Rozdział pierwszy. O królu Bolesławie, przez lud Śmiałym nazywanym

Gościńcem wijącym się od Krakowa ku Sandomierzowi zmierzał orszak bogato przyodzianych dam i rycerzy. Ci ostatni jechali konno, wierzchem, niewiasty zaś w brykach.

Pośród zbrojnych rzucał się w oczy postawny mężczyzna o jasnych włosach i gęstych sumiastych wąsach takiej samej barwy. Na głowie miał wypolerowany hełm, który lśnił z daleka niczym wykuty ze srebrnej blachy. Na skórzany kaftan narzucony miał szkarłatny płaszcz podbijany sobolowym futrem i przyozdobiony kunsztownym haftem wykonanym złotą nicią.

Prosty miecz tkwił w inkrustowanej szlachetnym kruszcem pochwie.

Spod kopyt rumaków i spod kół bryk toczących się bystro na wszystkie strony pryskało błoto, był to bowiem czas, kiedy zima, zda się, ustąpiła, ale prawdziwa wiosna jeszcze nie nadeszła.

Orszak minął zakręt i oto oczom wszystkich ukazała się sylweta Sandomierza – solidnie obwarowany gród i miasto rozpołożone na licznych wzgórzach, poprzedzielanych od siebie głębokimi parowami.

Do bogato przyodzianego jeźdźca, kłując konia w boki ostrogami, zbliżył się rycerz, który pewnie niejedno widział i niejedno pamiętał.

– Miłościwy panie, już jesteśmy na miejscu.

– Toż widzę – odparł król Bolesław, przez lud Śmiałym zwany. – Ach! Jakiż to piękny gród i piękne miasto! – zawołał, i zaraz dodał: – Anim się spodziewał, że w tak krótkim czasie pokonamy drogę z Krakowa do Sandomierza.

– Twój to gród, miłościwy panie – powiedział stary rycerz. – Zapewne rycerstwo i łyki powitają cię z radością.

– A pewno! – król uśmiechnął się szeroko. – Lubię Sandomierz, bo i pięknie tu, i bogato, i mieszkańcy weseli. Skoro tylko staniemy w grodzie, wezmę kąpiel i przyodzieję się w czyste szaty. Pamiętaj Wiesławie, by wydać odpowiednie polecenia.

– Nie zapomnę, mój królu.

Orszak jeszcze bardziej przyspieszył, by jak najrychlej znaleźć się poza grodowymi obwałowaniami.

Na widok nadjeżdżających szeroko otwarto bramę, za którą, na szerokim dziedzińcu, stała gromada bogato odzianych pań i panów, mieszczan, chłopów z okolicznych siół, a także duchowni.

Ci ostatni byli podzieleni na dwie grupy. Niby ich czarne, długie suknie podobne były do siebie, ale jednak różne. Na czele jednej z grup stał siwy starzec o długich, poza ramiona opuszczających się włosach i gęstej brodzie. W ręku dzierżył posoch, czyli laskę biskupią, którą greccy oraz słowiańscy: morawscy, sandomierscy, krakowscy i ruscy hierarchowie noszą jako oznakę władzy pasterskiej.

Drugą grupę duchownych, wyraźnie izolującą się od tej pierwszej, stanowili łacinnicy – Niemcy, Czesi, Gallowie i kilku naszych z plemienia Polan (sądząc po mowie). Nie było tam na pewno Sandomierzan ni krakowskich Wiślan.

Bolesław spojrzawszy na nich, groźnie zmarszczył brwi i rzekł:

– Cóż to? Innyż to Pan Jezukryst słowiański, a inny rzymski? Ten gorszy co się do Niego po naszemu gada, a rozumie, co gada? Czemuż to razem nie stoicie?

Z grupy łacińskich duchownych wysunął się jakiś, pewno starszy godnością od pozostałych, i odparł:

– Miłościwy panie, o wyższości łacińskiego Kościoła nad greckim i słowiańskim sam Ojciec Święty, świętego Piotra Apostoła następca, mówi…

Król przerwał mu tymi słowy:

– Et! Jakiż to z niego Ojciec Święty?! Dyć to stary kawaler!

