Rozdział pierwszy. Krzyżowiec Wilfred

Wszyscy wiecie, że w jedenastym wieku, gdy Jeruzalem wpadło w ręce niewiernych, a święte miejsca zostały sprofanowane, w całym chrześcijańskim świecie rozległo się wezwanie Piotra Eremity, a ze spokojnych farm w Anglii, słonecznych stoków Italii, winnic Francji i Hiszpanii i porośniętych lasami gór Niemiec jednym głosem odpowiedziała mu szlachta i wieśniacy, królowie i poddani.

Wiecie także, że Ryszard Lwie Serce stał się postrachem dla mahometan i że on oraz mężny św. Ludwik francuski za nic mieli choroby, cierpienia i wszelkie niedostatki, aby tylko odebrać wrogom chrześcijaństwa miejsca uświęcone obecnością i cierpieniem Chrystusa.

Właśnie za panowania Ryszarda Lwie Serce, w zamku na wrzosowiskach Yorkshire mieszkał bardzo potężny pan, Robert z Keneathstone. Posiadał liczne ziemie od Wyeth aż po turnie Elwer Crag, a w czasie wojny mógł pod swoją chorągwią wystawić pięć tysięcy żołnierzy. Oczywiście, gdy Ryszard Lwie Serce powziął zamiar wyruszenia do Ziemi Świętej, szukał pomocy u wszystkich swych baronów i wiemy jak ochoczo i wspaniałomyślnie odpowiedzieli na jego wezwanie.

Jednak Robert, lord Keneathstone był bardzo chory i nie mógł się podnieść z łoża, a miał tylko dwóch synów, z których starszy – Wilfred nie skończył jeszcze dwunastego roku życia, a poza tym był bardzo drobny i słabego zdrowia.

Cóż było robić? Robert z Keneathstone nie mógł znieść myśli, że ludzie będą mówić, iż nikt z jego rodu nie powiódł żołnierzy i nie walczył dla Chrystusa, lecz nie mógł się nawet ruszyć, a Wilfried przypominał cień, tak był udręczony gwałtownym kaszlem, grożącym mu śmiercią. Robert wściekał się i przeklinał, a pani Małgorzata, jego żona, modliła się dniami i nocami, jednak choroba zamiast słabnąć tylko się nasilała i było jasne, że przykuje go do łóżka na wiele męczących dni.

W końcu Wilfred złożył ślub, że sam pójdzie na wyprawę i, mimo szlochów matki i błagania na kolanach oraz drwin ojca, obstawał przy swoim postanowieniu. Ojciec widząc w końcu, iż chłopak miał poważne zamiary, dał mu swoją zgodę.

Gdy nadszedł ostatni dzień przed wyjazdem chłopiec niemal nie mógł się oderwać od płaczącej matki, lecz założył zbroję i dumnie wdział hełm, chwycił tarczę z herbem Keneathstonesów i mottem „Lojalni aż po kres”.

– Popatrz, szlachetna matko – powiedział prowadząc, a raczej podtrzymując ją po drodze do małej zamkowej kaplicy poświęconej narodzinom Chrystusa. – Tutaj powieszę swą tarczę i hełm gdy powrócę na cześć dzieciątka Zbawiciela i Jego Matki, której żołnierzem jestem.

– Będę tu przychodzić każdego dnia, aby modlić się za ciebie, mój synu. O mój synu, gdybym mogła iść z tobą, aby ochraniać cię przed niebezpieczeństwami i umrzeć za ciebie gdyby zaszła potrzeba, mój synu.

– Nie, szlachetna matko – odpowiedział chłopiec. – Nie trap się o swego niegodnego syna. Jeśli taka będzie wola Pana opuszczę Jego ziemską armię i dołączę do zastępów chlubnych zwycięzców w Niebie, a ty wciąż będziesz miała Alfreda, aby cię pocieszał i podtrzymywał dobre imię naszego domu.

Pożegnał ją długim, czułym uściskiem, otrzymał błogosławieństwo ojca i odjechał na czele dzielnych żołnierzy.

