Rozdział piąty. Nowe życie

Imelda często odwiedzała inne domy zakonne w Bolonii i w pobliżu miasta. Jednym z nich był klasztor Świętej Marii Magdaleny położony na wzgórzu za miastem zwanym Val-di-Pietra. Była to starożytna budowla, wzniesiona kilka wieków wcześniej przez dzieci świętego Benedykta. Później przekazano ją mniszkom z zakonu Świętego Marka. Jednak od 1299 roku zamieszkiwały tam dominikanki klauzurowe.

Zakon ten często pojawiał się w myślach Imeldy. Dziewczynka gorąco pragnęła zbawiać dusze i wydawało się, że Duch Święty chciał, by wykonywała to zadanie jeszcze pełniej, poświęcając się życiu religijnemu. Cóż z tego, że miała zaledwie dziewięć lat? W czternastym wieku do zakonu wstępowały nawet dzieci w bardzo młodym wieku. Uczyły się tam, jak służyć Bogu.

– Mamusiu, chcę zostać zakonnicą – oznajmiła pewnego dnia dziewczynka. – Chcę mieszkać z siostrami w Val-di-Pietra.

Donna Castora przyjęła tę wiadomość z mieszanymi uczuciami. Nigdy nie zapomniała swojego snu po urodzeniu Imeldy, w którym otrzymała błogosławieństwo świętego Dominika. Wspomnienie to wciąż powracało i utwierdziło ją w przekonaniu, że Święty wyznaczył dla jej dziecka miejsce w swoim zakonie. Na początku była podekscytowana i wdzięczna, ale później jej matczyne serce buntowało się przeciwko rozłące z córeczką. Dziecko było jeszcze takie małe! Jak zdoła wytrzymać trudy życia w zakonie?

– Kochanie, poczekaj jeszcze trochę – namawiała ją. – Siostry są dużo starsze od ciebie. I silniejsze. Nie możesz pójść do nich i być ciężarem.

Imelda słuchała z szacunkiem, ale decyzję już podjęła. Bóg chciał, by znalazła się w Val-di-Pietra. Nie miała co do tego wątpliwości. Miała wsparcie wujka, dominikańskiego arcybiskupa, świątobliwej siostry swego ojca, przeoryszy Massimy, innego wujka, który był księdzem augustianinem. Wobec nich wszystkich, jak również swojego ojca, wyraziła żarliwe pragnienie wstąpienia do zakonu, aby w ten sposób móc zbawić wiele dusz ludzkich. Potem wyznała, że chciałaby pójść do klasztoru z jeszcze jednego powodu. Gdyby została zakonnicą, na pewno pozwolono by jej przyjmować Komunię Świętą.

Hrabia i jego żona przeprowadzili wiele długich i bolesnych rozmów zanim podjęli decyzję. Kochali Imeldę ponad wszystko, czy jednak mieli prawo zatrzymywać ją w domu, kiedy wiele wskazywało na to, że Bóg chce, by Mu służyła? W końcu hrabia ustąpił.

– Inni rodzice oddają swoje dzieci, Castoro. Czy mamy być mniej hojni?

Matka zalała się łzami. Tak długo modliła się o przyjście Imeldy na świat! Po ślubie czekali wiele lat, żeby Bóg zesłał im dziecko. Jak mogli pozwolić jej teraz na tak ciężkie życie zakonne?

– Imelda nie przywykła do ubóstwa – nalegała donna Castora. – Zawsze żyła w luksusie. Och, Egano! A jeśli umrze w Val-di-Pietra?

Hrabia próbował uspokoić swoją żonę. To prawda, życie dominikanki było ciężkie. Żelazna krata odgradzała ją od świata. Czasami brakowało jedzenia. Spędzała długie godziny na modlitwie i pracy. Nigdy nie dostawała nawet krótkich wakacji, żeby pobyć z przyjaciółmi i rodziną. Czy jednak Bóg nie jest pełen dobroci i miłosierdzia. Jeśli życzy sobie, by ich mała córeczka służyła Mu w klasztorze, da jej siłę, by wytrwała.

Ku wielkiej radości Imeldy, donna Castora przestała w końcu stawiać opór, a kilka tygodni później nadszedł ten wspaniały dzień, w którym zakonnice zgodziły się ją przyjąć. Gdy dziewięcioletnia dziewczynka spoglądała po raz ostatni na zamek, który był jej domem, jej serce przepełniał jakże naturalny w tych okolicznościach smutek. Jak dobrze, a zarazem jak trudno być powołanym do służby Bogu. Bardzo kochała swych rodziców i przyjaciół jakich miała wśród biedaków. Była jeszcze Beatrycze, dobra służąca, która opiekowała się nią od niemowlęctwa. Niełatwo było opuścić na zawsze tak drogie sercu osoby.

„To pierwsze wyrzeczenie w moim nowym życiu” – pomyślała. „Dobry Panie, czy dzięki niemu pomożesz jakiemuś biednemu grzesznikowi?”

W umówionym dniu i godzinie nowa kandydatka przybyła do Val-di-Pietra. Obejmując rodziców po raz ostatni dziecko z całych sił powstrzymywało łzy.

