Rozdział ósmy. Kardynał Newman. Łaska

Czy Chrystus przyniósł ludziom na ten świat wydoskonaloną naturę?

Istnieje kilka argumentów, pomocnych temu świat w obronie doczesnych interesów, przeciw sprawom niebieskim. Wynika z nich, że charakter naszego ciała i potencja naszego umysłu nie ma w sobie nic, co by wskazywało na życie przyszłe; i stąd też religia, lub myśl o przyszłym świecie jest nienaturalna. Przytakuję, że owszem, religia w tym znaczeniu jest nienaturalna; lecz zapewniam przy tym, że Chrystus przyszedł na ten świat, by dać ludziom wydoskonaloną naturę, a to nie mogłoby się dokonać inaczej, jak przez dopełnienie natury, która pierwotnie była ich udziałem. Gdy to, co duchowe, wystąpi przeciw materii, ta musi ustąpić. Bóg w łaskawości swej woli obdarował nas niebem; ćwiczenie się w duchowym życiu przewyższa to, co ziemskie. Jest to jakby próba osiągnięcia wyższej i wykwintnej harmonii na niewłaściwym instrumencie. Próbując takiej sztuki, wykorzystamy jego siły ponad miarę, gdyż zostanie poświęcony zadaniu, które go przerasta. Podobnie ma się sprawa, w pewnym sensie, z tym życiem i naszą obecną naturą, jest ona poświęcona dla nieba i dla nowego stworzenia; oto ginie w nas zewnętrzny człowiek, człowiek wewnętrzny może odnawiać się dzień po dniu.

„Wiara i świat”, Kazania według lekcjonarza, s. 87.

Kim są dwaj pomocnicy Chrystusa, działający, gdy On otwiera nas na siebie?

Ponieważ na pustyni miedziany wąż uzdrawiał tych, którzy nań spojrzeli (por.: Lb 21), porównano to z Ofiarą Chrystusa, zbawiającą tych, którzy Go kontemplują. Zwą to upodobnieniem się do Chrystusa – trwaniem przed Nim w prostocie i bez zadufania w sobie, zbawieniem przez wiarę. Zapewne naszą powinnością jest przylgnięcie do Chrystusa, z pewnością musimy wierzyć i kontemplować Go. Lecz tu ukazuje się ważna kwestia: w jakim kształcie, w jaki sposób daje nam On siebie? To zaś zostanie pojęte, gdy On nas otworzy na swą Obecność, chwalebną jak On sam w sobie samym; cierpienie i samowyrzeczenie są Jego pomocnikami w tym dziele. Spojrzenie na miedzianego węża już nie uzdrawia; lecz niewidzialna, Boża łączność z nami jest darem zdrowia dla tych, którzy Go kontemplują. Także usprawiedliwienie jest w zupełności dziełem Boga; idzie od Niego ku nam; jest potęgą, jaką wywiera Bóg na naszych duszach, tak jak uzdrowienie Izraelitów było znakiem siły wywartej na ich ciałach. Dar musiał być złożony wewnątrz nas, nie był jak miedziany wąż, zwykłym, zewnętrznym znakiem, materialnym, ograniczonym do niewielkiej przestrzeni; dar Boga jest duchowy i jako taki, dany jest każdemu z ludzi z osobna w ich niepowtarzalności. Krzyż Chrystusa nie usprawiedliwia przez spojrzenie nań, lecz poprzez przyjęcie Go na siebie. I nie wyłącznie przez nasze przylgnięcie do wiary, lecz przez Jego obecność w nas, i nie przez nasze czyny, lecz przez niewidzialną łaskę Boga. Ludzie siedzą, patrzą i wznoszą głos ku wspaniałemu Pomocnikowi Chrystusa, myśląc, że to wystarcza; nie bardziej, prawdę mówiąc, niż klęczenie przed krzyżem uczynionym ludzką ręką. Ludzie mówią, że wiara jest czymś pojmowalnym i użytecznym; lecz samej wierze trudno jest mieć użytek z Krzyża; człowiek nie jest w stanie uczynić Zbawiciela świata swą własnością; musi zagościć w nas Krzyż, lecz nie w słowach, lecz w swej mocy, a to jest dziełem Ducha Świętego. Oto, czym jest usprawiedliwienie; a gdy stanie się udziałem duszy, przeniknie nas do krwi, uzdrowi, oczyści, ubogaci duchowo.

