Rozdział ósmy. Czwarta wizyta

Dokładnie w chwili, gdy Łucja skończyła swoją szczerą modlitwę, drzwi otworzyły się i stanął w nich burmistrz.

– No dobrze – ogłosił. – Teraz twoja kolej, by umrzeć!

Dziewczynka drżała jak liść, ale nie uroniła ani jednej łzy, gdy burmistrz ciągnął ją w stronę kuchni. W jej głowie kołatała się tylko jedna myśl: jej ukochani kuzyni nie żyją. Woleli oddać życie, niż zdradzić Panią z Nieba. Teraz ona musi zrobić to samo.

Burmistrz otworzył drzwi od kuchni i Łucja zebrała w sobie całą odwagę, by móc spojrzeć na przerażającą scenę. Jednak gdy wreszcie uniosła wzrok, aż się zachłysnęła. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Razem z żoną burmistrza siedzieli w kuchni Franciszek i Hiacynta – bladzi ze strachu, ale cali i zdrowi.

– Łucjo, nie ma żadnego gorącego oleju! – zawołał chłopiec natychmiast. – On tylko chciał nas nastraszyć.

– Tak, myślał, że nigdy nie zechcemy umrzeć za Panią – weszła bratu w słowo Hiacynta. – Ale my byliśmy gotowi to zrobić. Ty też, prawda?

Jak we śnie, Łucja skinęła potakująco głową, a potem wybuchła płaczem ze szczęścia.

– Strasznie się bałam, ale wolałabym umrzeć tysiąc razy niż być nieposłuszną wobec Pani! – wyszlochała. – Ona jest taka miła i dobra.

Na te słowa burmistrz aż zawrzał z wściekłości, ale wiedział, że przegrał. Po chwili pakował już całą trójkę do swojego auta.

– Głupie bachory! Zmarnowałyście prawie tydzień mojego czasu! – zawył wściekle. – Wracajcie do rodzin i już nigdy nie zawracajcie mi głowy waszymi idiotycznymi opowieściami!

Podczas gdy samochód pędził drogą z Ourem do Fatimy, dzieci powoli powracały do realnego świata. Był teraz osiemnasty sierpnia. Znajdowały się w zamknięciu przez pięć dni. Dzień wizyty Pani (jeśli faktycznie przybyła) minął bezpowrotnie. Oprócz żalu, jaki odczuwały z tego powodu, dzieci myślały też o tym, co czeka ich w Fatimie. Jak dobrze będzie być wreszcie w domu! Razem z rodziną i przyjaciółmi!

– Ciekawe, czy Pani przyszła, gdy nas nie było – szepnęła Hiacynta po chwili. – Jak myślicie?

Łucja wzruszyła ramionami.

– Nie wiem.

– Dowiemy się, jak wrócimy do domu – rzekł Franciszek z przekonaniem. – Na pewno ktoś poszedł do Cova trzynastego.

Dzieci nie musiały długo czekać na zaspokojenie swojej ciekawości. Kilka minut później oburzony burmistrz zostawiał dzieci pod bramą domu proboszcza Fatimy.

– Sami znajdźcie drogę do domu – rzekł szorstko. – I nigdy więcej nie przysparzajcie uczciwemu człowiekowi tylu kłopotów.

Cała trójka patrzyła w milczeniu, jak samochód burmistrza zawraca i znika w oddali na drodze do Ourem. Po chwili ich spojrzenia spotkały się i nagle poczuli, że z serca spada im wielki ciężar.

– Odjechał! – zawołała Łucja z nieukrywaną radością. – Już nas nie skrzywdzi.

– Możemy iść do domu – stwierdziła Hiacynta aż skacząc z podniecenia. – Och, biegnijmy całą drogę!

Wkrótce w domu Marto i dos Santos nastąpiło radosne spotkanie. Rodzice witali swe zaginione dzieci. Pośród ogólnej, radosnej paplaniny maluchy dowiedziały się, co wydarzyło się trzynastego sierpnia. Tego strasznego dnia w Cova da Iria pojawiło się ponad piętnaście tysięcy ludzi, którzy chcieli być świadkami kolejnej wizyty. Do południa byli dość cierpliwi, odmawiali Różaniec, śpiewali pieśni religijne. Później zaczęli się niecierpliwić. „Gdzie są dzieci?” – pytali. „Gdzie jest Pani?” Wtedy rozniosła się sensacyjna wieść o porwaniu.

– Gdy niektórzy usłyszeli o wszystkim, chcieli natychmiast udać się do Ourem i rozmówić się z burmistrzem – powiedział Manuel Marto, zaciskając pięści na samą myśl o tym, co działo się z jego ukochanymi dziećmi.

– Nie zapominaj, że wielu myślało, że ksiądz Ferreira też miał coś wspólnego z tym porwaniem – wtrącił tata Łucji. – Całkiem spory tłum udał się z Cova pod jego dom. Byli naprawdę wściekli i nie wiadomo, co by mu zrobili, gdyby znaleźli was u niego, moje kochane dzieci.

Łucja zacisnęła rączki.

