Rozdział pierwszy. Chwila wytchnienia. Skąd się wziąłeś?

W łóżeczku siedzi sobie półtoraroczny Jaś. Jasne włoski lśnią mu w popołudniowym słońcu, policzki są jaskrawoczerwone od porannego spaceru. Rozgląda się po świecie swymi ciemnymi oczkami, wyraźnie mu się tu podoba.

Ściska po jednym ciasteczku w każdej dłoni, biorąc do buzi raz jedno, raz drugie. Co chwila przestaje, by uraczyć mamę szerokim, okraszonym okruszkami uśmiechem. Gdy kawałek ciastka trafi na podłogę zamiast do buzi słychać głośny okrzyk niezadowolenia, a chwilę później pełne radości parsknięcie odkrywcy, gdy znajdzie go na swoich kolankach. Powinnam mieć teraz chwilę wytchnienia, i chociaż raz mi się to udaje.

Czteroletni Mateusz śpi, co jest wydarzeniem doniosłym w naszej codziennej rutynie. Godzinka niewoli powinna upłynąć Jasiowi na ciasteczkach i lekturze gazety, dokładniej darciu jej na strzępy, zabawie samochodzikami, pustą buteleczką po lekarstwach, wielką piłką i ogromną drewnianą łychą. Mogę wreszcie położyć się na kanapie i odsapnąć. Zapowiada się piętnastominutowy czas na rozważanie, które tak zalecają we wszelkich poradnikach duchowych. Niestety Jaś potrafi rozproszyć każdą ciszę gaworzeniem, pokrzykiwaniem, stukotaniem czy szeleszczeniem. Jak to raz ujął jego tata, kiedy miał jednocześnie pilnować Jasia, telefonu i dzwonka do drzwi: „To trudniejsze niż próbować się skupić w gwarze hali produkcyjnej”. Ale ponieważ to ja zajmuję się Jasiem przez większość dnia, powinnam umieć zebrać myśli pomimo jego hałasów. Może „zajmowanie się dzieckiem” oznacza poświęcanie mu niepodzielnej uwagi, a nie próbowanie jej od niego odwrócić. Co w Jasiu przyciąga moją uwagę?

Skąd się wziąłeś, kochanie? Na pewno nie zewsząd. Nic tak misternego, kompletnego i niepowtarzalnego jak Jasiu nie mogło wziąć się zewsząd. Skąd zatem się wziął? Znikąd? Pustka tym bardziej nie wydała go na świat, zbyt namacalnie jest czymś, zbyt wyraźnie kimś. Pustka nie mogłaby być zaczątkiem tego bardzo prawdziwego i ruchliwego chłopczyka, który siedzi właśnie w swoim łóżeczku, z ciasteczkiem w dłoni, wierzga nóżkami i wydaje głośne uwagi na temat świata takim, jakim go widzi. Musiał jednak powstać z niczego, bo zaledwie dwa lata temu zastanawialiśmy się czy będzie to chłopiec czy dziewczynka, a rok wcześniej nie było żadnego Jasia. Coś z niczego, bardzo wyjątkowe coś, a nie minęły nawet trzy lata!

Gdzie jednak narodziła się idea stworzenia Jasia? Na pewno nie w nas, jego rodzicach, bo nie wiedzieliśmy o nim dopóki się naprawdę nie pojawił. A poza tym, skąd mogła przyjść nam do głowy myśl tak olśniewająca jak Jaś? Czasami gdy upieczemy ciasto albo napiszemy książkę okazuje się, że efekt końcowy jest dużo lepszy niż się spodziewaliśmy. Nic jednak nie może równać się nieustannemu zdziwieniu, w jakie wprawia nas nasze dziecko od chwili narodzin (a już największym zaskoczeniem będzie nasze spotkanie w niebie, gdy Bóg w swej łaskawości, pozwoli nam w końcu spotkać się w niebie i poznać jego prawdziwą istotę, pełną życia i szczęścia przeznaczonego przez Boga właśnie jemu).