Drużynnicy monarchy wybuchli gromkim śmiechem. Król zaś zeskoczył z konia i zbliżywszy się do słowiańskiego Arcybiskupa-Metropolity Sandomierskiego Efrema, głęboko, z szacunkiem, pochylił się przed nim i ucałował dłoń starca.

Efrem nakreślił nad głową władcy znak Krzyża św., a potem przycisnął ją do siebie. Widać było, iż jest bardzo wzruszony.

– Panie – powiedział. – Panie, nie spodziewałem się tyle szacunku i takiego oddania z twojej strony. Wszak twoje naddziady nie tylko lekceważyły, ale i prześladowały nas, synów świętych braci sołuńskich – Cyryla i Metodego, a wcześniej i ty także… W końcu jesteś łacinnikiem…

Król nic nie powiedział, tylko raz jeszcze ucałował dłoń starca, po czym powrócił do swoich rycerzy, którzy patrzyli na to zdumieni:

– Teraz idę odpocząć, obmyć się i przeodziać, wieczorem zaś, kiedy zmrok zapadnie, zapraszam wszystkich na ucztę.

Jeden z duchownych łacińskich, pochylając się głęboko, odezwał się tymi słowy:

– Miłościwy panie, nasze stadko prosi, by je zwolnić z tego zaszczytnego obowiązku. Raczej modlić się nam wypada, niż ucztować…

Nie dokończył, Bolesław zmierzył go groźnym wzrokiem od stóp do głów i powiedział cicho, ale dobitnie, cedząc słowa:

– Rzekłem. Zapraszam wszystkich. Czy zrozumiałeś? Myślałem, że wystarczy wam mieszania w Krakowie, ale widzę, żem się omylił, bo i w moim drugim stołecznym mieście, Sandomierzu, te same podchody prowadzicie. Kto jest waszym panem po Bogu? Ja, czy papież rzymski? Oby się nie przebrała miarka! Bo jeśli się przebierze to gorzko pożałujecie wszyscy, i wy i każdy wasz poplecznik. Nie będzie dwóch rządzić tym krajem… A zatem, i zapraszam wszystkich.

Król odwrócił się na pięcie i w otoczeniu zbrojnych wszedł do budynku, w którym przygotowano mu mieszkanie.

***

Obszerna sala, w której zastawiono stoły, przyozdobiona była wspaniale. Ściany obwieszono cudnymi tkaninami, najpewniej sprowadzonymi z Bizancjum. Wszyscy zaproszeni już byli, prócz króla i łacińskich duchownych. Prowadzono przyciszone rozmowy, co i raz zerkając ku drzwiom, czy aby nie nadchodzi monarcha.

Wreszcie się doczekano. Bolesław, odświeżony i przyodziany bardzo bogato, prosty niczym świeca, z dumnie uniesioną głową, przekroczył drzwi i skierował się ku najpocześniejszemu miejscu, przygotowanemu dlań u szczytu głównego stołu, przy którym siedzieli najwyżsi rangą dostojnicy z otoczenia Bolesława oraz słowiański Arcybiskup-Metropolita Sandomierski i całego Królestwa, Efrem. Dla łacinników przygotowano inny stół. Nie najgorszy, ale też i nie najlepszy. Ale ci ostatni jeszcze się nie pojawili. Król wyraźnie szukał ich wzrokiem. Na jego twarzy dało się zauważyć wściekłość, a siwe oczy miotały skry. Wśród zebranych zapanowała cisza.

Po dłużej chwili nareszcie nadeszli i księża łacińscy. Zatrzymawszy się tuż za progiem, omietli oczyma salę, a zauważywszy, że nie ma dla nich miejsca przy najpocześniejszym stole, przy którym siedział monarcha, wyraźnie niezadowoleni usiedli tam, gdzie wyznaczono dla nich siedziska.

Król Bolesław, rozwścieczony jawnym zlekceważeniem jego majestatu, zawołał tylko:

– Miodu!

