Rozdział jedenasty. Dom rodzinny. Osiąganie ideałów

Rozważaliśmy już jak najlepiej starać się wychować nasze dzieci według nauki chrześcijańskiej, czym powinniśmy się kierować przygotowując je do zmagań ze światem. Dla tego celu staraliśmy się zastosować wspaniałą zasadę, którą stosuje sam Bóg ucząc nas swej prawdy” i dając nam swe życie w Kościele, sakramentalnej zasady, że rzeczywistość w każdym wymiarze jest dziełem Boga, które ma wznosić nasze umysły i serca ku Niemu, a jeśli jest właściwie używane, w Chrystusie i w Jego imię, ma stanowić środek, przez który możemy mieć swój udział we wznoszeniu Królestwa Bożego w miłości. Próbowaliśmy zobaczyć, jak ta zasada może mieć zastosowanie w naszych rodzinach i w codziennym życiu, i postępować w zgodzie z nią w duchu chrześcijańskim, zwłaszcza jak pokazuje liturgia Kościoła i ostatnie encykliki papieskie.

Zauważyliśmy, że przynajmniej dla większości z nas, wychowanie dzieci w głęboko chrześcijańskim duchu oznacza potrzebę poprawy własnego myślenia i postępowania. Przysłowie przypisywane jezuitom mówi, że nie można prawdziwie poznać przedmiotu, jeśli się go nie nauczało. Tak i my jako rodzice, chcąc uczyć nasze dzieci sztuki życia chrześcijańskiego, jesteśmy zmuszeni, by samemu opanować ją do mistrzostwa. Dopiero jako rodzice uzmysławiamy sobie, ile czasu należy poświęcić na rozważanie swej wiary i tego, co za sobą pociąga; ile należy się modlić o potrzebne łaski; jak mocno trzeba się starać, by żyć pełnią Chrystusa, tak by sposób życia, jaki przekażemy naszym dzieciom, był harmonijny i przemyślany.

Sakramentalna droga życia oznacza postrzeganie wszystkiego w sposób dynamiczny, przez pryzmat rozwoju i doskonalenia Mistycznego Ciała Chrystusa, wznoszenia Królestwa Bożego i Jego zwycięstwa. Historię dziejów postrzegać należy jednocześnie jako plac walki i budowy, walkę Miasta Boga z miastem szatana, przez którą Miasto to osiąga doskonałość.

Widzimy także, że życie, śmierć i zmartwychwstanie naszego Pana, Jezusa Chrystusa, stanowi, można to ująć, główny wątek lub scenariusz tej walki, jaka powinna się toczyć w życiu każdego, jaka trwa od wieków istnienia człowieka, że Dzieło Zbawienia także stanowi wzorzec dla budowania Jego Miasta.

Przygotowujemy nasze dzieci, by w przyszłości walczyły i współpracowały z Chrystusem, by przez swą pracę i cierpienie miały udział w Jego cierpieniu, w radości Jego obecności i w zwycięstwie, które już odniósł. Przygotowujemy nasze dzieci, by odnalazły i przyjęły rolę, jaką przeznaczył im Bóg w swym wielkim dziele.

Oznacza to, że dzieci muszą myśleć o sobie i innych jako członkach Chrystusa i tak też ich traktować. Oznacza to, że dzieci muszą postrzegać wszystko stworzenie jako znaki Bożej prawdy, środek prowadzący do Jego chwały i służenia mu w pełnej miłości służbie bliźnim. Oznacza to, że nasze dzieci muszą dostrzegać Bożą chwałę przepełniającą niebo i ziemię, a także traktować swe kościoły jako szczególne miejsca, które Bóg wybrał na osobiste spotkanie z człowiekiem, bramy niebios, obraz niebiańskiego Miasta.