Ale skoro Jaś nie jest naszym pomysłem, czyim wobec tego jest? Oczywiście, musi pochodzić od Boga. Jaś urodził się zaledwie chwilę temu, ale pomysł, plan, zamysł jego stworzenia istniał w Boskim umyśle od zawsze. Ta pocieszna jasna główka, to poważne spojrzenie, którym bada znikające ciasteczko, te krótkie, silne nóżki – od zawsze były planowane i przewidziane w Bożym planie stworzenia. Daje to zdecydowanie inne pojęcie o umyśle Bożym od tego jakie mamy myśląc o Nim jako o Stwórcy wszystkiego w ogóle. Gdy Bóg patrzył na siebie, Nieskończoną Rzeczywistość, z zamiarem tworzenia (tak jak my ludzie to sobie wyobrażamy), widział wszystkie możliwe sposoby, na które mógłby wyrazić siebie przez swe stworzenie, wszystkie sposoby, na które jego Nieskończona Doskonałość mogłaby zostać wyrażona i odbita przez rzeczy poza Nim, od anioła do ameby, od gwiazdy do rozgwiazdy. I dlatego niemowlę, a w szczególności nasz Jasio, musi stanowić obraz doskonałości Boga. Czyż można nie domyślić się patrząc na Jasia, że jedną z tych doskonałości musi być i nieskończony humor?

Bóg nie tylko wiedział o Jasiu. Jednocześnie od zawsze go kochał. W przeciwnym razie Jasio byłby jedynie ewentualnością, a nie tak bardzo autentycznym i temperamentnym faktem, jaki stoi teraz przede mną. My mogliśmy go pokochać dopiero, gdy się pojawił w mym łonie. Ale twórcza miłość Boga powołała go do życia, by tchnąć w niego odrobinę Boskiej Dobroci.

Jak bardzo Bóg musi miłować tego śmiesznego małego człowieczka, rozciągniętego właśnie na swojej wielkiej czerwonej piłce, jak ze śmiechem przewraca się na plecy i z powrotem wstaje, niczym wańka-wstańka, przyciskając piłkę do siebie i zaczynając zabawę od nowa. Bóg przecież nie tylko go zaplanował, ale również wybrał go, by miał udział w Jego doskonałości. Powołał nas bowiem „w Nim [w Chrystusie] przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli” (Ef 1, 4–6). Bóg Ojciec spojrzał na swe Odwieczne Słowo, swego Syna, i w Nim zobaczył naszego synka. Bóg Ojciec zesłał swego Syna jako zbawiciela świata, tym samym wybierając nasze dziecko, by je usynowić. Pragnął, by dziecko nasze było nie tylko Jego stworzeniem, ale by stało się Jego własnym dzieckiem w Chrystusie, przez moc Ducha Świętego, by razem z Jego Synem uczestniczyło w wiecznej szczęśliwości. Nieodgadniona Wola Boża naznaczyła tego chłopca na początku świata „ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym” (Ef 1, 7) Musi to oznaczać, że ludzka natura Chrystusa również wiedziała o Jasiu na długo przed nami. Od pierwszego bowiem momentu Wcielenia, Jego umysł wiedział o wszystkich duszach jakie przybył zbawić, a Jego ludzka wola kochała je wszystkie. Chrystus nas umiłował i „samego siebie wydał za nas w ofierze” (Ef 25) na krzyżu. Gdy powstał z martwych w Wielkanocny poranek zapowiedział sakrament chrztu, kiedy przyjdzie zniszczyć śmierć naszego Jasia swoją śmiercią, i przywróci go do życia dziecka Bożego przez Zmartwychwstanie. A teraz w niebie spogląda na Jasia swym człowieczym wzrokiem i kocha go zarówno ludzką jak i Boską miłością. Przez Ducha Świętego nieustannie uświęca życie naszego synka swą łaską, ożywczym prądem biegnącym pędami winorośli przez wszystkich członków Mistycznego Ciała Chrystusa. Na Jasia czekają już wszelkie łaski potrzebne w życiu, by dorastał w Chrystusie, by na swój własny, wyjątkowy sposób wziął udział w Dziele Mistycznego Ciała, Kościoła na ziemi, zasługując sobie na wieczne miejsce w niebie.