Podczaszy pochwycił dzban i natychmiast po wręby napełnił obszerny srebrny puchar.

Bolesław wychylił go duszkiem i znów zawołał:

– Miodu!

Żądaniu stało się zadość. Król i drugi puchar wychylił duszkiem, a potem, chwyciwszy nóż, nie czekając aż go obsłużą, ukroił sobie potężny kawał sarniej pieczeni, którą zaczął zachłannie szarpać zębami.

Mając pełne usta, skinął na podczaszego, bez słowa pokazując mu, że jeszcze chce pić.

Puchar został napełniony po raz trzeci i po raz trzeci rychło wysączony do dna. Twarz króla nabrała rumieńców, humor mu się poprawił, a i język rozwiązał.

– I jakże mnie chcesz zabawić panie kasztelanie? – zwrócił się do kasztelana sandomierskiego.

– Cóż, miłościwy panie, na razie ucztujmy, a potem się zobaczy…

Król mu przerwał:

– Et, widzę, że sam muszę pomyśleć, jak by tu grzeszne ciało ucieszyć. Ale to rzeczywiście potem. Teraz jedzmy, pijmy, śmiejmy się!

Król – tym razem nie zwracając uwagi na łacinników – począł rozglądać się wokół siebie, najwyraźniej szukając znajomych twarzy. I rzeczywiście, niejedną rozpoznał.

U końca stołu wypatrzył skromnie, choć dostatnio przyodzianego starca o bielutkich niczym gołąbek włosach, na które nałożona była prosta w formie, lecz ze złota wykuta obręcz.

– A czemuż siedzisz na samym końcu, panie? – odezwał się król do staruszka.

Zagadnięty dumnie podniósł głowę i odparł:

– Bo nie chcę blisko ciebie, blisko Piastowicza.

– Ech! Daj już, kniaziu, spokój starym zapiekłym żalom. Co się stało, to się nie odstanie.

– Tak, tak. Wiem to. Bardzoście szlachetni, wy Piasty. Jakimś cudem nasz ród się uchował – pewnie dlatego, że moi przodkowie kryli się w puszczy, licząc, iż kiedyś odejdziecie z tego kraju, a władza i lud, i ziemia, coście nam ją wydarli, znów powrócą do nas. Ale gorzej się powiodło kniaziom Wiślańskim, że o innych nie wspomnę, coście ich jawnie, podstępem, i jak się tylko dało, powyrzynali.

Król najpierw zmarszczył brew i nie wiadomo było, czy nie wybuchnie gniewem, ale popatrzywszy na starca, sięgnął tylko po puchar i napił się miodu.

Wszyscy zebrani na sali milczeli, nie wiedząc, jak się zachować, nie wiedząc co porywczy i skłonny do gwałtownych i nieprzemyślanych decyzji król uczyni.

Lecz on tego dnia był w wyjątkowo dobrym humorze i tylko zapytał:

– To po cóż, kniaziu, w ogóle żeś tu przychodził? Wszak wszedłeś w piastowskie progi.

– Aby na pewno? – starzec był zadziorny. – Nasze tu grody stały, zanim wy przyszliście. To, żeście je spalili, a potem wystawili inne, nowe?… U siebie jestem, ot co.

Król najpierw był wściekły, potem rozbawiony, teraz stał się poważny. Wstał ze swego siedziska i podszedł do starowinki.

– No, już dobrze, dobrze. Dajmy spokój swarom. Jakby Piasty nie przyszły, to by przyszły Morawiany, Czechy albo Ruś. I tak byśta stracili władzę, i tak. A żeśmy innych kniaziów wytracili, cóż, sam dobrze wiesz, że nie dało się inaczej. A jakbyś ty był na miejscu moich przodków, to nie kazałbyś pozabijać tych, co to mogliby stanowić dla ciebie zagrożenie?

Bolesław delikatnie ujął pod rękę starego, a gdy ów powstał, poprowadził go do swojego krzesła.

– Siadaj, kniaziu, na moim miejscu, ale daj mi miejsce po prawicy.

