Rozdział piąty. Moc ducha, cz. 2

Wierność łasce

„Nikt nie wie, co uczyniłby Bóg z duszy, gdyby ta dusza pozwoliła Mu działać” (o. Ravignan).

Nie stawiać nigdy dobrowolnie najmniejszego oporu żadnemu jasno rozpoznanemu natchnieniu Bożemu. (Za natchnienie zaś mogę uznać tylko to, co jest zgodne z obowiązkami mego stanu, z niezmiennymi zasadami doskonałości chrześcijańskiej i z zasadami mego duchowego kierownika.) Oto już nie tylko życie chrześcijańskie, ale doskonałość.

Wielu zbyt roztargnionych nie słyszy głosu Bożego. Z pomiędzy tych, którzy go słyszą, wielu zbyt tchórzliwych nie idzie za nim, a jeśli idzie to nie zawsze, z wahaniem i z daleka. Zapewne utrzymać się w wierności niezachwianej jest ponad ludzkie siły. Ale należy do tego dążyć. Bez gorączki. Nie zniechęcając się jakimś uchybieniem. A także bez przerwy. Dlaczego miałbym marzyć tylko o połowicznej świętości? Ach! Gdybym mógł nadążyć za Bogiem na ścieżkach doskonałości! Ale moje kroki są krokami karła. A jednak Bóg stosuje się do mnie. Czeka na mnie. Jest cierpliwy. I mimo tego nie mogę nadążyć. Nieruchomo trwam w jednym i tym samym punkcie… Gdybym zawsze szedł za wołaniem Bożym już byłbym święty!

Odtąd wierność bez słabości, o tyle, o ile na to pozwoli moja ułomność. Niech każda minuta mojego życia wyda z siebie maksimum plonu na wieczność.

Mierność

„Skoro człowiek wyjdzie choćby jednym krokiem poza granice mierności, tym samym już jest zbawiony” (Ernest Psichari). Ile otuchy dodają mi te słowa. Już od dawna ugrzęzłem w beznadziejnej mierności, oplątały mnie wszystkie jej znamiona: niechęć do wielkości życia, mniejsza surowość względem wątpliwych okazji, tchórzliwe lenistwo przy wstawaniu, nieostrożność w spojrzeniach i czytaniu, niedbałość w modlitwie, oschłość przy Komunii. To jeszcze nie upadek, ale już śliska pochyłość nad przepaścią.

A ponadto złączona z tym wszystkim pokusa, pokusa groźniejsza niż wszystkie inne razem wzięte, podstępna a natrętna: „Zawsze będziesz tylko miernością. Czego chcesz? Być świętym? Daj spokój!”.

I nie mogę otrząsnąć się z tego ciężaru, jak drzewo zbyt przysypane śniegiem, którego zamarłe i stężałe gałęzie nie mają już w sobie sprężystości.

Ale oto słowa orzeźwiające padają w moją duszę. Śnieg topnieje, gałęzie się prostują i drżą w podmuchu ożywczego wiatru: skoro człowiek wyjdzie choćby jednym krokiem poza granice mierności już tym samym jest zbawiony…

Chcę postawić ten krok. Już go postawiłem. Odwagi… Czuję w sobie nowe siły. Szczyty znów mnie pociągają! Pójdę na nie drogą wewnętrznego udoskonalania się. A więc naprzód…

Zabawa

Dziś hasłem dnia jest przyjemność i zabawa. Cały rok, całe życie zdaje się być jednym wielkim karnawałem. W cieniu pozostają poważne zajęcia i zainteresowania. Zabawa jest niejako prawem, celem i obowiązkiem. W krzykliwym pochodzie idzie młodzież za karnawałowymi maskami. One są celem, zainteresowaniem i ambicją młodych. Ta gorączka zabawy ogarnia i najlepszych, zaćmiewa ich umysł, wyniszcza zdolności.

Na każdym kroku powtarza się historia syna marnotrawnego.

Zastanów się młodzieńcze! Czy nie jesteś przeznaczony do większych rzeczy? Czy nie powinny ci przyświecać inne, wyższe ambicje? Twoje życie może się łączyć z wielkim „Hosanna” Serafinów, twoja głowa może spoczywać, jak głowa św. Jana, na sercu Zbawiciela. Czy nie szkoda, aby twój głos łączył się jedynie z hałaśliwym dźwiękiem muzyki, aby myśl tonęła w ogłuszającym i ogłupiającym wirze bezmyślnej zabawy?

Co da ci to oszołomienie? W tej służbie stargasz i zniszczysz wszystkie najlepsze siły młodości. Zabawa, godziwa rozrywka jest w swym założeniu należnym po pracy wypoczynkiem i wytchnieniem. Dziś porządek się odwrócił: zabawa jest pracą i wyłącznym zajęciem. Czuje się skrzywdzony i upośledzony ten, który jej nie może poświęcić całego czasu. Czy takie poddanie się temu prądowi licuje z powagą życia chrześcijańskiego, z powagą istoty nieśmiertelnej i myślącej? Czy odpowiada mojemu przeznaczeniu i moim zadaniom na ziemi? Czy może mi przynieść coś innego niż wyjałowienie umysłu i serca?