Pomyśleć tylko, że Jaś jest tak nierozerwalnie związany z wielkim Boskim planem dla całej ludzkości, że takie są wobec niego plany, że powołany jest na Bożego pomocnika, współpracownika Chrystusa przy dziele odkupienia, narzędzie Ducha Świętego przy uświęcaniu innych ludzi… A teraz…

Po ciasteczkach dawno już nie ma śladu, o słodkich chwilach świadczy tylko umazana buzia, rączki i śliczny niebieski komplecik od babci, który dostał nie dalej jak wczoraj. Każdy blond kosmyk sterczy w inną stronę wskutek zapasów z piłką, buty zniknęły, jednej skarpety też brakuje – leżą daleko od łóżeczka, na podłodze. Teraz pora na buteleczkę po lekarstwach. Udało mu się odkręcić wieczko, teraz usilnie stara się je z powrotem nałożyć. „Oooo!” – wykrzykuje, gdy w końcu zakrętka pasuje, po czym wyrzuca ją z głośnym „bum!” z łóżeczka. Jak cudownie wiedzieć, że ktoś w naszym domu otrzymuje wszystko, czym Boża Miłość chce go obdarować, że chwali Boga po prostu żyjąc, przebierając nóżkami, stukając i trzaskając.

Ale my, rodzice Jasia, również jesteśmy odpowiedzialni za chwałę, jaką przynosi i kiedykolwiek przyniesie Naszemu Panu. Bóg bowiem pozwolił nam sobie pomóc, a dokładniej, uczynił nas zdolnymi wydać Jasia na świat. Tak niedawno stworzył z nicości jego duszę; ale, jeśli można tak to ująć, jego ciało powstało z nicości niebezpośrednio – i to z naszą pomocą. Gdy „Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1), ukształtował potem ludzkie ciało, krew i kości. A forma, pierwowzór ciała Jasia powstała, gdy Bóg stworzył pierwszego człowieka, na swój obraz i podobieństwo. Św. Paweł mówi, że wszyscy jesteśmy „w Adamie” (1 Kor), Jaś więc również musi w nim być.

Musiał być „w” ojcu ludzkości, gdy pierwszy raz rozglądał się po rajskim ogrodzie, gdy wspólnie z Ewą otrzymali błogosławieństwo od Boga – „bądźcie płodni i rozmnażajcie się”, „czyńcie sobie ziemię poddaną”. Na pewno był „w” Adamie, w niezbadanej łączności z pierwszym człowiekiem, gdy ten upadł i stracił życie łaski dla siebie, swych dzieci, dla nas i naszych dzieci – w przeciwnym razie nie byłoby potrzeby, by chrzcić Jasia. Musiał być „w” Adamie, gdy Bóg przyrzekł Odkupiciela, nową Głowę ludzkości, przez którego natura ludzka powróci w pełni chwały do Boga.

Bóg przygotowywał stworzenie Jasia przez nieskończone dziesiątki pokoleń, od Adama do mego męża Artura i mnie. Musiał czuwać nad wszystkimi kombinacjami i permutacjami genów, chromosomów i im podobnych w całym biegu historii i prehistorii, aby w momencie, gdy nasz synek w końcu przyjdzie na świat, jego ciało było obdarzone właśnie takimi cechami i zdolnościami, jakie obrał dla niego sam Bóg, aby było najwłaściwszym mieszkaniem dla duszy, jaką Bóg zamierzał w tym ciałku umieścić, tworząc pełnego, niepowtarzalnego człowieka, Jana Jakuba.