Dziaduś wyraźnie się wzruszył:

– Ech! Boże ty mój, choćby na parę chwil, ale doczekałem, żem panem tej ziemi. I to Piastowicz ustąpił mi tronu!

Król klasnął w dłonie i zawołał:

– Wypijmy zdrowie władyki tej Ziemi Sandomierskiej, kniazia Sendomira II.

Wszyscy powstali i z powagą spełnili toast.

Król, wypiwszy kolejny puchar miodu, stał się jeszcze bardziej rozmowny i bardzo wesoły. Rozmawiał z tym i owym, tryskał humorem i coraz częściej strzelał oczyma ku co młodszym i ładniejszym niewiastom, jednocześnie obsługując starego, jedną nogą stojącego nad grobem, kniazia Sendomira.

Co bystrzejsi obserwatorzy zauważyli, iż Bolesław od jakiegoś czasu nie spuszcza wzroku z młodziutkiej, ślicznej, pewnie około piętnastu lat liczącej dziewczyny. Dziewczyna, dostrzegłszy, że stała się przedmiotem zainteresowania monarchy, spłoniła się i zawstydzona opuściła oczy.

Bolesław skinął na kasztelana sandomierskiego:

– A cóż to za cudo siedzi ot tam, piąta po mojej ręce?

– To Wisława, prawnuczka kniazia Sendomira.

– Każ jej zrobić miejsce, i niech się posiędzie wyżej.

– Panie! – zaprotestował kasztelan. – Toż stary się wścieknie, a co ludzie powiedzą, że nie wspomnę o księżach?! O biskupie krakowskim Stanisławie, który ci już nie raz wymówki czynił, żeś rozpustnik?

– A cóż mnie to obchodzi? Zresztą Stanisław to krewniak, który złość ma na mnie, a ponadto z Hermanem, Niemcami i Czechami knuje przeciw mnie. Ale co tam! Nie mówmy o tym. Takiego cudu, jak ta dziewczyna, jeszczem nie widział, jak żyję! A to, że każę, by usiadła wyżej? Toż to najszlachetniejsza krew tej ziemi! Uczciłem jej naddziada, to wypada bym uczcił i ją. Nie zaprzeczaj! – król uniósł ku górze rękę, w geście zakazującym jakiejkolwiek odpowiedzi.

Kasztelan z wyraźnym oporem, nie mając jednak innego wyjścia, podszedł do dziewczyny i skłoniwszy się przed nią dwornie, w imieniu króla poprosił, żeby usiadła wyżej.

Wisława znów się spłoniła i znów opuściła oczy, ale bystry obserwator mógł zauważyć, iż jest zadowolona z wyróżnienia, jakie ją spotkało. Głośno wszakże rzekła:

– Podziękuj, panie, królowi, lecz nie skorzystam z jego łaskawości i pozostanę tutaj gdzie jestem.

Król najpierw, wyraźnie niezadowolony, zmarszczył brew, a potem uśmiechnął się pod wąsem i podniósłszy się zza stołu sam zbliżył się do dziewczyny.

Wszyscy obecni na sali zamarli w bezruchu i ciszy, czekając co też się dalej wydarzy. Bolesław, skłoniwszy się przed dziewczyną, powiedział tylko, jednocześnie wyciągając do niej rękę:

– Nie odmawia się swemu królowi, czyż nie?

– Tak, panie – odparła Wisława, czerwieniąc się jeszcze bardziej.

Król dumnie uniósł głowę i wyraźnie zadowolony poprowadził księżniczkę ku szczytowi stołu.

Teraz już, nie udając, jak bardzo mu się podoba, zabawiał dziewczynę rozmową, podsuwał jej co smakowitsze kąski i dolewał co i rusz bladozłotego miodu. Tak, jakby chciał ją upić. A może rzeczywiście chciał?…

Tymczasem Sendomir po trzecim czy czwartym kubku trunku rzeczywiście poczuł się prawdziwym panem Sandomierskiej Ziemi. Wydawał polecenia podstolemu i podczaszemu, a temu ostatniemu najwięcej. Tak że w końcu mocno poczerwieniał na twarzy i, począwszy przytupywać nogą, nucił coś pod nosem.

