Rozdział ósmy. Święty Kentigern i rudzik

Dawno, dawno temu św. Serwan prowadził szkołę w mieście Glasgow w Szkocji. Uczyło się w niej wielu chłopców, małych i dużych. Wśród nich był jeden, który przewyższał pozostałych we wszystkich umiejętnościach, które powinien opanować dobry uczeń. Kentigern był najmniejszy w szkole, ale mimo to uczył się najlepiej ze wszystkich. To on umiał rozwiązać najbardziej nawet zawikłany problem czy przeczytać najtrudniejszy tekst po łacinie, z którego nikt inny niczego nie rozumiał. To on najszybciej uczył się nowych lekcji i recytował je najlepiej. To on śpiewał najgłośniej i nigdy nie fałszował. A św. Serwan kochał go najbardziej ze wszystkich swoich uczniów.

Z tych właśnie powodów, a także z kilku innych, pozostali chłopcy zazdrościli Kentigernowi i robili wszystko co mogli, aby wpadł w tarapaty i był nie szczęśliwy. Próbowali wyprowadzić go z równowagi, rozmawiając i śmiejąc się, kiedy odpowiadał na lekcji. Ale to nie skutkowało – Kentigern miał zawsze gotową odpowiedź, tak więc musieli zaprzestać tych prób. Dokuczali mu i wyzywali go, aby stracił panowanie nad sobą i został ukarany. Jednak Kentigern miał zbyt łagodne usposobienie, aby się na nich gniewać, więc zrezygnowali także i z tego. Próbowali nakłonić go do jakiejś psoty, która rozzłościłaby św. Serwana. Ale Kentigern za bardzo kochał swojego nauczyciela, aby zrobić coś, co sprawiłoby mu przykrość. Także i ten pomysł chłopcy musieli zarzucić.

Był tylko jeden sposób na to, aby Kentigern popadł w niełaskę. Musieli obmyślić pułapkę, a potem sprawić, że chłopiec w nią wpadnie. Tygodniami łamali sobie głowy, próbując wymyślić, co powinni zrobić, aż w końcu uknuli plan, który związany był z ogniem. W owych czasach, w roku sześćsetnym, nie było zapałek i nie wynaleziono ich jeszcze przez wiele następnych stuleci. Ogień zapalano, pocierając dwa suche patyki, dopóki nie zrobiły się gorące, a na stos drewna do spalenia nie spadła iskra. Było to bardzo trudne i męczące, zwłaszcza zimą, kiedy trudno było znaleźć suche patyki. Z tego powodu pilnowano pieczołowicie ognia, który płonął w dzień i w nocy w wielkim kominku szkoły św. Serwana, i byłoby wielkim uchybieniem pozwolić mu zgasnąć. No bo jak ugotować śniadanie, ogrzać pokoje i zapalić świece na poranną Mszę świętą w kaplicy bez ognia w palenisku?

Chłopcy po kolei pełnili wartę przy ogniu, zmieniając się co tydzień. Ten, którego kolej nadeszła, musiał wstać o północy i dołożyć wystarczająco dużo drewna, aby ogień płonął w kominku do rana. Och, jakże rozgniewałby się św. Serwan na chłopca, który byłby tak nieuważny, że pozwoliłby, aby ogień zgasł w ciągu nocy.

Kiedy nadszedł tydzień, w którym przypadała jego kolej, Kentigern doglądał pilnie ognia przez kilka dni. Ale inni chłopcy tylko czekali na okazję, by spłatać mu brzydkiego figla. Czwartej nocy, gdy zegar kapliczny wybił dwunastą, Kentigern wstał i zszedł do kuchni, aby rzucić żarłocznym płomieniom kolejną porcję drewna. Jednak gdy tylko wszedł do wielkiej, pustej sali, zorientował się, że coś jest nie tak. Br-r-r! Powietrze było wilgotne i zimne, a nad paleniskiem nie było czerwonawej poświaty. Kentigern zatrząsł się i podbiegł do kominka, zaglądając w jego czarną czeluść. Była tam tylko kupka białawego popiołu i na wpół spalonego drewna!