Tysiące lat później, Bóg posłużył się nami, Arturem i mną, wszystkimi przypadkami, zbiegami okoliczności w naszym życiu i naszą wolną wolą, i stworzył w swej miłości Jasia. To, że w ogóle dane nam było się spotkać, choć urodziliśmy się tysiące mil i 14 lat od siebie, brzmi niewiarygodnie. To, że się pokochaliśmy i pobraliśmy właśnie ze sobą jest wynikiem niezliczonej liczby wydarzeń, uwarunkowań i wyborów. Ale ten mały rozrabiaka, jego starszy brat śpiący na górze, i ich siostrzyczka w niebie są dowodem, że tak naprawdę to żaden zbieg okoliczności, ale Opatrzność, zamysł Boga, który stworzył nas, byśmy się spotkali, byli ze sobą w imię Chrystusa i wydali na świat dzieci, dar Bożej miłości dla nas i naszej miłości dla Boga.

To bowiem nasza miłość dała Bogu możliwość powołania do życia każdej z tych trzech nowych istot. Bez naszej współpracy, Bogu nie udałoby się stworzyć trzech wyjątkowych, jedynych w swoim rodzaju osób, którym przypisał ich własne role w swym zamyśle ludzkości. Cóż za zaszczyt otrzymujemy od Boga, że tak bardzo swoje czyny uzależnia od naszych.

Gdyby jednak nie stworzył tych dzieci, z pewności ą nie bylibyśmy w stanie tego zrobić bez Niego. Można zakładać, że nie będzie się miało dzieci, nikt jednak nie może sobie zaplanować, że dzieci będzie miał i mieć pewność, że tak się stanie. Wystarczył moment, chwila, której nie byliśmy świadomi, w której Boża siła sprawcza natchnęła nasze działanie i w zaczątki ludzkiego ciała tchnęła duszę całkowicie nowego, wyjątkowego człowieka. Do tego czasu, moje ciało spokojnie zajmowało się własnymi potrzebami; moje narządy, gruczoły i systemy działały jedynie w celu podtrzymywania czynności życiowych. A tu, niespodziewanie, zjawiło się nowe życie, którym musiały się zaopiekować. Bez mojej wiedzy, tym bardziej kontroli, moje siły witalne oddelegowane zostały do pracy nad formowaniem, odżywianiem i powiększaniem małego Janka, na sposoby tak zawiłe i niewytłumaczalne, że nawet naukowcy nie wgłębiają się za bardzo w ich tajniki.

„Czyż nie stworzyłeś mnie w łonie matki? Wielbię Cię za mą niezwykłą naturę, za cud mego stworzenia. Ty znasz mą duszę, nie ma dla ciebie żadnych tajemnic mój ziemski byt, dla Ciebie, któryś w sekrecie obmyślił jego zarys w otchłaniach ziemskich”.

Z pewnością, wielką radością miesięcy ciąży, radością kryjącą się za całą niewygodą, dolegliwościami, huśtawkami nastrojów i znużeniem jest świadomość, że Bóg posługuje się w ten sposób tobą, że jesteś niczym krosno w Jego rękach, na którym tka materię ludzką, że dzieją się w tobie rzeczy za Jego przyczyną, że strzeże swego dzieła, by upewnić się, że wszystko będzie zgodnie z Jego wolą. Gdy spodziewasz się dziecka, stajesz się narzędziem w ręku Boga. Twoje ciało przez te dziewięć miesięcy jest tym, czym powinno się być bez reszty – narzędziem, przez które Bóg działa, by Jego plan wypełnił się. Jakże pięknie prawdę o przyjściu na świat nowego członka Kościoła wyraża modlitwa za oczekujące matki: „Przyjmij dar serca skruszonego i żarliwą modlitwę twej służebnicy, jak pokornie prosi cię o życie dla dziecka, które poczęło się z Twej woli. Strzeż jej narodzin, broń od wszelkich napaści i zła. Położniczą ręką Twego Miłosierdzia niech dziecię to ujrzy szczęśliwie światło dnia i odradzając się przez chrzest, niech zawsze podąża Twymi ścieżkami i otrzyma życie wieczne przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna”.