Oznacza to, że dzieci mają wiedzieć, że poprzez pracę i cierpienie mamy swój udział we wznoszeniu Królestwa Bożego; że chrześcijańska zabawa ma być odbiciem swobodnego działania Boga, który jest Aktem Czystym, na którego obraz i podobieństwo jesteśmy stworzeni. Oznacza to, że mamy żyć tak, by bieg naszych dni, tygodni i lat odwzorowywał życie, śmierć i Zmartwychwstanie Naszego Pana, w czym pomaga nam nauka Kościoła.

Oznacza to, podobnie jak cień istnieje za przyczyną rzeczy, która go rzuca, jak obraz istnieje za przyczyną rzeczy, jaką przedstawia, jak środki istnieją za przyczyną celu, do jakiego prowadzą, że mamy żyć i postępować w naszym codziennym życiu tak, by spożywanie posiłków podporządkować Eucharystii i wiecznej uczcie w niebie; budowanie i przystrajanie domu podporządkować wznoszeniu wiecznej Świątyni Boga; mycie i ubieranie dbaniu i ozdabianiu naszych chrzcielnych szat łaski uświęcającej; opiekę i wychowanie dzieci obrabianiu żywych kamieni na mury niebieskiego Jeruzalem; zasypianie i przebudzanie – Śmierci i Zmartwychwstaniu Naszego Pana, ostatecznemu przebudzeniu do chwały życia wiecznego, gdy wszystko zostanie stworzone na nowo.

Przy takim zastosowaniu zasad życia sakramentalnego w dzisiejszym życiu rodzinnym napotykamy dwie oczywiste trudności. Po pierwsze, jak mamy, będąc rodzicami, znaleźć czas i energię w warunkach, w jakich żyjemy, żeby równocześnie zacząć wcielać w życie te zasady, pracować i bawić się z dziećmi, albo przebywać z nimi przynajmniej na tyle, by nasze wychowanie odniosło jakikolwiek skutek lub by mieć jakikolwiek wpływ na ich postawy i postępowanie?

Każdy rodzic zdaje sobie sprawę z istnienia tej trudności. Z drugiej jednak strony, wszystkie autorytety zgadzają się co do tego, że nawet w najbardziej postępowych rodzinach zasadnicze poglądy, upodobania i uprzedzenia odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu dziecka. Chcąc nie chcąc, przekazujemy naszym dzieciom wiele z własnego postępowania względem ludzi, rzeczy, pracy i organizacji czasu, a także naszych upodobań, co do wystroju domu, kuchni, literatury. A ponieważ nie możemy nic poradzić, że nasze poglądy przechodzą w pewnym stopniu na nasze dzieci, czyż nie jest naszym obowiązkiem zapewnić, by były głęboko chrześcijańskie?

Prawdą jest także, że większość z nas mogłaby poświęcić więcej czasu na naukę i zabawę z dziećmi, gdyby tylko mocno się postarała. W tym widać tkwi niezbędny ascetyzm życia w małżeństwie – zachowywać czas i siły, by móc spędzić je na byciu rodzicem. Być może gdyby chodził spać wcześniej niż przez ostatnie kilka nocy, tata nie wracałby z pracy zbyt zmęczony, by pomówić ze starszym Kubą o harcerstwie albo pobawić się z malutkim Piotrem albo poczytać małej Janeczce. Mama zaś nie byłaby tak wykończona po całym dniu pracy, że dopiero po uśnięciu dzieci zaczynałaby odżywać.

Musimy zawsze znaleźć czas i energię na największą potrzebę życia w rodzinie – utrzymanie kontaktu z każdym dzieckiem przez lata dorastania, dając im do zrozumienia, że ma się czas tylko dla nich, że zawsze się ich wysłucha, pocieszy, po prostu z nimi pobędzie. W przeciwnym razie będą miały do nas żal o każde inne zajęcie, które stanie pomiędzy nami (najgorzej, jeśli będzie to wiara).

Druga trudność jest być może jeszcze większa: czy dzieci wychowane w duchu tych zasad nie będą czuć się nieswojo wśród rówieśników, czy nie będą nieprzystosowane do życia w dzisiejszym świecie; czy nie zaczną tak nienawidzić swej odmienności, że z czasem znienawidzą także i nas, swoją religię, i odejdą z Kościoła?