– A co ty pomyślałaś, mamo?

Maria Roża dos Santos uśmiechnęła się ponuro. Kochała swoją córkę, ale z natury była osobą surową, stąpającą mocno po ziemi i wciąż miała pewne wątpliwości co do autentyczności wydarzeń w Cova.

– Ja? Pomyślałam to, co pomyślałby każdy rozsądny człowiek. Powiedziałam sobie: „Jeśli te dzieci kłamały, będzie to dla nich karą, a jeśli mówiły prawdę, Nasza Pani już się o nie zatroszczy”.

Z czasem, gdy cała historia została opowiedziana jeszcze kilka razy, dzieci zrozumiały, dlaczego nikt nie udał się trzynastego do Ourem, by protestować przeciwko działaniom burmistrza. Co prawda tłum w Cova był na początku podenerwowany i rozczarowany, po pierwsze, nieobecnością dzieci, a po drugie, gdyż wszyscy mieli nadzieję zobaczyć cud i teraz czuli się oszukani. Jednak wtedy stało się coś naprawdę niezwykłego i atmosfera w Cova całkowicie się zmieniła.

– Chyba wasza Pani jednak przybyła, choć Jej nie widzieliśmy – powiedziała mama Hiacynty poważnym tonem. – Och, moje dzieci! Do końca życia nie zapomnę tego cudu!

Cała trójka w napięciu wyczekiwała na dalszy ciąg opowieści.

– Co się stało, mamo? – zawołał Franciszek. – Proszę, powiedz nam!

Na twarzy Olimpii Marto pojawił się uśmiech.

– Cóż, podczas gdy tysiące ludzi w Cova kłóciło się między sobą i zastanawiało co robić, w powietrzu rozległ się grzmot. Był bardzo słoneczny dzień, więc wśród zgromadzonych przeszedł szmer zdziwienia. Potem nastąpił błysk światła tak oślepiającego, że było go widać bardzo wyraźnie pomimo jasnego słońca. Słońce zaczęło blednąć i nad małym dębem pojawiła się lśniąca chmura, która całkowicie przysłoniła drzewko. Doprawdy nie rozumiem, skąd się tam wzięła.

– Nikt tego nie rozumie – wtrącił jej mąż. – Co więcej, nikt w Fatimie nie widział jeszcze takiej chmury – tak jasnej, lśniącej i na tyle dużej, że zdołała zasłonić całe drzewo.

Ojciec Łucji wyglądał zamyślony przez okno.

– Jedna rzecz jest pewna – rzekł powoli. – Większość ludzi przybyła trzynastego do Cova, by zobaczyć coś niezwykłego. Gdy nie zjawiłyście się, drogie dzieci, byli ogromnie rozczarowani. Część osób zaczęła naśmiewać się z Pani i ze wszystkiego, co z Nią związane. Niektórzy naśmiewali się też z was i mówili, że burmistrz Ourem bardzo dobrze zrobił zabierając was.

– Tak, ale zmienili zdanie, gdy zobaczyli błyskawicę i usłyszeli grzmot – wtrącił Michał Marto. – No i gdy nad drzewkiem pojawiła się chmura, cóż, zobaczyli znak z Nieba, który zadowolił wszystkich. Wierzcie mi, skończyły się wtedy wszystkie drwiny i narzekania. Właściwie nigdy wcześniej w Cova nie rozlegało się tyle gorliwych modlitw, co trzynastego sierpnia.

Jego żona przytaknęła energicznie.

– Właśnie tak było! Wszystkich ogarnął bardzo zły nastrój, gdy dowiedzieli się, że was nie będzie i prawdopodobnie nie wydarzy się nic niezwykłego. Niektórzy chcieli udać się do Ourem i protestować przeciw działaniom burmistrza. Inni twierdzili, że zrobił bardzo dobrze aresztując was. Jednak gdy pojawiła się chmura, zapanował spokój.

Przez chwilę Łucja milczała. Potem podniosła lśniące oczy na zgromadzonych wokół niej dorosłych.

– Wszyscy wierzą teraz w Panią? – zapytała z nadzieją. – I odmawiają codziennie Różaniec z prawdziwą miłością?

Jej tata uśmiechnął się.

– Większość ludzi uwierzyło, moje dziecko. Myślę że we wrześniu zjawi się tu jeszcze więcej pielgrzymów. Ale jaka szkoda, że nie mogła do was przyjść w sierpniu, jak obiecała!

– Tak, Pani miała odwiedzić nas sześć razy, ale myślę, że teraz skończy się na pięciu – rzekła Hiacynta bardzo poważnym tonem.

Franciszek westchnął głęboko.

– Straciliśmy sierpniową wizytę, bo musieliśmy pójść do więzienia – rzekł z nieukrywanym smutkiem.