Bolesław zaś ujął Wisławę za białą, wypielęgnowaną dłoń, którą delikatnie gładził i co i raz obsypywał pocałunkami. Rycerze, zaprawieni w bojach towarzysze króla z licznych wypraw wojennych, co i raz wybuchali gromkim śmiechem. Stary kniaź sandomierski dość już mocno pijany, nie reagował na to wcale, łacińscy księża nic nie mówili, tylko uśmiechali się ironicznie, zupełnie jakby im to było na rękę. Jedynie Arcybiskup-Metropolita Sandomierski Efrem na przemian to bladł, to purpurowiał na twarzy. Próbował nawet odezwać się do króla, pewnie po to, by go zestrofować, ale Bolesław zapatrzony w oczy Wisławy, machnął tylko ręką, jakby się odganiał od muchy.

Efrem najwyraźniej nie mógł zdzierżyć tego, co widział. Wzburzony wstał, nerwowo skinął na asystujących mu diakonów i podpierając się posochem, na którym z całej siły zacisnął dłoń, tak że aż pobielały mu knykcie, ostentacyjnie opuścił salę biesiadną.

Kniaź Sendomir upojony miodem, piwem i panońskim winem oparł głowę o blat stołu i zaczął pochrapywać.

Król skinął na służbę i wskazując na staruszka, kazał go zanieść do oddzielnej komnaty, rozebrać i ułożyć do snu. W ślad za pradziadem chciała iść Wisława, lecz Bolesław mocno przytrzymał jej rękę:

– Zostań, pani. Kniaziowi nic złego się nie stanie, a my mamy sobie tyle jeszcze do powiedzenia. Co ty na to, byśmy dokończyli rozmowę w mojej komnacie?

Wisława, której od wina i miodu kręciło się w głowie, uśmiechnęła się tylko:

– Niechże będzie, jak chcesz, mój królu.

Usłyszawszy te słowa, Bolesław wstał i powiedział głośno:

– Na mnie już czas. Mam jeszcze do omówienia wiele ważnych spraw z księżniczką. Wy zaś zostańcie i ucztujcie, jak długo chcecie, albo… możecie!

Wszyscy wybuchli wielkim śmiechem, jedni tylko łacińscy kapłani znów uśmiechnęli się ironicznie.

Bolesław skłonił się dwornie przed Wisławą, która wstała ze swego siedziska, i podał jej ramię. Mrocznymi korytarzami, rozświetlonymi jedynie poblaskiem zapalonego tylko gdzieniegdzie smolnego łuczywa, które więcej dawało dymu niż ognia, ruszyli do komnaty króla…

***

Ranek wstał pogodny, słoneczny, tylko na nadwiślańskich błoniach smużyła się niezbyt gęsta mgła.

Bolesław obudziwszy się otworzył oczy, ale nie wstał z łoża. Uniósł się nieco i podpierając się na łokciu zaczął przypatrywać się śpiącej jeszcze Wisławie. Leżała na wznak, z rękoma rozrzuconymi na boki. Twarz miała tak spokojną, tak piękną, dziecinną jeszcze, ale przecie dzieckiem już nie była. Kiedy król o tym pomyślał, uśmiechnął się pod wąsem, a potem rozprostowawszy kości, odrzucił przykrycie, ucałował Wisławę w usta i wyskoczył z łoża nagi. Ale zamiast najpierw szukać przyodziewku, nalał sobie z dzbanka miodu i duszkiem go wypił. Królowi poczerwieniała twarz i widać było, iż poczuł ulgę. Wisława zaś zwinęła się w kłębek niczym zwierzątko i spała dalej.

Bolesław posiedział jeszcze kilka chwil obok księżniczki, a potem przyodział się w świeże ubranie.

Po wyjściu z sypialnej komnaty rozkazał służbie zwołać swoich drużynników.

