Rozdział ósmy. Niewidzialny patriarcha

To był mroczny czas, wydawało się, że moce zła zostały rozpuszczone wolno po świecie. Arianie, mając cesarza po swojej stronie, mogli robić wszystko. Prawie wszyscy biskupi, którzy poparli Credo nicejskie, byli na wygnaniu lub w więzieniu.

Św. Antoni, mający ponad sto lat, znajdował się na łożu śmierci. Jego mnisi, tłoczący się wokół umierającego Świętego, zawodzili nad złymi dniami, jakie spadły na Kościół.

– Nie lękajcie się – odpowiedział starzec – ponieważ ta ziemska władza nie może trwać. A co do cierpień Kościoła, to czyż nie było tak od początku i czy nie będzie tak do końca? Czy sam Mistrz nie powiedział: „Prześladowali mnie i będą prześladować także was”? Czy „niebezpieczeństwo fałszywych braci” nie zaczęło się już za życia tych, którzy byli towarzyszami Chrystusa? I czy to nie sam Pan obiecał, że choć Kościół musi żyć w centrum prześladowań, On będzie ze swoim Kościołem na zawsze i że piekło nie zwycięży Kościoła?

Z tymi słowami nadziei i pocieszenia na ustach, św. Antoni odszedł po swoją nagrodę, pochowali go w samotnym grobie na pustyni. Jego płaszcz z owczej skóry, podarowany mu dawno temu przez Atanazego, wysłał ze swoim błogosławieństwem do patriarchy, który hołubił go jako najcenniejszy podarek.

Aleksandryjczycy nie poddali się bez walki. Otwarcie protestowali przeciwko przemocy Syrianusa, ogłaszając w całym mieście, że Atanazy jest ich prawdziwym patriarchą i że nigdy nie uznają innego. Wszystko na nic, rozpoczęły się rządy terroru, każdy kto odmówił uznania ariańskiego credo był traktowany jak przestępca. Kobiety i mężczyźni byli chwytani i biczowani, niektórzy byli zabijani. Atanazy został ogłoszony „zbiegiem, złoczyńcą, oszustem i szarlatanem zasługującym na śmierć”. Przyszły listy od cesarza nakazujące oddanie wszystkich kościołów w mieście arianom i nakazujące ludziom przyjęcie bez sprzeciwów nowego patriarchy, którego cesarz wkrótce im przyśle.

Mijał czas, a sprawy układały się coraz gorzej. Napadano na kościoły, ołtarze, szaty i książki były palone, kadzidła wrzucano w płomienie. W sanktuarium złożono ofiarę z wołu, księża, mnisi i zakonnice byli chwytani i torturowani, włamywano się do domów wiernych i rabowano. Biskupi byli na wygnaniu a ich biskupstwa zajmowali arianie, wybierano tych, którzy gotowi byli dać najwięcej pieniędzy. Niektórzy z nich byli poganami, lud był gotów znieść każde cierpienie byle tylko nie być z nimi we wspólnocie.

Kiedy cesarz Konstancjusz stwierdził, że wystarczająco złamano opór Aleksandryjczyków, skierował do nich pojednawczy list.

„Teraz, kiedy pozbyliśmy się oszusta – pisał – wyślę wam patriarchę ponad wszelkie pochwały. W czcigodnym Jerzym z Kapadocji znajdziecie najmądrzejszego z nauczycieli, człowieka odpowiedniego pod każdym względem by was prowadzić do Królestwa Niebieskiego i by unosić wasze serca od spraw doczesnych ku niebieskim”.

„Czcigodny” Jerzy nie był im nieznany – przynajmniej jego reputacja. Karierę rozpoczął jako dostawca wieprzowiny dla rzymskiej armii. Było to stanowisko, na którym mądry człowiek mógł zbić małą fortunę. Jednak Jerzy nie był mądrym człowiekiem, i zbyt mu się spieszyło by się wzbogacić. Tak zuchwała nieuczciwość nie mogła przejść niezauważona i tylko błyskawiczna ucieczka ocaliła Jerzego przed więzieniem. Mówiono, że został wyświęcony przez arian zanim stał się chrześcijaninem. W tym przypadku nie był księdzem, ale użytecznym narzędziem w ich rękach, gdyż był zdolny do wszystkiego.

Ignorant i analfabeta, nie studiował ani teologii ani Pisma Świętego, ponadto był złym człowiekiem, okrutnym, chciwym i bez serca. Jego celem, jako patriarchy i rzeźnika było zdobywanie pieniędzy – tak dużo i tak szybko jak to tylko możliwe. To był ten „mądry nauczyciel, który miał unieść ich serca od spraw doczesnych ku niebieskim”. Wierni, kierowani trafnymi przeczuciami przygotowali się na najgorsze.