Jednak szybko smutek zamienił się w niespodziewaną radość zarówno dla dziewczynek, jak i dla Franciszka. Następnego dnia, dziewiętnastego sierpnia, gdy dzieci pasły swoje owce w pobliżu wioski Valinhos, w gałęziach małego drzewka dostrzegły nagle oślepiające światło, któremu towarzyszył głośny grzmot. Po chwili dzieci ujrzały Panią. Stała na szczycie drzewa, podobnie jak w Cova da Iria, ze stopami ukrytymi w lśniącej chmurze, cała w złocie i bieli tak jasnej, że pastuszkowie z trudem mogli na nią patrzeć.

Łucja spojrzała z zachwytem na przybyłą postać.

– Och, dziękuję, że przyszłaś! – zawołała. – Myśleliśmy, że zobaczymy Cię dopiero w przyszłym miesiącu.

Mówiąc te słowa dziewczynka cofnęła się nagle o kilka kroków. Coś jest nie tak! Twarz Pani była blada i bardzo poważna, jakby wyrażała niezadowolenie.

– Co się stało? – wydukała dziewczynka. – Dlaczego tak wyglądasz?

Przez chwilę panowała cisza. Po chwili jednak Pani zaczęła mówić, powoli, jakby ważąc każde słowo.

– Jestem bardzo niezadowolona z burmistrza Ourem – oznajmiła. – Źle zrobił zabierając was z Fatimy i grożąc wam tak okrutnie.

Łucja, przepełniona radością i zachwytem z powodu niespodziewanej wizyty jej ukochanej przyjaciółki, już dawno zapomniała o burmistrzu. Teraz jednak słuchała z niepokojem, jak Pani powtarza, że czuje się głęboko urażona czynami burmistrza, że tak niemoralne zachowanie musi zostać ukarane, i że cała Portugalia musi odczuć tę karę.

– W lipcu obiecałam wam, że w październiku zdradzę wam swoją tożsamość i dokonam wielkiego cudu, który przekona ludzi, że istnieję naprawdę – powiedziała powoli. – Teraz jednak, przez zachowanie burmistrza, cud będzie zdecydowanie mniej imponujący.

Smutek w głosie Pani był tak ogromny, że musiało minąć trochę czasu, zanim Łucja zdołała zebrać się na odwagę i zadać pytanie, które dręczyło wielu w Fatimie, a zwłaszcza jej mamę. Jednak w końcu odpowiednie słowa jakoś same przyszły i dziewczynka zdołała zadać to i jeszcze jedno pytanie. Po pierwsze, co zrobić z pieniędzmi, które ludzie zaczęli zostawiać w Cova pod małym dębem? Po drugie, czy jest możliwe, żeby Pani sprowadziła wkrótce do domu Manuela Marto (starszego brata Hiacynty), który poszedł na wojnę? Jest teraz tak bardzo potrzebny w domu!

– Za pieniądze kupcie dwie pary małych przenośnych ołtarzyków używanych w procesjach – rzekła Pani. – Ty, Łucjo, wraz z Hiacyntą i dwiema innymi dziewczynkami ubranymi na biało będziecie niosły pierwszy ołtarzyk. Drugi ołtarzyk będzie niósł Franciszek i trzech jego kolegów.

Łucja skinęła głową doskonale rozumiejąc, co Pani miała na myśli. W małych portugalskich wioskach, takich jak Fatima, w ciągu roku odbywało się wiele procesji, w których czynnie uczestniczył każdy, komu tylko pozwalały na to siły. Zwykle w procesji brały udział grupy od sześciu do ośmiu mężczyzn niosących na ramionach duże nosze z naturalnej wielkości posągami świętych. Przed nimi szły grupki dzieci dźwigających małe nosze z małymi posągami.

– Co mamy nieść na naszych noszach?

Pani spojrzała na małą dziewczynkę stojącą przed nią, a jej oczy pełne były miłości.

– Nieście na nich ofiary, które ludzie zostawią pod dębem. Wykorzystajcie je do szerzenia kultu Matki Boskiej Różańcowej oraz do wzniesienia kaplicy ku Jej czci.

– A co z Manuelem Marto? Sprowadzisz go niedługo do domu?

– Tak. Wszystkie wojska niedługo powrócą do domu – przytaknęła Pani.

Na koniec, jak i podczas poprzednich wizyt, Pani przypomniała dzieciom, by szczerze odmawiały codzienny Różaniec i poświęcały się za grzeszników. Potem zaczęła przesuwać się ze szczytu drzewa na wschód, aż w końcu zupełnie rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając małych, oniemiałych z zachwytu pastuszków zupełnie samych.

– Och, jaka Ona jest piękna! – westchnęła Hiacynta po chwili ciszy. – Łucjo, za każdym razem, gdy Pani przychodzi, czuję się taka szczęśliwa – nawet gdy już sobie pójdzie. Teraz, na przykład, wprost rozpiera mnie radość!

Jej kuzynka przytaknęła.

– Znam to uczucie. A widzisz to drzewo, Hiacynto? To, na którym stała Pani? Ułamię z niego gałązkę i zaniosę mamie. Może gdy ją zobaczy, poczuje się równie szczęśliwa, jak my.

cdn.

Mary Fabyan Windeatt

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Fabyan Windeatt Dzieci z Fatimy.