Rozdział dziewiętnasty. Trzy małe mikołaje, cz. 3

Podarunki

– No tak – stwierdza Pit – o siebie już się zatroszczyliśmy. Teraz musimy pomyśleć o innych. Już najwyższy czas zapakować prezenty.

Przynoszą więc kolorowy papier i złotą tasiemkę i zaczynają pakować. Najpierw jednak przekręcają dwukrotnie klucz w zamku. Szydełkowy kapelusz dla mamy wydaje się dzieciom nagle zbyt pospolity. Ale wieczorem, gdy jest ciemno, może go przecież nosić.

– Odwróć się! – mówi Pat do kota Jippi. – Bo inaczej zobaczysz, co dostaniesz.

A dla taty mają wspaniały stojak na fajki. Pięć fajek doskonale się weń mieści.

Mleczarz otrzyma czerwony kwiat papierowy do przypinania, listonosz miękkie wkładki, które będzie mógł sobie włożyć do butów, policjant cukierki przeciw kaszlowi, aby się nie przeziębił, kwiaciarka własnoręcznie zbudowany stołeczek, który tylko trochę się kołysze, chłopiec od roznoszenia gazet otrzyma gumę do żucia, a Jippi gumową mysz.

– Tak! – mówi Pat na koniec.

Paczuszki wyglądają wspaniale. Na każdej jest napisane, dla kogo jest przeznaczona. Dzieci zamykają je w szafie, potem idą do kuchni. W kuchni rozchodzą się fantastyczne zapachy. Mama piecze ciasteczka. A gdy się w tej właśnie chwili odwraca, Jippi błyskawicznie podkrada kawałek ciasta. Widocznie koty nie muszą być przed Bożym Narodzeniem nadzwyczaj grzeczne.

– Powiedz – mówi nagle Pat. – Wszyscy coś dostaną. Ale Dzieciątku Jezus na pewno nikt nie zrobi prezentu?

– A może wywiesimy Mu papierową gwiazdkę za oknem? – proponuje Pit.

– Dzieciątko Jezus ma tylko jedno życzenie – mówi mama wsuwając nową blachę z ciastkami do pieca.

– Jakie? – pytają z zaciekawieniem Pit, Pat i Pet.

– Ono chciałoby, aby wszyscy ludzie wzajemnie się kochali. Dzieci zamykają oczy i zastanawiają się. Mamusię i tatusia kochają, policjanta z rogu też lubią, zawsze im macha ręką. Kwiaciarkę lubią, a nawet chłopca od roznoszenia gazet, chociaż ten, czasem jest bezczelny.

– Ja lubię wszystkich – oświadcza Pat. – Tylko pani sprzedającej kasztany nie lubię. Ona jest taka mrukliwa!

– Tak – mówią chłopcy – zgadza się!

– Może – stwierdza Pit po krótkiej przerwie – powinniśmy ją jeszcze raz zobaczyć.

Kobieta sprzedająca kasztany

Wybiegają na ulicę i przyglądają się starej kobiecie sprzedającej jadalne kasztany. Stoi obok swego piecyka i ma bardzo ponurą minę.

– Nie mogę jej lubić – szepcze Pet.

– Lecz jeśli Dzieciątko Jezus miałoby się z tego ucieszyć, może spróbujemy – odpowiada Pat.

– Dzień dobry pani – mówi Pit głośno i przyjaźnie.

– Idźcie sobie dalej, jeśli nic nie kupujecie! – krzyczy kobieta. – A kysz!

I odpędza dzieci, jak gdyby były muchami.

– Nie możemy jej lubić – oświadcza Pat wieczorem w łóżku mamie, która przychodzi powiedzieć im „dobranoc”.

– Może nie tak szybko – mówi mama. – Spróbujcie jutro jeszcze raz.

Następnego dnia dzieci krążą wokół kobiety sprzedającej kasztany. Powoli podchodzą coraz bliżej.

– Kasztany, gorące kasztany! – woła mrukliwie, a w międzyczasie przeklina po cichu.

– Co się tak na mnie gapicie?! – pyta nagle. – Czego chcecie? – Próbujemy cię polubić – mówi Pat.

Kobieta śmieje się, ale nie jest to piękny śmiech.

Dzieci wolałyby, gdyby się jeden jedyny raz trochę piękniej uśmiechnęła.

– Jest bardzo trudno – wyjaśnia Pit wieczorem, gdy siedzą z rodzicami wokół adwentowego wieńca.

– Ja nie dam rady polubić pani sprzedającej kasztany – mówi Pet.

A Pat dodaje:

– Jeśli mi się to nawet uda, to na pewno nie na długo. Najwyżej do drugiego dnia świąt. Czy to wystarczy?

– Czy nie wydawałoby ci się śmieszne, gdyby drugiego dnia świąt zabrano ci z powrotem prezenty? – pyta tatuś.

– No tak! – wzdychają dzieci.

A w nocy Pit śni, że stara kobieta sprzedająca kasztany obrzuca go gorącymi kasztanami.

Następnego dnia Pit, Pat i Pet wstają bardzo wcześnie. Wybiegają na dwór i spozierają ostrożnie za róg, za którym stoi kobieta sprzedająca kasztany. I nagle widzą, że do piecyka z kasztanami ostrożnie skrada się mały, rozczochrany chłopiec. Widać, że jest bardzo zmarznięty. A stara kobieta sprzedająca kasztany, zamiast go przepędzić, nachyla się nad nim i głaszcze po włosach. A nawet bierze na ręce. Rozmawia z nim, jednakże dzieci nie mogą zrozumieć, co do niego mówi.

Spoglądają po sobie i czerwienią się. Ponieważ wygląda na to, jakby chcieli podsłuchiwać, więc odchodzą stamtąd na palcach. Pat dostrzega jeszcze, jak stara kobieta wyciera chłopcu nos i daje gorące kasztany.