Nie musieli długo czekać. Nawet Grzegorz wydawał się ludzki w porównaniu z Jerzym z Kapadocji. Palono klasztory, biskupi, księża, dziewice, wdowy – wszyscy w zasadzie, którzy byli wierni Kościołowi, byli poniżani, torturowani lub zabijani. Wielu umarło w następstwie traktowania, z jakim się spotkali, inni byli zmuszani do uległości. Oddziały cesarza, z arianinem na czele, były na rozkazy Jerzego.

Nowy patriarcha, nie przejmując się cierpieniem swych ofiar, zajęty był wzbogacaniem się. Stopniowo przejął kontrolę nad całym handlem w mieście, mianował się także głównym przedsiębiorcą pogrzebowym. Wprowadził prawo, według którego ci, którzy odważyli się pochować zmarłych w trumnie nie dostarczonej przez niego byli surowo karani. Łatwo było przewidzieć, że jego trumny będą kosztowały małą fortunę. Po dwóch latach cierpliwość Aleksandryjczyków, zarówno pogan jak i chrześcijan, wyczerpała się. Wybuchło powszechne powstanie, patriarcha nie mając duszy bohatera zbiegł ratując życie. Przez kolejne trzy lata krążył po Wschodzie, przykładając rękę do każdej intrygi arian.

Gdzie w tym czasie był Atanazy? Nikt nie wiedział – a przynajmniej tak się wydawało. Rozpłynął się w mroku nocy. Był niewidzialny, ale jego głosu nie można było uciszyć, a był to głos, który poruszał świat. Pisał traktat za traktatem w obronie prawdziwej wiary, list za listem – do biskupów Egiptu, do przyjaciół i wiernych – dostarczano je niemal w każde miejsce poprzez zaufanych posłańców. Arianie mieli cesarza po swojej stronie, ale pióro Atanazego było silniejsze niż armie Konstancjusza.

„Bóg was pocieszy” – pisał do swojego ludu w Aleksandrii, gdy usłyszał, że kościoły znalazły się w rękach arian. „Jeśli oni mają świątynie, wy macie wiarę Apostołów. Jeśli są w tych miejscach, są daleko od wiary, ale wy, jeśli nawet jesteście daleko od kościołów, macie wiarę w swoich sercach. Co jest ważniejsze, miejsce czy wiara? Miejsce jest dobre tylko, gdy naucza się w nim wiary Apostołów, jest święte tylko, gdy jest domem świętości”.

Plotka głosiła, ze Atanazy ukrywa się w Tebaidzie pośród mnichów. Arianie przeszukali pustynię metr po metrze szukając go, jednak na próżno. Sami mnisi mogli rzucić trochę światła na tę sprawę, ale byli oni cichymi ludźmi oddanymi modlitwie i pracy, wydawali się nie rozumieć pytań, nawet gdy przykładano im nóż do gardła.

Cisi, ale wierni, ich wartownicy byli wszędzie obserwując postępy wroga. Atanazy zawsze dostawał ostrzeżenie w porę i był prowadzony przez zaufanych przewodników w następne bezpieczne miejsce. Czasem o włos mijał się z prześladowcami, ale przez sześć lat umykał wrogom. Nie było mnicha, który z radością nie położyłby głowy, by tylko ocalić jego życie. Żył między nimi, jak jeden z nich, i nauczył ich więcej o religijnym życiu niż oni mogli nauczyć. Umartwiony jak najświętszy spośród nich, zawsze pogodny i zapominający o swoim położeniu, o wszystkich nieszczęściach i zagrożeniach, zmuszony czasem by ukrywać się miesiącami w górskich jaskiniach, gdzie jego jedynym pożywieniem było to, co zdołali mu przynieść wierni, jego jedyną myślą był Kościół. Arianie uczynili Konstancjusza swoim duchowym przywódcą. Nadali mu tytuł „Wiecznego”, którego odmówili Synowi Bożemu. Ich biskupi i nauczyciele byli wszędzie, ale Atanazy, tak jak Antoni, mocno polegał na obietnicy Chrystusa.