– Nigdy nie będę daleko od ciebie, mamusiu – wyszeptała. – Proszę, nie czuj się samotna.

W słowach swej małej córeczki donna Castora nie wyczuła smutku. Jej umysł pochłaniała jedna myśl. Nie czuła żalu, była wręcz szczęśliwa, że Imelda zostanie zakonnicą! Ten wielki dar spłynął na nią poprzedniej nocy, gdy święty Dominik udzielił jej błogosławieństwa w kolejnym śnie. Gdy tylko zobaczyła jego uśmiech, jej znękane serce zaznało ukojenia. Dzięki Świętemu zrozumiała, że jej mała dziewczynka dokona wielkich rzeczy dla dusz ludzkich.

– Żegnaj, kochanie – wyszeptała. – Jestem z ciebie taka dumna!

Hrabia był głęboko poruszony.

– Ja też jestem dumny – powiedział. – Niech Bóg błogosławi cię zawsze, dziecko!

Nie było czasu na długie przemowy. Gdy otworzyły się drzwi klasztoru, Imelda wzięła głęboki oddech i zdecydowanym krokiem przekroczyła próg. Nie zawahała się ani razu. Po chwili drzwi zamknęły się za nią i ubrana na biało postać podeszła do niej z wyciągniętymi ramionami.

– Witam, dziecko! Witam cię serdecznie!

Imelda odwzajemniła uścisk. Była to matka przeorysza, z którą często rozmawiała w rozmównicy klasztornej. W pobliżu zobaczyła inne znajome zakonnice, które ruszyły w procesji wzdłuż korytarza, zanim zdążyła się z nimi przywitać. Szły z zapalonymi świecami w rękach i radosnym hymnem na ustach.

– Idziemy teraz do kaplicy – szepnęła przeorysza biorąc dziewczynkę za rękę. – Tam otrzymasz habit. Cieszysz się, dziecko?

Niebieskie oczy Imeldy zapłonęły nagłą i nowo odkrytą radością.

– O tak, matko. Bardzo się cieszę!

Nie miało teraz znaczenia, że kilka minut wcześniej diabeł napełnił jej serce uczuciem samotności. Chociaż zrobił wszystko, by odwieść ją od świętego życia, oparła się pokusie. Zamierzała ofiarować siebie w służbie Bogu.

Wkrótce wszyscy zgromadzili się w kaplicy. Zakonnice uklękły wzdłuż dwóch ścian, naprzeciwko siebie, a przeorysza zajęła miejsce na krześle obok żelaznej kraty oddzielającej kaplicę od publicznego kościoła. Mała nowicjuszka zbliżyła się wolno do przeoryszy i uklękła u jej stóp.

– O co prosisz? – spytała łagodnie przełożona klasztoru. W głosie Imeldy była pewność.

– O łaskę Boga i twoją.

Po tych słowach jedna z zakonnic przyniosła białą wełnianą tunikę, szkaplerz i lniany welon dominikańskiej nowicjuszki, podczas gdy druga zaczęła obcinać złote loki dziecka. Panowała zupełna cisza. Imelda czuła, jak bije jej serce w radosnym podnieceniu, gdy ubierano ją w habit zakonnicy. Już niedługo zostanie prawdziwą zakonnicą. Już niedługo będzie siostrą Imeldą! Co za szczęście! To najwspanialsza rzecz jaka jej się dotąd przytrafiła!

Mijały dni i okazało się, że nowe życie nie jest usłane różami. Siostra Imelda przekonała się, że nowicjuszka musi wytrzymać wiele różnych prób, jeśli ma wytrwać jako zakonnica. Musi nauczyć się pokory i posłuszeństwa, i chętnie służyć innym.

Imelda starała się z całych sił być pokorną i posłuszną. Małe przewinienia, których czasem się dopuszczała, dotyczyły innych rzeczy. Pewnego dnia nie zamiotła starannie schodów. Innym razem stłukła naczynie. Kiedyś pomyliła się przy odmawianiu oficjum. Wszystkie te winny trzeba było publicznie wyznać, a potem z pokorą odbyć pokutę wyznaczoną przez mistrzynię nowicjuszek. Za takie przewinienia Imelda musiała uklęknąć przed wspólnotą w refektarzu lub w kaplicy i recytować zadane modlitwy. Niektóre ze starszych sióstr obserwowały wtedy jej zachowanie. Czy zniesie to z godnością? W końcu urodziła się w rodzinie arystokratycznej i nie przywykła do upokorzeń.

– Nie bójcie się o siostrę Imeldę – powiedziała przeorysza. – W całym swoim życiu nie spotkałam osoby z tak wielkim powołaniem.

Mistrzyni nowicjuszek była tego samego zdania.

– Nasza mała siostra doskonale zajmowałaby się biedakami – zasugerowała pewnego dnia. – Matko przeoryszo, czy dasz jej na to pozwolenie?