– Hm – chrząka Pet.

Wszyscy troje odczuwają naraz, że polubili tę starą kobietę. Ale mówić jej tego nie trzeba, bo jeszcze naprawdę gotowa zacząć rzucać kasztanami.

Mamie mówią jednak natychmiast, gdy tylko wracają do domu.

– Czy myślisz, że teraz Dzieciątko będzie się cieszyć? – pytają.

– Tak – mówi mama. – Na pewno!

Pet, Pat i Pit są bardzo szczęśliwi. W ogóle ten dzień jest piękniejszy od innych. Po całym domu rozchodzą się zapachy wypieków, z radia rozbrzmiewa adwentowa muzyka i wszystko zdaje się być przepełnione oczekiwaniem.

Czas otwartych drzwi

Teraz najchętniej przebywają w domu.

– Już tylko kilka dni do Bożego Narodzenia! – mówi Pat do Jippiego.

Pit i Pet wyglądają przez okno.

– Jest tak cicho. Co teraz robią inni ludzie? – pytają mamy. Mama klei gwiazdki z szeleszczącego pozłacanego papieru.

– Kto nie musi teraz przebywać na dworze, siedzi w ciepłym mieszkaniu – odpowiada.

– Zaraz też będzie wieczór – dodaje tatuś znad gazety.

– Wszyscy mają ciepłe mieszkanka – mówi Pit. – Nieprawdaż?

– Tak – przytakuje mama. – Tylko biedni i opuszczeni nie mają.

– Nie może być! – wołają dzieci i robią duże oczy.

– Dlatego Boże Narodzenie jest czasem otwartych drzwi, by ubodzy mogli wejść – wyjaśnia tatuś i odkłada gazetę.

Pit, Pat i Pet już podrywają się na nogi i biegną otworzyć drzwi. Zimny wiatr wdziera się do środka. Fiuu! – zaczynają fruwać wszystkie papierowe gwiazdki.

– Och! – krzyczy mama.

A tatuś woła:

– Zamykajcie drzwi!

– Sam przecież powiedziałeś, że teraz mamy czas otwartych drzwi – mówi Pet.

Tatuś musi przyznać mu rację.

– Najlepiej będzie, gdy ubierzemy się ciepło – proponuje mama. Tak też czynią. Nawet kot Jippi dostaje szydełkową czapkę.

– Chodźcie! – woła Pat do biednych i opuszczonych. Ale na razie do pokoju wdziera się tylko zimny wiatr.

– O ile sobie dobrze przypominam – mówi mama – to w naszym mieście nie ma biednych i opuszczonych.

Potwornie marzną jej nogi.

– Poczekajmy chwilę! – mówi Pit. – Aaa psik!

Nagle ktoś staje w drzwiach. To policjant ze skrzyżowania.

– Czy jesteś biedny i opuszczony? – pytają dzieci.

– Nie – odpowiada policjant. – Ale to bardzo pięknie, że wasze drzwi stoją otworem. Chcę się u was troszkę ogrzać.

Zaciera ręce i siada przy piecu.

– Co nowego słychać w mieście? – pyta Pit.

– Wnet będą święta Bożego Narodzenia – mówi policjant. – Widziałem jak z nieba spadał włos anielski.

W chwilę później przychodzi chłopiec od roznoszenia gazet.

– Brrr! – mówi. – Jest bardzo zimno.

– Czy ty jesteś biedny i opuszczony? – pytają dzieci.

– Nie – mówi gazeciarz. – Nie jest aż tak źle. Ale to miło, że wasze drzwi są otwarte. Chcę się troszkę ogrzać.

I dosiada się do nich przy piecu.

– Co nowego słychać w mieście? – pyta Pat.

– Już wkrótce Boże Narodzenie – mówi gazeciarz. – Nad dachami pojawiła się już gwiazda.

Kilka minut siedzą cicho obok siebie, potem zjawia się kwiaciarka.

– Czy jesteś biedna i opuszczona? – pytają Pit, Pat i Pet.

– Uchowaj Boże! – śmieje się kwiaciarka. – Zmarzły mi po prostu nogi. To ładnie, że wasze drzwi są otwarte.

Siada przy piecu, a Pet pyta, czy w mieście słychać coś nowego.

– Wnet będą święta – mówi kwiaciarka. – Słyszałam w nocy muzykę unoszącą się w powietrzu.

Piec szumi, na adwentowym wianku skwierczą świeczki, a na dworze robi się już zupełnie ciemno. Wtem do drzwi podchodzi jeszcze jedna postać – bardzo, bardzo trwożliwie. Jest to olbrzymi, kudłaty pies.

– To nie przejdzie! – mówi mama. – On ma brudne łapy!

A kot Jippi parska „Fffft!”.

Dzieci są jednak innego zdania.

– Wprawdzie nie jest to człowiek… – mówi Pat.

– Ale jest biedny i opuszczony! – kontynuuje Pit.

– Czy tego nie widzicie? – pyta Pet.

Wszyscy przyglądają mu się nieco dokładniej i również to dostrzegają.

– No dobrze – mówią rodzice.

Ścieśniają się przy piecu i robią miejsce. Już dosyć długo tak sobie siedzą. Kudłaty pies dawno już zasnął. Również kot Jippi zwinął się w kłębek. Leżą blisko siebie i oddychają w tym samym rytmie.

Ludzie uśmiechają się, potem także i im zamykają się oczy.

Dużo później, gdy się budzą, kwiaciarka zabiera kudłatego psa ze sobą, który pozostaje już u niej na zawsze.

cdn.

Gina Ruck-Pauquet

Powyższy tekst jest fragmentem książki Czar Bożego Narodzenia.