W tym tkwi cel i wspaniałość rodzicielstwa – aby dzieci nasze odradzały się w sakramencie chrztu, zawsze podążały Bożymi ścieżkami i w Nim osiągnęły życie wieczne. Bowiem nie pobieramy się wyłącznie, by wydać na świat nowe istoty. Bierzemy ślub w Chrystusie, by wydać istoty, które Bóg przyjmie do grona swych dzieci przez chrzest. Pobieramy się, by budować Mistyczne Ciało Chrystusa. Pobieramy się, byśmy my sami i nasze dzieci wypełniali wolę Bożą jako członkowie Ciała Chrystusa na ziemi i razem dzielili Jego wieczne szczęście w niebie.

Teraz więc dwa strumienie życia zbiegają się w naszym małym Jasiu – strumień życia naturalnego, pochodzący od Adama i strumień życia nadprzyrodzonego, pochodzący od Naszego Pana z Kalwarii. Chłopiec przyszedł na świat dwa razy: najpierw ze mnie w szpitalu, potem w chrzcielnicy w katedrze, „z nieskalanego łona naszej najświętszej Matki, Kościoła”. Cudem chrześcijańskiego rodzicielstwa jest to, że musieliśmy najpierw dać mu ludzkie życie by mógł otrzymać to nadprzyrodzone, Boskie życie od Boga i Kościoła. Nie mógłby narodzić się po raz drugi, gdyby nie narodził się po raz pierwszy. Żeby stał się dzieckiem Bożym, Bóg najpierw uczynił go naszym dzieckiem – a oto i on, mały chrześcijanin, wierzga nogami w powietrzu, bawi się samochodem przez szczebelki łóżeczka.

Jak zadziwiająco cud naszego odrodzenia odzwierciedla cud naszego stworzenia (i vice-versa, poza tym, czemu się dziwić, skoro Bóg stworzył świat na podobieństwo własnego świata, byśmy mieli sposobność choć trochę Go poznać). Bóg obdarzył Jasia życiem przez nas, którzy daliśmy mu ciało, jak i przez samego siebie, który ciało to natchnął duszą. Przez wodę i Ducha Świętego ofiarował mu życie nadprzyrodzone, przez misję Kościoła i bezpośrednie działanie łaski uświęcającej. Tak jak Bóg nie powołałby do życia Jasia, gdyby nie pokolenia od Adama aż do Artura i mnie, tak nie obdarzyłby naszego synka życiem nadprzyrodzonym bez niezliczonych umysłów ludzkich, ich woli i uczynków. „Udział w Boskiej naturze”, jakiego dostąpił nasz syn dany jest mu od Ducha Świętego, ale pochodzi od naszego Pana Jezusa Chrystusa, Boga-Człowieka, mocą Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. Pochodzi też od Kościoła, zrodzonego z boku Naszego Pana na krzyżu, nowej Ewy, Oblubienicy Kościoła, Matki wszystkich, którzy wybiorą życie w Chrystusie. Ile pokoleń biskupów żyło i pracowało, by przekazywać moc kapłańską otrzymaną dwa tysiące lat temu w Palestynie przez apostołów od Pana Naszego, by teraz nasz syn mógł odrodzić się na nowo przez wodę chrzcielną, otrzymując życie wieczne w wielkiej Rodzinie Pana Boga. Jakże dobry jest Bóg dla swych stworzeń, że pozwala nam nie tylko mieć udział w dziele stworzenia, ale też w odkupieniu i uświęceniu.

Z zadumy budzi mnie głośny płacz. Mały „terminus ad quem” (1) (jak nas uczono na filozofii) całego tego Bosko-ludzkiego zamieszania za daleko popchnął samochodzik i bezskutecznie próbuje go dosięgnąć. Co też robi mama? Z góry słychać żałosne zawodzenie większego dziecka Bożego: „Mamusiu, czy mogę już wstać?”, „Kto pracuje, modli się trzy razy”? A zatem, do modlitwy!

Mary Perkins

(1) „Terminus ad quem” – cel działania, w tym przypadku „przyczyna” zamieszania.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Perkins Macierzyństwo pełne Boga.