Przeorysza zawahała się. Klasztor Świętej Marii Magdaleny znajdował się poza miastem. U jego bram często zjawiali się nieokrzesani wędrowcy w łachmanach, o twarzach zniszczonych słońcem i wiatrem. Ich widok mógłby wystraszyć tak małą dziewczynkę. Może lepiej powierzyć to zadanie jednej ze starszych sióstr.

Gdy zapytano o to samą siostrę Imeldę dziewczynka potrząsnęła głową. Nie, nie bała się biedaków, nawet tych, którzy cierpieli na straszne choroby. Przecież od ciała opanowanego chorobą czy ubogo odzianego o wiele ważniejsza jest dusza, która w nim mieszka. Czy dusza podoba się Bogu? Tylko to się liczy.

– A gdyby pewnego dnia przybył do bram wielki grzesznik? – zapytała podchwytliwie przeorysza. – Sam diabeł byłby w nim, dziecko. Czy wtedy byś się bała?

Imelda uśmiechnęła się zaskoczona.

– Matko, jak mogę się bać, gdy jest we mnie Bóg? – zapytała nieśmiało. – Modliłabym się za tego grzesznika. Prosiłabym Boga, żeby wypędził z tego biednego człowieka diabła, żeby mógł odtąd żyć w pokoju.

Ta niezwykła mądrość rozwiała obawy przełożonej. Zgodziła się pozwolić młodej nowicjuszce, by opiekowała się biedakami, którzy przychodzą do klasztoru po jedzenie. Imelda zachwycona nowym obowiązkiem z entuzjazmem wykonywała wyznaczone zadanie. Kilka dni później jakiś znajomy głos wyrwał ją z rozmyślań nad własnym szczęściem. Gdy zdziwiona uniosła wzrok zobaczyła niewidomego wyplatacza koszy. Był w Val-di-Pietra, stał teraz za bramą!

– Piotrze! Czy to naprawdę ty? – wyszeptała.

Mężczyzna zaśmiał się.

– Tak, mała siostro. Wybrałem się dzisiaj na spacer za miasto. Jeden z przyjaciół pomógł mi wspiąć się na to wzgórze. Pomyślałem, że mam dobry powód, żeby tu przyjść. Imelda spojrzała z niepokojem przez małe zakratowane okienko, przez które wydawała jedzenie. Chociaż zwykle wymagano od niej, aby rozmawiając z osobami spoza zakonu zasłaniała głowę welonem, nie musiała przestrzegać tego zwyczaju przy biedakach. Przeorysza uważała, że niektórzy przybysze mogą czuć się trochę onieśmieleni na widok postaci zasłoniętej welonem. Z tego powodu Imelda mogła widzieć wszystkich, którzy przyszli do niej po pomoc, oni z kolei widzieli ją.

– Coś złego stało się w domu – powiedziała powoli. – To dlatego przyszedłeś tutaj. Och, Piotrze! Powiedz co to jest!

Niewidomy zauważył niepokój w głosie swej młodej przyjaciółki, zaczął więc ją uspakajać. Nie miał żadnych złych wieści. Wprost przeciwnie, przybył z Bolonii, aby złożyć mały dar.

– Dwadzieścia sztuk złota, siostro! – powiedział radośnie. – Zobacz! Dał mi je wczoraj pewien bogaty człowiek.

Imelda odetchnęła z ulgą. Widząc błyszczące monety łagodnie potrząsnęła głową.

– Piotrze, wiesz przecież, że możesz wydać te pieniądze na siebie.

– A matka przeorysza! Jej hojność, mała siostro, uszczęśliwiła niejednego biedaka! Jak tylko będziesz mogła daj jej te pieniądze. I nie zapomnij modlić się za mnie.

Imelda wzięła niechętnie monety, które Piotr podał jej przez okratowane okno. Co miała powiedzieć swemu dobremu przyjacielowi? Czasu było coraz mniej. Wkrótce dzwony wezwą wspólnotę na chór.

– Modlę się za ciebie, Piotrze – powiedziała łagodnie. – Każdego dnia. Wiesz o tym. Ale obawiam się, że nigdy nie będę mogła modlić się za ciebie i innych ludzi tak, jak naprawdę tego pragnę.

Niewidomy uśmiechnął się.

– Tak jak pragniesz? Co masz na myśli, mała siostro?

W niebieskich oczach Imeldy pojawił się nagle smutek.

– Mam na myśli to, że w swym sercu nie mam jeszcze Naszego Pana. Widzisz, siostry wciąż uważają, że jestem zbyt młoda, żeby zrozumieć Przenajświętszą Eucharystię. Och, Piotrze! Kiedy pozwolą mi przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej? Kiedy pozwolą mi modlić się za ludzi tak, jak naprawdę bym chciała?

Niewidomy milczał. Chociaż nie widział swej małej przyjaciółki, serce mu się krajało, gdy słyszał w jej głosie osamotnienie. Jeśli ktokolwiek kochał Naszego Pana, jeśli ktokolwiek pojmował tajemnicę Przenajświętszej Eucharystii, z pewnością była to ta dziewięcioletnia dziewczynka.

cdn.

Mary Fabyan Windeatt

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Fabyan Windeatt Patronka I Komunii Świętej.