By odpowiedzieć na te wątpliwości, najpierw trzeba zaznaczyć, że jeśli pragniemy, by nasze dzieci wyrosły choćby w najmniejszym stopniu na dobrych chrześcijan, przestrzegających przykazań Boga i Kościoła, i unikających grzechu ciężkiego, do pewnego stopnia muszą być „inne”. Bowiem nauczymy je, by myślały w sposób, w jaki inni nie myślą, by wierzyły w prawdy, w które ludzie nie wierzą, a ich zachowanie odbiegać będzie od zachowania większości ich rówieśników.

Skoro tak się dzieje, czy nie lepiej byłoby wychowywać dzieci według jednego spójnego prawdziwie chrześcijańskiego modelu? Czy równoległe wychowywanie ich po chrześcijańsku w kwestiach wiary i moralności, a w pozostałych kwestiach tak jak ich rówieśników nie będzie przyczyną nerwicy i większego nieprzystosowania? Być może niepokój, zgryzota i znerwicowanie tak wielu chrześcijan w dzisiejszym czasach (faktem jest na przykład, że nadmierna liczba alkoholików to katolicy) to następstwo życia w ten sposób – starania się być jak wszyscy, za wyjątkiem grzechu.

Nasz Pan wiedział, że Jego wyznawcy będą się różnić od innych ludzi: „Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi” (J 15, 19). Jeśli będziemy robić, co w naszej mocy, by pomóc naszym dzieciom radzić sobie z tą odmiennością, a nie starać się ją niwelować, Bóg z pewnością pomoże im przejść przez ten etap bez szwanku.

Jak zatem pomóc dzieciom w przyjęciu takiej postawy? Po pierwsze, musimy sami być głęboko przekonani o prawdzie, wartości i radości, jakie płyną z życia, do jakiego chcemy przygotować nasze dzieci. Po drugie, nie wymagajmy od dzieci więcej niż Kościół, jeśli chodzi o chodzenie do Kościoła, spowiedź, przyjmowanie Komunii, modlitwę. Nigdy nie podpierajmy się drwiną, irytacją bądź ironią, by skłonić je do większego zaangażowania, korzystajmy natomiast z metod pozytywnych – dobrego przykładu, spokojnej nauki, argumentów odpowiednich ich dojrzałości. Sami możemy być przekonani o potrzebie codziennej Komunii świętej, jednak dziecko musi samo, z pomocą Bożej łaski, poczuć tę potrzebę; nie możemy narzucać dziecku tej praktyki bez obaw o konsekwencje.

Po trzecie, powinniśmy starać się jak najszybciej pokazać dzieciom powody za tym, co nakazujemy, doradzamy i robimy, zwłaszcza gdy nasze postępowanie odbiega od ogólnie przyjętych w społeczeństwie norm. Nie narzucajmy też dzieciom własnych kaprysów czy ściśle indywidualnych upodobań. Nie możemy pozwolić by nasze dziecko czytało np. wulgarne lub pełne przemocy komiksy. Nie ma jednak podstaw, by zabraniać im sięgać po nieszkodliwe komiksy z powodu złej szaty graficznej czy miernego smaku. Możemy jedynie zachęcać dzieci do czytania bardziej wartościowych książek w porównaniu z dziecinną i dość niemądrą rozrywką, jaką są komiksy. Innymi słowy, starajmy się zwerbować ich własny rozsądek i poczucie humoru na stronę chrześcijańskiego życia już od najwcześniejszych lat, ale nigdy nie zmuszajmy ich do wykraczania poza to, co naprawdę konieczne.