Serce Kentigerna zamarło, wiedział, że zostanie posądzony o niedbałość, choć podejrzewał, że ktoś specjalnie zalał ogień wodą. Sądził, że zrobili to inni chłopcy, aby wpędzić go w kłopoty. Nie wiedział, co począć. Ale nagle wstąpiła w niego nadzieja. Wziął z kąta polano i położył je na kupce popiołów. Schyliwszy się, zaczął delikatnie dmuchać na stos. Och, i zdarzyło się coś cudownego! Stało się tak, jakby zapalił tuzin zapałek i przyłożył je do sterty papierów. Ledwo co popiół zawirował pod wpływem jego oddechu i zadrżał mech na wielkim polanie, a już w kominku zatańczyły płomienie i drewno zaczęło palić się z trzaskiem. Kentigern śmiał się cicho, gdy wracał do łóżka, ale nie powiedział nic chłopcom, którzy próbowali mu wyrządzić tę brzydką psotę.

Kiedy chłopcy obudzili się rano, zaczęli chichotać i trącać się nawzajem, spodziewając się, że lada moment św. Serwan przyjdzie z gniewną miną, szukając nieuważnego Kentigerna. Każdy z chłopców gotów był twierdzić, że kiedy szli spać, ogień palił się w kominku wielkim płomieniem i że Kentigern zapomniał zejść o północy na dół, aby dorzucić drew. Jednak nie dane im było opowiadać tych kłamstw. Kiedy jak zwykle zadzwoniono na śniadanie i wszyscy zeszli na dół, zobaczyli piękny ogień na palenisku i Kentigerna niosącego knot do zapalenia świec na świeczniku w kaplicy. Jak to się stało, dowiedzieli się dopiero dużo, dużo później, kiedy Kentigern uczynił już wiele innych cudów i kiedy stał się sławny jako człowiek święty, mądrzejszy nawet od swego nauczyciela Serwana.

Chłopcy coraz bardziej nienawidzili Kentigerna, gdy widzieli, że św. Serwan z każdym dniem kocha go coraz bardziej. Znów zaczęli obmyślać, jak sprawić, aby Kentigern popadł w niełaskę. Tym razem zaplanowali jednak coś znacznie okrutniejszego – gdyby ich plany się powiodły, nie tylko Kentigern zostałby ukarany, a św. Serwanowi byłoby bardzo przykro, ale kosztowałoby to życie niewinnego, małego stworzenia, które nigdy nie uczyniło żadnemu z nich najmniejszej krzywdy.

Św. Serwan był starym człowiekiem o dobrym sercu i miał rudzika, do którego był bardzo przywiązany – czarnookiego ptaka, który jadł mu z ręki. A kiedy Serwan śpiewał psalmy, mały chórzysta przysiadał na jego ramieniu i machał skrzydłami, świergocąc, jakby chciał swoim śpiewem dołączyć się do pieśni pochwalnych.

Pewnego ranka, kiedy nikt nie widział, chłopcy zabili małego rudzika, ukręciwszy mu głowę. A potem największy z nich wziął go w dłoń i pobiegł do św. Serwana, a za nim razem reszta chłopców, którzy udawali wielki żal.

– Och, ojcze! – zawołał największy z chłopców. – Zobacz, co zrobił nikczemny Kentigern! Zabił twojego rudzika!

I wszyscy zaczęli krzyczeć, że to wszystko sprawka Kentigerna, a niektórzy twierdzili nawet, że widzieli, jak dokonywał tego niecnego czynu, co było okropne z ich strony i musiały ich przy tym piec języki.

Św. Serwan oczywiście bardzo się zasmucił i rozgniewał. Z czułością wziął wiotkie ciałko ptaka w swoje dłonie i poszedł szukać Kentigerna, a inni chłopcy podążali tuż za nim, aby zobaczyć, jak będzie krzyczał na Kentigerna. W końcu znaleźli go przy oknie, pochylonego nad książką. Św. Serwan podszedł do niego i położył swoją ciężką dłoń na jego ramieniu.

