Rozdział dziewiętnasty. Praca nie ustaje

Modliłem się długo w kościele, a potem poszedłem do zakrystii. Tłum płaczących pielgrzymów cisnął się wokół mnie. Był wśród nich mer Ars. Właśnie błagał mnie, żebym pozostał tu jako proboszcz, kiedy – ku jego wielkiemu zaskoczeniu – raptownie odwróciłem się od niego, chwyciłem swoją komżę i ruszyłem w stronę konfesjonału. Natychmiast rozległy się okrzyki wielkiej radości, a pielgrzymi rzucili się naprzód i prawie mnie zanieśli.

– Ojciec Vianney nie zamierza nas opuszczać – wykrzykiwali z niedowierzaniem. – Och, chwała niech będzie Bogu!

Rzeczywiście, postanowiłem zostać w Ars. W tamtej chwili Niebo pokazało mi (i to po raz trzeci!), że moje pragnienie prowadzenia samotniczego życia to kuszenie przez diabła. Przyszedłem na świat, żeby zostać parafialnym księdzem – nikim więcej i nikim mniej. I ocalę swoją duszę wypełniając swoje obowiązki, a nie obowiązki kogoś innego, bez względu na to, jak pobożne czy jak niezbędne mogą być. Osiągnę doskonałość, będąc pełnym poświęcenia proboszczem, spotykając się z ludźmi i zachęcając ich, pomagając im często i żarliwie, myśląc o Bogu, i rozgrzeszając ich, jeżeli osłabną i oddalą się od Niego. Krótko mówiąc, przygotuję się do wieczności, po prostu zostając w Ars i wykonując codzienną, duszpasterską pracę najlepiej jak potrafię.

Kiedy mijały kolejne tygodnie, a praca dla dobra dusz wydawała się niekiedy ponad moje siły, mały głosik w głębi mego serca zachęcał mnie do wytrwania:

„Janie, masz sześćdziesiąt siedem lat, ale tak naprawdę dopiero zaczynasz uczyć się niektórych ważnych rzeczy o świętości”.

Słuchałem uważnie.

„Jakich rzeczy?”

„Dwóch rzeczy: że czasu danego na pomaganie bliźniemu nigdy nie można odbierać Bogu i że czasu danego przez Boga nigdy nie można odbierać bliźniemu.”

Nagle jak gdyby zapaliło się we mnie światło. Bóg i bliźni! W pewnym sensie są tym samym. Nie można głęboko i szczerze kochać jednego, nie kochając drugiego. Och, jaka straszna szkoda, że poszczególni ludzie i całe narody nie kierują się tą prawdą! Są bowiem jak ptaki, które usiłują fruwać, posługując się tylko jednym skrzydłem. Choćby nie wiem jak się starały, nigdy nie wzbiją się w niebo.

„Muszę używać obu skrzydeł – pomyślałem – miłości do bliźniego tak samo jak miłości do Boga. I muszę pomagać w tym wszystkim ludziom, którzy do mnie przychodzą…”

Wszystkim ludziom, którzy do mnie przychodzą! Nim nastał rok 1855 (dwa lata po mojej trzeciej próbie opuszczenia Ars) liczba pielgrzymów każdego miesiąca sięgała kilku tysięcy.

Kiedy 6 kwietnia tego roku zmarł mój brat Franciszek, modliłem się z całych sił, żeby uzyskał dla mnie łaskę pomagania tak wielu z nich, ilu tylko zdołam. Ponieważ należałem do Trzeciego Zakonu Maryi i Trzeciego Zakonu św. Franciszka, modliłem się też z moimi współbraćmi tercjarzami w Niebie o tę samą łaskę.

Niebawem w Ars nastąpiło wielkie poruszenie. 15 sierpnia gazety doniosły, że cesarz nadaje znaczący zaszczyt pewnym, którzy wykazali się szczególnymi zasługami dla narodu francuskiego. Każdego z nich czynił oficerem cesarskiego orderu Legii Honorowej.

– Jesteś jednym z tych szczęśliwych wybrańców, ojcze – zawołał uradowany ksiądz Toccanier. – Och, to wspaniałe!