Starajmy się rozmawiać, żyć i postępować w taki sposób, by dzieci nie miały podstaw uważać chrześcijan za staromodnych i zacofanych. Powinniśmy raczej pokazać im, że bycie chrześcijaninem oznacza bycie bardziej wyrafinowanym i „na czasie” niż inni. W tym celu powinniśmy postarać się, by zewnętrzne oznaki naszej wiary, tak jak obrazki, figury czy kartki były jak najwyższej jakości. Żaden nastolatek ani dorosły nie będzie się wstydził reprodukcji dzieła Fra Angelico na ścianie (można je dość niedrogo kupić) ani znakomitych przykładów współczesnej sztuki religijnej. To widok kiczowatego, tzw. „ludowego” i żałosnego „współczesnego” krucyfiksu albo figury może powodować zażenowanie u wrażliwszego nastolatka.

Nie pomylmy także podobieństwa do dziecka miłego Bogu z dziecinnością, niezdolnością do pracy i myślenia czy brakiem dojrzałości. Pragniemy, by nasze dzieci pozostały „jak dzieci”, by nie padły ofiarą sztucznej wyniosłości ponad swój wiek. Nie da się jednak tego osiągnąć jedynie przez negatywne sposoby. Należy dopilnować, by nasze dzieci np. ubierały się stosownie i gustownie, według aktualnej mody, z zachowaniem skromności. Dzieci same muszą się przekonać, że nieskromność nikomu nie przydaje blasku, a nieskromny strój wcale nie służy swemu przeznaczeniu, czyli ozdobie.

Musimy także zagwarantować naszym dzieciom w miarę dobrą sprawność fizyczną, wyrobienie w kontaktach z ludźmi i swobodny dostęp do informacji, czy to o ulubionym zespole piłkarskim czy piosenkarzu. Powinniśmy postarać się, by dzieci potrafiły odróżnić dobry swing od kiepskiego jazzu i umiały zatańczyć tak do muzyki współczesnej, jak do klasycznej czy ludowej.

Reasumując, nie obawiajmy się przejawów współczesnej kultury tylko dlatego, że są dla nas nowe i odmienne od tych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Spróbujmy z pomocą Ducha Świętego wyłowić z niej co najlepsze i zapoznać z nią dzieci, odrzucając jednocześnie to, co niewłaściwe i powierzchowne. W ten sposób będą formować swój gust ku większemu wyszukaniu, a jeśli Bóg zechce, pomagać w kształtowaniu prawdziwej kultury chrześcijańskiej.

Ponadto, pokazujmy dzieciom, że jako katolicy zostali obdarowani przez Boga szczególnymi przywilejami, ale i obowiązkami względem reszty świata. Bóg przekazał im więcej na temat rzeczywistości, niż wiadomo innym, nie dla korzyści jednych czy drugich; Bóg pokazał im jak się z nią obchodzić, czego nie potrafią inni. Bóg dał im źródło radości, życia i siły niedostępne każdemu. Uczynił to wszystko, by mogli dzielić się Jego prawdą, życiem i radością z innymi, którzy nie dostąpili tych przywilejów. Z początku może im się wydawać to trudne, skoro niejeden znajomy w ich oczach wie dużo więcej od nich, jest dużo dojrzalszy i pewny siebie niż oni. Ale jeśli będą pracować nad zrozumieniem ogromnego daru, jakim jest wiara, i potrzeb swych bliźnich a nie własnych braków, Bóg uczyni ich swoim zaczynem, swymi posłańcami i współpracownikami w dzieleniu się tym wielkim skarbem z wszystkimi bliźnimi.

Dużo większym utrudnieniem niż poglądy niekatolików jest poczucie niższości wśród katolików wokół nas, którzy z tej czy innej przyczyny, nie uświadomili sobie jeszcze konieczności stosowania zasad Kościoła na każdej płaszczyźnie naszego życia. Jeśli bowiem będziemy próbować narzucić naszym dzieciom poczucie wyższości względem swych bliźnich katolików, staną się raczej okropnymi zarozumialcami, a nie apostołami swej wiary. Rozwiązanie tej kwestii leży we wczesnym zaprzęgnięciu ich budzącej się wiary, rozumu, smaku, rozsądku i poczucia humoru do walki z byciem takim, jak wszyscy. Czy nasze dzieci naprawdę wolałyby robić dokładnie to, co inne? Czy uważają, że byłoby to naprawdę zajmujące? A jeśli tak, to konkretnie, jak które inne dzieci, jako że każda rodzina ma własne poglądy na to, co dozwolone, a co zakazane?

