecznością napełniania żołądka. Człowiek taki dzieli małżeństwo pomiędzy konieczność i wynalazek, dając do zrozumienia, że jedyne godne podziwu uzasadnienie ludzkiego wysiłku to coś w rodzaju nietłumionego duchowego beknięcia. Uzasadnienie to określa mianem „inspiracji”, które jako siła napędowa dziwnie mocno przypomina nawiązania tak zwanych „religijnych” ludzi do Ducha Świętego. W rzeczywistości w obu przypadkach służy jako przykrywka dla upartego dążenia własnymi ścieżkami i postępowania według własnego widzimisię.

Miarą pracy, według przedstawiciela bohemy, jest jego własne zadowolenie. Określa je jako zasługujące na większy szacunek niż przymus fizycznej konieczności. W jego umyśle jedynym prawdziwym robotnikiem jest artysta. Nie powoduje nim żaden przymus ani kurtuazja, ani sprawiedliwość. Jeżeli musi pracować, to z tych samych powodów, dla których ktoś kicha. Zapewne dlatego właśnie po odwiedzeniu galerii sztuki współczesnej i obejrzeniu współczesnych dzieł sztuki można często odnieść wrażenie, jakby ktoś nakichał człowiekowi prosto w twarz.

Jak się przed tym uchronić

Podsumowując, wszystkie opisane powyżej podejścia do pracy, które w różnym stopniu władają współczesnym człowiekiem, mają jeden punkt wspólny: pracujemy wyłącznie po to, by uwolnić się od konieczności pracy. Praca pozwala ulżyć potrzebom fizycznym lub przymusom emocjonalnym. Brak obowiązku pracy uważa się za sytuację godniejszą i bardziej pożądaną niż okazywanie pracowitości.

Niestety, każdy, kto akceptuje nastawienie do pracy prezentowane przez liberałów, komunistów lub bohemę, bez problemu znajdzie sporą grupę ludzi gotowych mu towarzyszyć, natomiast przeświadczony o powodujących nim racjach katolicki pracownik przeważnie pozostaje sam na sam ze swymi poglądami. Chrześcijańskie przekonania dotyczące pracy nie mają potwierdzenia społecznego. Sakrament dojrzałego chrześcijaństwa nie zastąpił jeszcze dziecinnej etyki w naszym systemie religijnym, co powoduje, iż poszczególne osoby muszą, wzorem pierwszych chrześcijan, szukać potwierdzenia dla swoich poglądów nie w najbliższym otoczeniu, lecz w literaturze rozsyłanej przez wędrownych apostołów. Zapiski Erica Gilla i ojca McNabba OP kreślą zupełnie nowe kierunki postępowania związane z tym aspektem pracy.

Chrześcijański system pracy

Chrześcijańską filozofię pracy zaczęto budować już w średniowieczu, podczas gdy filozofie współczesnych stylów pracy liczą sobie zaledwie trzysta lat. Z tego powodu dla ludzi myślących nowocześnie chrześcijańskie poglądy na pracę jawią się jako dziwaczne i zawiłe. Na kilku stronach nie sposób oddać pełnej sprawiedliwości systemowi wypracowywanemu przez stulecia, zatem wybrałem do omówienia jedynie te definicje pracy głoszone przez chrześcijaństwo, które w najistotniejszy sposób różnią się od omawianych w poprzednich akapitach.

Kolejni papieże przypominają nam, że praca jest naturalnym zajęciem dla człowieka, podobnie jak latanie jest właściwe dla ptaka. Inaczej mówiąc, samodoskonalenie zależy w znacznym stopniu od twórczego działania. Praca nie jest wynikiem grzechu ani upadku. Każdy, kto utożsamia pracę ze znojem, rozczarowaniem i frustracją, popełnia olbrzymi błąd. To prawda, iż owe nieprzyjemności stanowią rodzaj upomnienia za grzechy, lecz praca to coś więcej niż cierpienie. Rolnik nie tylko haruje i spływa potem, ale przede wszystkim produkuje zboże i warzywa. Koncertujący skrzypek może stracić na wadze do trzech kilogramów, publiczność nie przyszła jednak patrzeć na jego agonalny wysiłek, lecz rozkoszować się graną przezeń muzyką. Praca zazwyczaj wiąże się ze sporym trudem, lecz wysiłek nie stanowi istoty pracy. Rodzenie dziecka wiąże się z bólem, ale położnica szybko zapomina o nim, radując się z przyjścia na świat potomka. Główny problem z pracą w fabryce nie tkwi w wysiłku, jaki trzeba w nią włożyć, lecz w tym, że nie wiąże się z nią nic więcej. Codzienna praca nie przynosi radości narodzin, lecz tragedię aborcji – cierpienie i żadnych owoców.