Schodzili się powoli, czerwone jak u karpi oczy i chwiejny chód pokazywały, że mało spali, tylko ostro pili ostatniej nocy. Co niektórym trzęsły się ręce, a chód mieli chwiejny.

Monarcha pokiwał głową z politowaniem i powiedział:

– Napijcie się miodu, bo inaczej nie uda się wam powsiadać na konie, a zaraz trzeba nam jechać. No, szybko!

– A gdzież to jedziemy? – zapytał jeden z rycerzy.

– No jakże gdzie? Do Mściowa. Mścisławowa Krystyna dobra pani, dobrze wiecie, że godnie nas ugości. Ale dość już tych wywodów niepotrzebnych. W drogę!

Po niedługim czasie dało się słyszeć tętent koni, a sandomierski gród powoli budził się do życia…

***

Księżniczka Wisława obudziła się, uniosła na łokciu i zaczęła rozglądać za królem. Ale jego dawno już nie było w grodzie. Naraz dostrzegła na łożu przepyszny naszyjnik wyrobiony ze złota i drogich kamieni, a tuż obok niego przygarść złotych monet.

Wyskoczyła z pościeli i czym prędzej, byle jak narzuciwszy na siebie ubranie, pobiegła szukać Bolesława. Nie było go nigdzie. Kiedy zaczęła rozpytywać wśród służby, zauważyła, że podśmiechują się z niej. Jeden z pachołków szepnął do drugiego (a ona usłyszała ten szept):

– Poigrał król w nocy, a teraz pojechał szukać innego zwierzątka.

Wisława wybiegła na dwór. Wdrapała się na wysoki wał grodowy i popatrzyła w dół, ku fosie. Zakręciło się jej w głowie.

„Zrobił ze mnie dziwkę, Piastowicz przeklęty! A ja mu zaufałam! W każde jego słowo uwierzyłam, w każde gładkie słówko! Niechbym była i nałożnicą, niechby, ale on mi zapłacił. Jak dziwce, jak dziwce!”

Popatrzyła jeszcze raz w dół. Zamknęła oczy, przeżegnała się i skoczyła. Gładź wody na powierzchni fosy pomarszczyła się nagle, a potem pojawiły się na niej kręgi.

Jeden z pachołków, który z daleka widział to wszystko, zaczął krzyczeć:

– Pomocy! Pomocy!

Zbiegli się ludzie, ktoś sturlał się z ostrego zbocza grodowego wzgórza, wszedł do wody i zaczął szukać Wisławy. Trwało to dobrą chwilę, zanim ją wyciągnął na brzeg. Leżała nieruchoma.

Zjawiło się więcej ludzi, wzięli ją na ręce i ponieśli do grodu. Panowało groźne milczenie. Nie całkiem trzeźwy jeszcze kniaź Sendomir – teraz już ostatni z rodu – patrzył na to, co się stało. Z glinianej flaszy pociągnął tęgi łyk miodu, żeby mu się rozum rozjaśnił, a potem skierował się ku gromadzie służby, która kogoś niosła. Stanęli naprzeciw siebie. Sendomir jeszcze raz napił się miodu i przetarł stare, załzawione oczy. Trup Wisławy…

– O Jezu! Bogurodzico Przeczysta! – jakiś straszny, nieludzki wręcz krzyk wydobył się z jego gardła.

– Litości!!!

Ale nic się nie zmieniło. Widział tylko trupa swojej cudnej, młodziuchnej prawnuczki. Ręce zaczęły mu drżeć. Chwiał się na nogach. Ktoś go podtrzymał. Nie tylko Sandomierzanie, ale nawet i Polanie ocierali oczy.

– Co się stało? – zapytał dziadunio.

– Król z nią spał. A potem za to… zapłacił.

– Obyś żył, długo żył, ale cierpiał jeszcze bardziej niż ja, Piastowiczu przeklęty – wychrypiał staruch…

Andrzej Sarwa

Powyższy tekst jest fragmentem książki Andrzeja Sarwy Legendy i opowieści sandomierskie.