Jest rzeczą oczywistą, że bez względu na to, co będziemy robić, dzieci co chwila będą się buntować przeciwko naszemu autorytetowi i regułom, jakie ustalimy. Ostatecznie dzieci i tak odczuwałyby konsekwencje grzechu pierworodnego, nawet gdyby wszyscy inni rodzice zaadoptowali te same zasady. Nawet najbardziej pobłażliwy ojciec czy matka popadnie w końcu w niełaskę u swych dzieci! Poza naturalnym buntem przeciwko władzy, w tym wypadku rodzicielskiej, dzieci będą nas również obwiniać o wewnętrzne rozdarcie między niezliczonymi pokusami a postawą i zasadami, jakie im wpoiliśmy.

Stanowi to nieuchronny element dorastania. Czy zapomnieliśmy już o własnej młodości? Potrzeba tu modlitwy, głębokiej miłości i zrozumienia, by przetrwać moment przejściowy, gdy nasze dzieci przejmują odpowiedzialność za siebie, stają się samodzielnymi współpracownikami Chrystusa, odpowiadającymi ze swej pracy przed Bogiem, a nasza rola dobiega końca.

Przede wszystkim musimy pamiętać przez wszystkie te lata, że nadrzędną uwagę powinniśmy przykładać, by kształtować nasze dzieci na podobieństwo Chrystusa. Chrześcijański dom, ułożone chrześcijańskie życie rodzinne – to środki do wzrastania w Chrystusie. Pomóc nam w tym mogą zewnętrzne praktyki religijne, obrzędy, rodzinne zwyczaje. (W ten sposób można także przedstawić starszym dzieciom potrzebę pełniejszej, uzewnętrznionej wiary, odczuwaną przez ich nawróconych rodziców.) Zewnętrzne przejawy naszej wiary mają zarazem ją wyrażać i pielęgnować chrześcijańskie życie w prawdziwym świecie. Każdy chrześcijanin, świadomy swych czynów i wyborów, musi dostrzegać związek między rzeczywistością a tym, jaki jej nadajemy wyraz; w przeciwnym razie nie będzie w stanie ani dostrzegać ani pielęgnować swej wiary w rzeczywistości. Młodsze dzieci wyczuwają to instynktownie; starszym potrzeba już racjonalnego wytłumaczenia, podobnie jak ich rodzicom.

Weźmy na przykład wieniec adwentowy – małym dzieciom nie trzeba długo tłumaczyć, po co jest – podoba im się zapach igieł sosnowych, cały obrzęd, płomień świeczek (zwłaszcza, jeśli mogą je potem zdmuchnąć), a coraz jaśniejsze światło wspaniale koresponduje z ich rosnącym podekscytowaniem przed zbliżającym się Bożym Narodzeniem.

Jednak już nastolatek mógłby być zażenowany takim obrzędem, zwłaszcza, jeśli miałby miejsce w jego domu. Gdyby tak jego znajomi go przy tym zastali! Wieniec adwentowy nie jest oczywiście niezbędnym elementem naszej wiary czy moralności; jeśli do dziecka nie przemawiają powody, dla których sami uważamy, że taki wieniec to wspaniały sposób, by przygotować się na przyjście Naszego Pana, lepiej pozwolić mu nie brać udziału w ceremonii. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby razem z przyjaciółmi udało się go zainteresować tym obrzędem i jego znaczeniem w podobny sposób, jaki przyciągnął naszą uwagę. Jeśli jednak okaże się to nieskuteczne, trzymajmy się głównego celu, któremu takie praktyki mają ostatecznie jedynie służyć, i poszukajmy innych metod bardziej odpowiadających naszemu dziecku na przygotowanie się do powitania Syna Bożego.