Podróż dłużyła się odważnemu chłopcu, popędliwemu i żądnemu zgiełku bitewnego, lecz w końcu dotarli do Joppe, wysiedli ze statku i przyłączyli do armii Ryszarda Lwie Serce pod Ahmed Niven Kira i spełniło się marzenie Wilfreda, ponieważ doszło tam do krwawej potyczki pomiędzy chrześcijanami a niewiernymi. Wilfred zaś, próbując bronić rannego żołnierza przed okrutnym przeciwnikiem, dostał się do niewoli.

Wrogowie uprowadzili go do twierdzy daleko za Ahmed Niven Kira i uwięzili w zamku, w małej, wąskiej i prawie pozbawionej światła celi. Jakiś żołnierz przyniósł mu jedzenie, lecz Wilfred nie mógł nic przełknąć, był bardzo chory i spodziewał się, że już nigdy nie ujrzy domu i matki. Mimo to każdego dnia modlił się, tak jak go o to prosiła matka – rankiem, w południe i wieczorem. Czasem, gdy myślał o tym, że ona także modli się za swego syna, miał wbrew wszystkiemu nadzieję na ocalenie i marzył o szczęśliwych dniach, kiedy będzie mógł ją uściskać i uklęknąć wraz z nią w małej kaplicy, aby podziękować Bogu i Naszej Pani za bezpieczny powrót.

Jednak mijał dzień za dniem i zaczęło mu się wydawać, że to tylko mrzonki i spokojnie, a nawet radośnie pogodził się z rychłą śmiercią, ponieważ kaszel coraz bardziej się nasilał, prawie nie mógł ustać na nogach i tak wychudł, że kości zdawały się wychodzić mu na wylot przez skórę.

Pewnego dnia, gdy klęczał w rogu celi modląc się o pogodzenie z losem i cierpliwość do samego końca, drzwi nagle się otworzyły i dziwny człowiek przyniósł mu jedzenie. Stał, przyglądał się chłopcu i zobaczył jak ten uczynił znak Krzyża zanim zaczął jeść.

Wtedy podszedł do niego i wyszeptał:

– Posłuchaj, chłopcze, jestem chrześcijaninem, wiele czasu spędziłem w angielskim obozie jako więzień i tam poznałem prawdziwą religię. A teraz przez wzgląd na Jezusa Chrystusa, uratuję cię. Dziś w nocy przyjdę i wypuszczę cię z celi i będziesz musiał uciekać tak szybko jak potrafisz, aby do poranka być już wiele mil stąd.

Zostawił Wilfreda samego, bo usłyszał wołanie dowódcy. Biedny chłopiec pomyślał, że nigdy nie uda mu się uciec, biorąc pod uwagę męczący kaszel i niezwykłe osłabienie, jednak ukląkł i modlił się aż do wieczora.

W sercu młodzieńca wzbierała nadzieja, a gdy z nadejściem nocy przybył także jego wybawca i poprowadził go po schodach ku wyjściu, a następnie wsunął w jego dłoń nieco pieniędzy i ponaglał Wilfreda, by uciekał i ratował swe życie, chłopiec pomknął niczym strzała. Modląc się żarliwie poczuł nadprzyrodzoną siłę i mógł pobiec w kierunku, który wskazał mu mężczyzna. Przez trzy dni i noce podążał na wschód, a czwartego dnia dotarł do portu, znajdującego się we władaniu francuskich krzyżowców.

Przez dwa miesiące śmierć zaglądała mu w oczy, gdy leżał w domu hrabiego Szymona de la Rochefoucauld, lecz Bóg wysłuchał jego modlitw i wyzdrowiał na tyle, by zaokrętować się na statek płynący do Francji z chorymi i rannymi.

Po ośmiu długich miesiącach od czasu gdy opuścił dom ojca, Wilfred znów pojawił się przed bramami zamku i wszedł do kaplicy podczas Sumy, o poranku Bożego Narodzenia. Po Mszy świętej odśpiewano Te Deum, a on powiesił swoją tarczę i miecz przed ołtarzem Naszej Pani. Później nabrał sił, zmężniał i dokonał wielu odważnych i szlachetnych czynów zanim dołączył do przodków i pozostawił swym dzieciom imię bez skazy.

A. Fowler Lutz

Powyższy tekst jest fragmentem książki A. Fowlera Lutza Krzyżowiec Wilfred oraz inne fascynujące opowieści.