Pisma o doktrynie usprawiedliwienia przez wiarę (Lectures on the Doctrine of Justification), s. 174–175.

Dlaczego chrześcijaństwo jest wyższe ponad wszelką ludzką etykę?

Chrześcijaństwo wznosi człowieka ponad ziemię, gdyż pochodzi z nieba; a ludzka moralność drepcze po ziemi, stroszy piórka i trapi się tym, co dotyczy ziemi, gdyż nie ma skrzydeł, na których mogłaby wzbić się w górę. Szkoła ziemskiego poznania nie daje wglądu w wiedzę, która wzniosłaby człowieka ponad niego samego; jej jedyne cele służą wydoskonalaniu istniejących w człowieku sił i zmysłów, dla jego największej wygody, lub dla ich stosowania we wszelkich życiowych okolicznościach. Traktuje się go jak ofiary francuskiego tyrana (1), ściska się go w klatce, w której człowiek nie może ani leżeć, stać, siedzieć ani nawet klęczeć, a jego największym pragnieniem jest znaleźć postawę, w której jego męka byłby najmniejsza.

Dysputy i argumenty (Discussions and Arguments), s. 269–270, 272.

Czy jedynie Bóg nas uświęca, skoro możemy się temu sprzeciwić?

Powtórzę: „albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z Jego wolą” (Flp 2, 13). Cóż to jest, jeśli nie przyznanie, że całe nasze uświęcenie, od początku do końca, jest dziełem Bożym? Jak to pogodzić z faktem, że możemy skutecznie sprzeciwiać się Jego dziełu? Czyż nie jest może prawdą stwierdzenie, że rodzaj lekarstwa zaaplikowanego choremu zależał od lekarza, a o ile chory nie wzbraniał się wcześniej przed kuracją, mógł później stanowczo odmówić przyjmowania leków, jeśli tak wybrał; przydarzyć się też mogła (choć tak nie było) jakaś złośliwa i nieuleczalna przypadłość ciała, która stanęłaby w poprzek sztuce lekarskiej. Czy zatem ryzyko niepowodzenia umniejsza pracę lekarza, jeśli w istocie nie zawiódł?

„Ludzka odpowiedzialność”, Kazania parafialne, s. 431–432.

Jaka wielka prawda, niby droga ku zbawieniu, leży u podstaw wszelkich zgodnych z nią nauk?

„Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5). I święty Paweł: „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4, 13). I ponownie, w liście danym nam dziś do czytania: „któż będzie cię wyróżniał? Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał” (1 Kor 4, 7).

Oto wielka prawda leżąca u podstaw wszelkich zgodnych z nią nauk, niby droga ku zbawieniu. Wszelkie pouczenie o obowiązkach i posłuszeństwie, o tym jak osiągnąć zbawienie i o władzy Chrystusa nad nami jest próżne i pozbawione istoty, jeśli nie wynika z przedstawionych tu biblijnych prawd, z nauki o przyrodzonym nam zepsuciu i bezradności, i w konsekwencji z nauki o pierwotnej winie i grzechu. W istocie sam Chrystus jest fundamentem, lecz skruszone, korzące się, poddane samowyrzeczeniu serce jest (i było) podłożem i ziemią, na której musi spocząć fundament. Wznosilibyśmy dom na piasku, gdybyśmy wyznawali wiarę w Chrystusa, lecz zaprzeczali temu, że bez Niego nic nie możemy uczynić. Taki pogląd nazywany jest herezją pelagiańską (2), której nazwa być może wielu z nas coś mówi. Nie zamierzam, oczywiście, oficjalnie przesądzać co do jej zawartości, ale sądzę, że mogę użyć jej potocznego określenia, nazywając ją wiarą, która „pragnie świętości, rada jest dobru i po prostu działa sama z siebie”, pochodząc od nas, będąc z nas, a zarazem i w nas: podczas gdy wszystkie te dobra pochodzą tylko od Boga; od Niego, a nie od nas samych pochodzą wszelka prawość, uświęcenie i zbawienie – On zmywa z nas wewnętrzną winę i On zaszczepia w nas nową naturę. Lecz gdy ludzie przyjmą za pewnik, że przychylność Boga przysługuje im sama przez się – jeśli potraktują dane im przywileje i zdolności jako rzecz naturalną – jeśli spojrzą na swój chrzest jako coś banalnego, a na jego owoce jako sprawę oczywistą – jeśli wejdą w życie Kościoła bez poczucia, że tym samym dostąpili zaszczytu – jeśli nie zrozumieją konieczności modlitwy o Bożą łaskę – jeśli sprowadzą wszystko do jakiegoś systemu, a dary Boskiej szczodrobliwości (których udziela wedle swej woli) przedstawią jako zwieńczenie łańcucha praw przyczynowo-skutkowych – jeśli uznają, że wychowanie da im wszystko i że zależy tylko od ich mocy – jeśli, mówiąc krótko, umniejszą w swych myślach Kościół, który jest wspaniałym przekaźnikiem Bożego miłosierdzia i spojrzą na Ewangelię niby na rodzaj literatury lub filozofii zawartej w pewnych dokumentach, których mogą używać tak jak i używają innych książek, każdej zgodnie z jej przeznaczeniem – wówczas, by nie wymyślać już nowych przypadków tego samego błędu, staną się praktycznie pelagianami, czyniąc samych siebie swym własnym centrum, zamiast uznać swą uległość od Wszechmogącego Boga i Jego przykazań.