Zastanowię się nad miejscem, jakie zabawa zajmuje w moim życiu, nad ilością czasu, jaką jej poświęcam. Jeśli ten stosunek będzie niezgodny z powagą i zadaniem mojego życia – zmienię go natychmiast.

Ofiara

W każdej ofierze jest radość – surowa radość, ale rzeczywista; zadowolenie ze spełnionego obowiązku – radość miłości okazanej i w czyn wprowadzonej. Jest to nagroda, którą Bóg przeznaczył za cenę dokonanego wysiłku.

Każda przyjemność tu na ziemi pozostawia po sobie próżnię, pozostawia smak popiołu: Człowiek jest zbyt wielki, aby mu wystarczyło to, co jest stworzone; zawsze łaknie nieskończoności. Dusza ludzka wiecznie pragnie i łaknie, świat zasypuje ją swoimi próżnymi darami, swym bogactwem nicości. Te dary nicości gromadzą się, narastają i nie nasycają nigdy jej pragnienia i głodu.

Czasem zadowala wyrzeczenie i ubóstwo. Posiadanie nie zadowala nigdy. Tak chciał Bóg. Gdyby tu, na tym padole, ziemia była nam niebem, nie spoglądalibyśmy już nigdy ku niebu, tam w górze.

Jeszcze, więcej, dłużej – oto słowa, które najlepiej malują małość i wielkość człowieka. Być stworzonym i być spragnionym – oto pojęcia równoznaczne. Być stworzonym i być nienasyconym, oto wieczna męka człowieka, ale i jego niezrównana chwała. Człowiek jest tyle wart, ile warte są jego pragnienia.

W Chantilly, w kopule przedsionka unosi się udrapowany w bladozielone szaty anioł. Przy nim jaśnieje napis: Spes – nadzieja.

Życie, nad którym nie unosi się podobny napis jest życiem martwym.

Duch ofensywy

„Młodzież jest zawsze po tej stronie, która ma ofensywę” – powiedział jeden z uczestników wielkiej wojny. Czy zawsze? Tak, z wyjątkiem tych, którzy się „dekują”. Ten, który się kryje, jest tchórzem.

Czy jestem dzielny i odważny? Ktoś mówił: „Stracony pieniądz nie jest żadną stratą, stracony honor jest dużą stratą, stracona odwaga jest stratą wszystkiego, stratą niepowetowaną”.

Zapytam się więc sam siebie nie tylko czy jestem odważny, ale czy mam ducha ofensywy?

Oprzeć się, gdy zewnętrzny nieprzyjaciel napada na mój katolicyzm, gdy pokusa zagraża mojej wierze lub mojej czystości – to jest wiele; dla tych, od których więcej żądać nie można, to nawet wszystko.

Ale trudniej, a w każdym razie skuteczniej, jest atakować nieprzyjaciela w jego własnym obozie, pójść w jego okopy, nie zostawić mu chwili wytchnienia. Wszystkie owocne programy są programami aktywnymi. Nie ulec jest cnotą negatywną. Rzucić się na nieprzyjaciela, ścigać go, dręczyć, napastować, zmusić do dania gardła – oto program pozytywny, program dla dusz odważnych, dla wojsk wytrawnych.

Duch ofensywy, czyli inaczej mówiąc duch ofiary.

Oto tu poznam siebie. Dam dowód wspaniałomyślności, jeśli zwyciężę siebie i stanę po stronie atakującej.

Zdobyć samego siebie

Ernest Psichari, ten wielki żołnierz, ten wnuk Renana, który nawrócony przez swoje pustynne rozmyślania stał się wielkim chrześcijaninem, uległ raz jeden nieczystej pokusie.

Jaki był jego wstyd, gdy się opamiętał! Jak mizerna i mała wydaje się nieczysta przyjemność później… gdy się jej już skosztowało. Ale Psichari nie zadawala się tylko żalem. Żal odnosi się do przeszłości, a chodzi głównie o przyszłość. Pokusa może znowu powrócić – ta sama lub inna. Chodzi o to, by wobec niej być silnym. Stąd wypływa energiczne postanowienie żołnierskie: „Zdobędę się przemocą”.

Podoba mi się to wyrażenie i przyswoję go sobie. Zdobyć się – wolę to słowo od słowa: zwyciężę się. Zdobyć siebie! W tym słowie jest jakiś dźwięk optymizmu, nuta triumfalnej radości. Potrzebuję tej nuty, aby się rzucić w wir walki…

Przemocą. Znam siebie. Będę się musiał ująć w żelazne karby. Psichari mawiał jeszcze: „Garść ryżu i szklanka słonej wody jako dzienne pożywienie – oto co nam najbardziej pomaga do postępu w życiu duchowym. Nic tak nie przygotowuje duszy do przyjęcia Boga, jak usunięcie od niej wszelkiej przyjemności zmysłowej”.

Dbać o pewną twardość życia. Wprowadzić pewną surowość w spanie, jedzenie, komfort… Określić jasno umartwienia, które mam zamiar robić odtąd, aby zdobyć siebie.

Ks. Raoul Plus SI

Powyższy tekst jest fragmentem książki ks. Raoula Plus SI Młodzieńcom ku rozwadze.