W tradycyjnym rozumieniu człowiek pracujący jest narzędziem Bożej Opatrzności. Sami musimy zadbać o własne przetrwanie i doskonalenie. Bóg zaspokaja potrzeby rodzaju ludzkiego poprzez pracę wykonywaną przez każdego z nas. Modląc się o chleb powszedni, nie oczekujemy spadającej z jasnego nieba ulewy kanapek z szynką. Opatrzność nie działa w ten sposób. Modląc się o chleb powszedni, prosimy o udział w kosztowaniu owoców ludzkiego trudu. Codzienna praca człowieka stanowi narzędzie, którym co dnia posługuje się Opatrzność Boża.

Tworzenie jako konieczność

W tym miejscu należy doprecyzować związek pomiędzy koniecznością a wynagrodzeniem w procesie tworzenia. Wynagrodzenie może być pojęciem nieznanym, lecz jego definicja wskazuje, iż jego przekazanie odbywa się bez przymusu czy konieczności. Chrześcijaństwo uczy, że nasze dążenie do doskonałości musi bazować na fakcie, iż zostaliśmy stworzeni. Każde stworzenie istnieje dzięki potrzebie, podczas gdy twórca, dokładnie rzecz ujmując, nie potrzebuje niczego. Jako istoty ludzkie potrzebujemy Boga, siebie nawzajem, jedzenia, ubrań, schronienia i wielu innych rzeczy. Bóg jest wszechmocny, wszechwiedzący i miłosierny, jeśli więc potrzebujemy Go, stanowi to naszą siłę, a nie słabość. Człowiek, który uchyla się od konieczności, ściąga przekleństwo na własne istnienie. Ten, kto pragnie być wolny od obowiązków, nie przymuszany do modlitwy, pracy czy miłości, pragnie być Bogiem. Osoba taka to arogancki głupiec.

Podobną konieczność wynikającą z faktu bycia żywym stworzeniem odczuwają zwierzęta. Czy oznacza to, że ludzki wysiłek jest podobny do wysiłku zwierząt i nie różni nas niczym od działań podejmowanych przez mrówki czy bobry? Ależ nie! Praca człowieka jest czynnością racjonalną, współtworzeniem, a więc posiada iskrę Bożą. To prawda, iż można nauczyć człowieka, by niczym zwierzę pracował głównie w celu napełnienia żołądka, lecz można również zachęcić go do wysiłku, tak jak czyni to Bóg – miłością. Chrześcijańska dyspensa daje nam przywilej bliskiej, niemal familiarnej współpracy z Bogiem. Jezus towarzyszy nam w pracy, kierujemy się nie tylko zwierzęcą potrzebą, lecz bezinteresowną miłości ą do naszych braci w Chrystusie! Tak oto nasz Chrystus, nasz Brat, udoskonala prawo ludzkiej konieczności, czyniąc z niego powód do okazania nadprzyrodzonego miłosierdzia. Chrześcijanin raduje się obowiązkiem pracy, gdyż jest on wezwaniem do okazywania miłości tak, jak czyni to Bóg. Twórcze działanie Boga jest aktem miłości; za sprawą Chrystusa nasze współtworzenie może poszerzyć zakres Bożej miłości!

Pracując razem

Jednym z niefortunnych pojęć przejętych z dziewiętnastego wieku, a odziedziczonych po epoce renesansu, jest przekonanie, że tylko praca jednostki może być prawdziwie twórcza. To zupełny nonsens! Najczęściej spotykanym i najzwyczajniejszym rodzajem pracy jest współpraca. Większość mężczyzn od młodzieńców po starców współpracuje każdego dnia, by stworzyć wspólne dobro. Samotny robotnik zawsze stanowił wyjątek. To prawda, że olbrzymia ilość pracy przydzielanej ludziom w fabrykach, dyktowana chęcią zysku niezależnie od dobra osób, które ją wykonują, stała się tak groteskowa, iż trudno nazywać ją nadal pracą. Lepiej określić ją mianem pokuty. A jednak pewną ilość pracy uważa się nie tylko za normalną, ale wręcz za niezbędną. Kto wolałby grajka-solistę od orkiestry symfonicznej? Czy lepiej byłoby, gdyby katedrę w Chartres wybudował jeden człowiek? Co jest większym dziełem geniuszu ludzkiego, sonet Szekspira czy język angielski? Nie zapominajmy przy tym, iż muzykę symfoniczną, katedry i języki współtworzą pracujący wspólnie ludzie.