W ostatecznym rozrachunku, należy przyznać, że wychowanie dzieci na dobrych chrześcijan przekracza nieco nasze możliwości. Jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi, daleko nam do wzoru świętości, mądrości, roztropności, rozwagi, miłosierdzia i umiejętności, którymi rodzice powinni być, by wypełnić swe powołanie. Czasami wychowanie naszych dzieci na uczciwych ludzi jest już ponad nasze siły. Pocieszająca i budująca jest świadomość, że zadanie to należy przede wszystkim do Boga, któremu dużo bardziej zależy na jego wyniku. On odpowiada za wychowanie naszych dzieci, my służymy Mu tylko jako narzędzia i działamy w Jego imieniu. Z sobie tylko znanych przyczyn przeznaczył te dzieci na wychowanie właśnie nam. W niewytłumaczalny sposób wybrał nas jako właściwych rodziców, z naszymi umiejętnościami, zaletami i wadami, w okolicznościach, w jakich się znaleźliśmy. O ile będziemy Mu służyć z całą naszą mądrością, siłą i umiejętnościami, choć może to wydawać się mało, możemy zaufać, że On dokona reszty, że sam dopełni swego dzieła, byśmy „żyjąc prawdziwie w miłości” rośli „ku Temu, który jest Głową – ku Chrystusowi” (Ef 4, 15).

Zagadnienia do dyskusji

1. Podaj sposoby, by skłonić dzieci do brania udziału w nadobowiązkowych praktykach religijnych. Czy należy obiecywać im nagrody świeckie (wyjście do kina) w zamian za wykonywanie tych praktyk? Czy należy zagrozić im utratą przyziemnych przyjemności (wyjście na przyjęcie), jeśli nie będą przestrzegać pewnych zaleceń Kościoła (wyjście na Mszę świętą)?

2. Przeprowadź eksperyment. Ułóż tygodniowe plany zajęć dla różnych rodzin i spróbuj tak je zreorganizować, by pozostawało więcej czasu na czynności religijne. Czy byłoby możliwe, by większość rodzin ograniczyła swoją liczbę zajęć? Czy nastolatki są dziś zbytnio obciążone zajęciami pozaszkolnymi? W jaki sposób praktyki religijne mogą przyczynić się do wzmocnienia więzi rodzinnych?

3. Czy rodzina przestrzegająca wskazań dotyczących życia sakramentalnego musi koniecznie jawić się jako „staromodna” i „zacofana”?

4. Omów stosunki panujące między rodzicami a dziećmi. Czy w chrześcijańskim modelu rodziny stosunek dzieci do mamy będzie różnił się od stosunku do taty? Czy to naturalne, by rodzice zawsze spotykali się z uznaniem swoich dzieci? Czy rodzice powinni być przygotowani na urazę i niezrozumienie ze strony dzieci przy wymierzaniu kar i niezłomności w swoich postanowieniach?

5. Przeczytaj na głos ostatni akapit tego rozdziału. Przedyskutuj rolę Boskiej Opatrzności w naszych wysiłkach, by tworzyć rodzinę w Chrystusie.

Pytania sprawdzające

1. Wymień dwie największe trudności przy stosowaniu zasad życia sakramentalnego w naszych domach?

2. Wyjaśnij, czy Chrystus oczekiwał od swych wyznawców by byli „inni”?

3. Czy rodzice powinni zmuszać dzieci do praktyk religijnych wykraczających poza obowiązkowe zalecenia Kościoła?

4. Czy przeszkody w życiu sakramentalnym pochodzą jedynie od niekatolików?

5. Czy rodzice mogą wymagać, by ich dzieci były bezwzględnie posłuszne ich woli życia sakramentalnego?

***

„W Nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28).

Mary Perkins

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Perkins Dom rodzinny. Wychowanie chrześcijańskie.