Ja się z tym nie zgodziłem i kiedy przybyły krzyż i wstążka Legii Honorowej, dałem je księdzu Toccanierowi. Nie nosiłem ich w niedziele i święta, jak mnie o to usilnie prosił. Czułem, że Bóg będzie bardziej zadowolony, jeżeli obędę się bez ziemskich zaszczytów i poczekam na nagrodę, jaką trzyma dla mnie w zanadrzu w Niebie.

– A poza tym, co ja takiego zrobiłem, żeby zasłużyć na takie wyróżnienie od cesarza? – pytałem. – Ja, ubogi proboszcz, który prawie nie opuszcza swojej małej wioski?

– Przywiodłeś do Boga tysiące grzeszników – odparł szybko ksiądz Toccanier. – Przecież nie ma żadnego innego księdza we Francji, który ma takie powodzenie w konfesjonale jak ty, ojcze. Ani jednego.

Uśmiechnąłem się, widząc ten iście dziecięcy zapał. Mój pomocnik był wspaniałym, młodym człowiekiem, ale niekiedy wydawało się, że zapominał, iż wszelkie moje sukcesy w Ars sprawiła wyłącznie łaska Boża, a nie żadne moje zasługi. Potem uderzyła mnie niespodziewana myśl.

– Otrzymałem święcenia, kiedy miałem dwadzieścia dziewięć lat – powiedziałem powoli – ale była pewna święta funkcja, której nie wolno mi było pełnić w pierwszych miesiącach po moim wyświęceniu do stanu kapłańskiego. Oczywiście, słyszałeś, co to takiego?

Zapadło milczenie, kiedy ksiądz Toccanier poruszył się niezręcznie.

– Ty… nie miałeś prawa spowiadać, ojcze?

– Zgadza się, mój synu. A dlaczego nie miałem?

– Cóż…

– No dalej, mów. Powiedz to otwarcie.

– Przełożeni sądzili, że nie masz dostatecznego doświadczenia, ojcze.

– Ach, chcesz powiedzieć, że wiedzieli, iż nie zdałbym niezbędnych egzaminów.

– Och, nie, ojcze! To wcale nie tak.

Poklepałem mojego młodego wikarego po ramieniu.

– Myślę, że właśnie tak. I prawda jest taka, że tylko z powodu nadzwyczajnego braku księży wikariusz generalny w ogóle zezwolił na wyświęcenie mnie. Bo widzisz, byłem okropnie powolny w nauce. I po tych wszystkich latach dalej jestem bardzo kiepski w łacinie. Cesarz… cóż, domyślam się, że o tym nie wie.

Ksiądz Toccanier słuchał z szacunkiem, ale było aż nazbyt widoczne, że nie potraktował zbyt poważnie tego, co powiedziałem. Darzył mnie głębokim i szczerym przywiązaniem, niczym lojalny syn ojca, i naprawdę uważał, że zasłużyłem na zaszczyt, jakim obdarzył mnie cesarz. Dla niego było ogromnym rozczarowaniem, że nie nosiłem takiego wybitnego odznaczenia.

W miarę, jak upływały kolejne tygodnie 1855 roku, wydawało się, że na całym świecie nie mam ani jednego nieprzyjaciela. Miałem tylko przyjaciół – setki, tysiące przyjaciół! Każda poczta przynosiła od nich prośby o modlitwy i Msze święte. Wtedy pewnego dnia przyjechał do mnie nowy przyjaciel. Był to brat Józef Babey, marianista. Jego przełożeni wysłali go do Ars, żeby prosił mnie o modlitwy w intencji Józefa Vauchera, chorego ucznia.

Łatwo było dostrzec, że brat Babey bardzo się niepokoi o swego młodego podopiecznego. Wkrótce jednak zdołałem go uspokoić. A dlaczego? Ponieważ jak to się często działo, Bóg pozwolił mi zerknąć w przyszłość. I dlatego wiedziałem na pewno, że młody Józef Vaucher (teraz stojący o krok od śmierci z powodu tyfusu) wyzdrowieje. I co więcej, za kilka miesięcy osobiście przyjedzie do Ars, żeby podziękować świętej Filomenie za przywrócenie mu zdrowia.

Słysząc moje słowa, brat Babey nie posiadał się z radości. Co za wspaniałe wieści może wysłać swoim przełożonym! Całej zbolałej rodzinie Vaucherów! Ale było też coś jeszcze…

– Napisz albo wyślij telegram o wyzdrowieniu chłopca do jego matki, a potem wróć i porozmawiamy o twoich problemach – powiedziałem zachęcająco.