Powyższe rozważania dobrze mieć na uwadze przy planowaniu reform społecznych. Rozczarowanie grozi tym, którzy zakładają, że odnowa pracy twórczej polega na zaopatrzeniu każdego pracującego człowieka w osobny warsztat lub gabinet pracy. Pracę wykonują zespoły wolnych ludzi i tylko one mogą zastąpić długie szeregi współczesnych niewolników pieniądza.

Dobra praca – jeśli ją dostaniesz

Dziś miliony pracowników absorbuje mechaniczny wysiłek, do którego nie da się zastosować chrześcijańskiej filozofii pracy. Niezależnie od ich woli wyznaczono im już cel i metody postępowania. Mogą zaakceptować to jako pokutę, ale taka akceptacja nie pomoże zmienić bezmyślnego harowania we współtworzenie. Uwikłani w ten sposób żywiciele rodzin na ogół kwitują śmiechem chrześcijańską filozofię pracy, ponieważ wydaje im się ona odległa i nieadekwatna do rzeczywistości.

Znacznie bardziej martwi mnie los mas pracujących niż samotnych artystów. Nie zgadzam się, że obecnej sytuacji nie można zmienić. To człowiek wymyślił fabryki i to człowiek może zastąpić je czymś lepszym. Łatwiej zmienić jest system pracy, niż przywrócić dusze ludzkie Chrystusowi. Jako katolicy zobowiązani jesteśmy do tego ostatniego, a to pierwsze możemy uczynić produktem ubocznym naszych starań apostolskich.

Przychodzi mi na myśl tylko jeden poważny powód, dla którego osoby skądinąd wierzące pozwalają, by ich pracą rządziły świeckie zasady – otóż nie mają woli, by postępować inaczej. Nie obwiniam tu wyłącznie jednostek ogarniętych obłąkańczym pędem wyścigu szczurów; mówię o woli wspólnoty. Aby wyjaśnić dokładniej to pojęcie, pozwolę sobie na następującą obserwację: istnieje wiele dobrych rzeczy, których w pojedynkę nie osiągnie żadne z nas, niezależnie od siły własnej woli. Żaden człowiek w pojedynkę nie założy rodziny; do takiej decyzji trzeba dwojga. Żadna jednostka nie stworzy społeczności, ponieważ do tak skomplikowanego zadania potrzeba woli wielu z nas, woli wspólnoty. Chrześcijanom brak dziś wspólnej woli, by zreformować wygląd dnia pracy. Od dobrych zamiarów odwodzi ich ogrom piętrzących się przed nimi trudności.

Jako dowód braku wspólnej woli pozwolę sobie przytoczyć fakt, iż nasze szkoły, nawet szkoły katolickie, przygotowują nas do wykonywania pracy świeckiej, zaniedbując przekazania nam wiedzy o posłudze chrześcijańskiej. Dzieciom nie wpaja się entuzjazmu ani zdolności zarabiania na życie uczciwą i umiejętną pracą. Gdyby tysiące absolwentów naszych katolickich szkół i uczelni przygotowano do kompetentnego wykonywania uczciwej pracy, a ci zostaliby zniechęceni do takiego postępowania przez pozbawiony współczucia sekularyzm, zgodziłbym się z tezą, iż nie da się osiągnąć ideału. Tymczasem tysiące chrześcijańskich żywicieli rodzin winno przyznać niczym obrotny rządca z przypowieści Jezusa: „Kopać nie mogę” – właśnie ten brak kompetencji zmusza ich do przyjęcia standardów pracy charakterystycznych dla liberalizmu, komunizmu czy bohemy.

Ed Willock

Powyższy tekst jest fragmentem książki Eda Willocka Rola ojca w rodzinie katolickiej.