– Spójrz, chłopcze! – wykrzyknął smutnym głosem. – Spójrz na tego okrutnie pozbawionego życia ptaszka i powiedz, jak należy ukarać zabójcę? Kochałem ciebie, ale czyż nie kochałem także rudzika, niewdzięczny chłopcze?

Zaskoczony Kentigern pobladł ze smutku i łzy napłynęły mu do oczu.

– Och, drogi, mały ptaszek! – powiedział. – Ja także go kochałem. Kto go zabił?

– Ty to zrobiłeś, widzieliśmy cię! – zawołali chórem chłopcy.

Kentigern odwrócił się i popatrzył na nich ze zdumieniem. Nie powiedział ani słowa, ale poczerwieniał, a jego oczy zabłysły. Tego nie mógł znieść nawet ktoś tak cierpliwy jak on.

– Co masz na swoją obronę? – zapytał św. Serwan. Kentigern spojrzał na niego ze smutkiem.

– Och, ojcze! – powiedział. – Jak możesz wierzyć, że mógłbym zrobić coś tak okrutnego, skrzywdzić ptaka i zasmucić cię? Nie ja go zabiłem, ojcze.

– Czy możesz to udowodnić? – zapytał św. Serwan, który pomyślał, że chłopiec kłamie, aby ukryć swoją winę.

– Podaj mi rudzika, ojcze – powiedział Kentigern. – Udowodnię, że to nie ja tchórzliwie posłużyłem się tak małym stworzeniem, jak ten ptaszek.

I trzymając wiotkie ciało ptaka w jednej ręce, a jego pierzastą główkę w drugiej, stanął przed nimi wszystkimi i patrząc w niebo, zaczął się modlić.

– Ojcze w niebiesiech – powiedział – pokaż mojemu drogiemu nauczycielowi, że to nie ja uczyniłem coś tak okrutnego. Jeśli jestem niewinny, udziel mi mocy, abym cofnął zło i przywrócił do życia tego małego śpiewaka, który tak lubił wyśpiewywać swoim słodkim głosem pieśni pochwalne na Twoją cześć.

Następnie Kentigern delikatnie położył głowę rudzika w miejscu, w którym powinna się znajdować, a gdy na szyję ptaszka kapnęły jego łzy, zaczęła ona przyrastać z powrotem do ciała. Pióra zaszeleściły, wiotkie skrzydła zatrzepotały słabo, czarne oczy otworzyły się, a z dzioba dobiegło ciche ćwierknięcie. Wtedy rudzik wyskoczył z rąk Kentigerna prosto pod stopy św. Serwana, potem podfrunął i usiadł na ramieniu swojego pana. Siedział tam i ćwierkał tak radośnie, że jego śpiew wypełnił całą wielką salę. Ale wszyscy chłopcy pobledli i zatkali sobie uszy palcami, tak jakby rozumieli, o czym śpiewa rudzik, i jakby jego pieśń opowiadała o ich zazdrości, okrucieństwie i fałszu.

Św. Serwan przekonał się, że Kentigern był niewinny i domyślił się co się naprawdę stało. Prawdziwi winowajcy zostali surowo ukarani. A Serwan pokochał Kentigerna jeszcze bardziej niż przedtem i pomagał mu na wszelkie sposoby, aż w końcu ten został sławnym świętym. Rudzik też został jego oddanym przyjacielem – ptak nigdy nie zapomniał tego, że Kentigern uratował mu życie, i zawsze śpiewał chłopcu najpiękniejsze ptasie pieśni.

Jak pewnie się domyślacie, po tym zdarzeniu chłopcy zaprzestali prób zaszkodzenia Kentigernowi. Dostali nauczkę i od tej pory byli milsi i mieli więcej szacunku dla chłopca, nad którym pieczę najwyraźniej sprawowała jakaś wyższa siła.

Abbie Farwell Brown

Powyższy tekst jest fragmentem książki Abbie Farwell Brown Święci przyjaciele zwierząt. Fascynujące opowieści o świętych.