Byłoby szaleństwem otwarcie powrócić do Aleksandrii, dopóki Konstancjusz żył, ale kilka razy podczas tych przerażających lat Atanazy potajemnie odwiedzał miasto, ryzykując życiem. W ukryciu, z nagrodą wyznaczoną za jego głowę, był dla arian tak samo niebezpiecznym wrogiem, jakim byłby przebywając w Aleksandrii. Jego duch był wśród ludzi, dodając im odwagi by wytrwali, niosąc radość w chwilach przygnębienia, dając otuchę i pocieszenie w cierpieniu. Choć nieobecny nadal był och ojcem i biskupem. Jego głos docierał nawet do odległej Galii, gdzie podnosił na duchu św. Hilarego z Poitiers i innych, którzy walczyli przeciwko herezji.

Arianie zachowywali się na swój zwykły sposób – „zawsze śliscy, zawsze knujący”, jak stwierdził jeden z tych, którzy ich znali (1). Na jednym z synodów, oskarżeni o zaprzeczanie boskości Chrystusa powiedzieli: „Niech każdy, kto mówi, że Jezus Chrystus jest stworzeniem jak każde inne, będzie wyklęty”. Na następnym, który nastąpił niedługo potem – ponieważ arianie i Konstancjusz organizowali synody, co kilka miesięcy by utrzymywać swoje wpływy – otwarcie stwierdzili, że Jezus Chrystus nie był Bogiem, lecz stworzeniem. Ktoś z obecnych, kto był na wcześniejszym synodzie, przypomniał im, o stwierdzeniu, które wygłosili przy tamtej okazji. „Nigdy nie mieliśmy na myśli, że Jezus Chrystus nie jest stworzeniem – odcięli się – tylko, że jest innym rodzajem stworzenia niż wszystkie inne!”

W międzyczasie, gdy sprawy w Aleksandrii nieco ucichły, Jerzy z Kapadocji postanowił wrócić i sprawdzić, czy nie mógłby zarobić jeszcze trochę pieniędzy. Powitała go złowieszcza cisza, był znienawidzony przez pogan niemal tak samo jak przez chrześcijan. Kilka dni później, do miasta dotarła wieść, że Konstancjusz nie żyje i jego bratanek Julian został jego następcą.

Nadeszła chwila rozrachunku. Jerzy został schwytany przez pogan i dosłownie rozszarpany na strzępy, jego ciało spalono, a popioły rozrzucono na wietrze. Tak skończył „dostojnik ponad wszelkie pochwały” wychwalany przez Konstancjusza, było mało prawdopodobne by nowy cesarz kłopotał się pomszczeniem jego śmierci.

Julian znany jako Apostata, był uczniem Euzebiusza z Nikomedii i wzorem młodzieńczej pobożności, ale chrześcijaństwo, którego Euzebiusz był żywym przykładem, nie zakorzeniło się w nim zbyt głęboko. Później pojechał do Aten, gdzie św. Bazyli i św. Grzegorz byli jego towarzyszami nauki.

– Cóż za żmiję Imperium Rzymskie hoduje na własnej piersi! – wykrzyknął Grzegorz. – Niech Bóg da bym był fałszywym prorokiem.

Gdy tylko Julian został koronowany na cesarza odrzucił maskę i otwarcie zadeklarował, że jest poganinem. Odbudowywano świątynie bogów, składano ofiary, na każdego chrześcijanina, który odstąpiłby od wiary czekało bogactwo i zaszczyty.

Opublikowano edykt pozwalający ludziom na praktykowanie dowolnej religii i wezwano z powrotem wszystkich wygnanych za panowania Konstancjusza. Wydawało się to wielkodusznym postanowieniem, Julian nie wierzył w prześladowania, w przeszłości ich skutkiem było tylko umocnienie chrześcijan w ich wierze. Jego metody były inne. Gwarantowano przywileje poganom, którzy wyparli się Kościoła, galilejczycy, jak Julian nazywał chrześcijan, byli wyśmiewani, a pogaństwo wychwalane jako jedyna religia godna wykształconego człowieka.

Efekty były mniejsze niż spodziewał się cesarz; skarżył się gorzko, że tak niewielu odpowiedziało na czynione przez niego wysiłki, by ich oświecić. Kościół wiedział przynajmniej czego się spodziewać, otwarty wróg jest mniej niebezpieczny niż fałszywy przyjaciel.

cdn.

Frances Alice Forbes

(1) Arianie, widząc, że ich doktryny były nie do przyjęcia dla katolickich sumień, przyjęli teraz stanowisko znane jako „semiarianizm”. Syn był jak Ojciec, deklarowali, chociaż nie był z Nim współistotny.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Frances Alice Forbes Św. Atanazy. Strażnik wiary.