„Nie nasza prawość, lecz prawość w nas”, Kazania parafialne, s. 1036–1037.

Czy Bóg jest jedyną i największą siłą mej duszy?

Twierdzę, że od urodzenia żyjemy w stanie zepsucia i niespełnionych pragnień. Nie mamy wszystkiego z tego, co konieczne dla osiągnięcia doskonałości naszej natury. Tak i ciało nie jest zupełne samo w sobie, lecz potrzebuje duszy, by nadała mu znaczenia. I znów – w duszy zawarte są pewne zdolności i uczucia, lecz bez rządzących nimi zasad i celów, a to dopóty, dopóki nie objawi się w niej Bóg, dopóki się w niej nie uwidoczni. Tak właśnie dzieje się od chwili narodzin i Pismo Święte ukazuje nam to na wiele sposobów; czasem nazywa ludzką naturę ślepą, czasem głodną, czasem nagą, a dary Ducha zwie światłem, zdrowiem, pokarmem, ciepłem, odzieniem, a wszystko po to, by pouczyć nas, co jest naszym pierwotnym stanem i jaka powinna być nasza wdzięczność wobec Tego, który przeniósł nas w nowy stan. I tak, na przykład: „Ty bowiem mówisz: «Jestem bogaty» i «wzbogaciłem się», i «niczego mi nie potrzeba», a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział” (Ap 3, 17–18). Ponownie: „albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Jezusa Chrystusa” (2 Kor 4, 6). Ponownie: „zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” (por. Ef 5, 14). Ponownie: „kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu” (J 4, 14).

„Myśl o Bogu oparciem duszy”, Kazania parafialne, s. 1147–1148.

(1) Mowa o Ludwiku XI (1423–1483) pochodzącym z dynastii Walezjuszy, od 1461 roku królu Francji. Zainicjował on we Francji stałą pocztę i stałą armię zaciężną. Okrutnie uśmierzał bunty części feudalnych możnowładców, co w 1465 roku przypłacił czasowym odłączeniem się Normandii i Bretanii od Francji. Mimo to uczynił Francję mocarstwem kontynentalnym.

(2) Pelagianizm – wczesnochrześcijańska herezja, której inicjator, Pelagiusz, uznawał, że grzech Adama był jedynie „złym przykładem” dla ludzi i odwrotnie – życie, męka i Zmartwychwstanie Chrystusa była jedynie „dobrym przykładem” dla wiernych. W myśl tej koncepcji człowiek sam mógł być autorem własnego zbawienia, co w konsekwencji prowadziło do zanegowania znaczenia łaski Bożej. Rdzeń tej koncepcji przetrwał do dziś, a konsekwencje sporów w tej materii mogą prowadzić zarówno do skrajnego woluntaryzmu, jak i skrajnego kwietyzmu. Woluntaryzm zaś, rozpatrywany na gruncie religijnym zakłada, że na mocy własnej woli człowiek zdolny jest czynić dobro, żyć cnotliwie i osiągnąć zbawienie. Kwietyzm natomiast, jako tendencja przeciwna, głosi absolutne zdanie się na Boga, posuwa się nawet do twierdzenia, że człowiek nie ponosi żadnej odpowiedzialności za własne czyny, przez co zatraca się ich etyczny charakter.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Kardynał Newman. 101 pytań i odpowiedzi.