Młody zakonnik posłuchał i tego samego wieczora przyszedł do mnie po raz drugi. Ale mimo że czuł ulgę w kwestii Józefa Vauchera, nadal sporo mu brakowało do szczęścia. Martwiło go tak wiele rzeczy! Na przykład to, że jego przełożeni nakłaniali go do studiów do stanu kapłańskiego, chociaż on sam okropnie lękał się związanej z nim odpowiedzialności, zwłaszcza tej dotyczącej spowiedzi. Do tego czasami czuł, że powinien zupełnie opuścić marianistów i zostać misjonarzem albo katechetą w jakimś dalekim kraju. Bądź co bądź, Towarzystwo Maryi było stosunkowo nową organizacją religijną i jak dotąd nie zostało w pełni zaaprobowane przez Kościół.

Poczułem wielką sympatię dla tego zatroskanego, młodego człowieka.

– Jesteś bratem Maryi, marianistą – wykrzyknąłem. – Och, mój synu! Jakie to piękne powołanie! Jakie piękne towarzystwo!

Oczy brata Babeya rozszerzyły się.

– A więc je znasz?

– Oczywiście, znam je. To towarzystwo, między innymi, jest powołane do czynienia wielkiego dobra w Kościele. Będzie istniało aż do końca świata, a wszyscy zakonnicy, którzy umrą, należąc do niego, pójdą do Nieba.

– Ale ojcze, moi przełożeni chcą, żebym został księdzem, a ja jakoś czuję, że brak mi do tego zdrowia.

Położyłem dłoń na ramieniu brata Babeya.

– Słyszałeś o świętej Filomenie?

– Och, tak, ojcze.

– Czy darzysz ją wielkim oddaniem?

– Cóż…

– Mój synu, odmawiaj na jej cześć Veni Creator, Memorare i raz Ojcze nasz przez dziewięć dni i zostaw sprawę swojego zdrowia w rękach Boga. Będziesz księdzem w Towarzystwie Maryi. Dopilnuj, żeby nigdy go nie opuścić.

Przez chwilę brat Babey wpatrywał się we mnie ze zdumieniem. Potem łzy radości powoli wezbrały w jego oczach. Nowej małej zakonnej rodzinie, do której należał – marianistom – przeznaczone są wielkie rzeczy! Będzie istniała aż do końca świata, a wszyscy zakonnicy, którzy umrą, należąc do niego, pójdą do Nieba! A na tym nie koniec. Pomimo obecnych wątpliwości i pokus, on sam otrzymał wspaniały dar powołania kapłańskiego. Musi tylko zachować posłuszeństwo wobec przełożonych i współdziałać z licznymi łaskami, które niebawem na niego spłyną.

– Ojcze, jak mogę ci podziękować za to, co mi powiedziałeś – wybuchnął nagle. – Ależ… ależ ja się czuję jak nowo narodzony!

Uśmiechnąłem się.

– Po prostu poproś Matkę Najświętszą, patronkę twojego wspaniałego towarzystwa, żeby pomagała mi dobrze wykonywać moją pracę – odparłem.

Brat Babey zgodził się, po czym dziwnie się na mnie spojrzał.

– Ale na pewno jest coś jeszcze, co mogę dla ciebie zrobić, ojcze! Może jakiś mały podarek? Jakaś posługa?

Stanowczo pokręciłem głową.

– Nie, mój synu, tylko odmów za mnie od czasu do czasu Zdrowaś Maryjo. Och, gdybyś tylko wiedział, jak wielka moc dobra tkwi w tej skromnej modlitwie… Zwłaszcza, kiedy odmawiana jest z prawdziwą miłością!

Oczywiście, brat Babey nie był jedynym, którego nakłaniałem do okazywania czci Matce Najświętszej. Przez całe życie robiłem co w mojej mocy, by zaszczepiać wielką miłość do Niej w sercach tych, którzy do mnie przychodzili. Teraz, kiedy się starzałem i uświadamiałem sobie, że mój czas na ziemi zbliża się do końca, podwoiłem swoje wysiłki. Właściwie to prawie nie było dnia, żebym nie wspominał imienia Najświętszej Panny, czy to z ambony, czy w konfesjonale. A jednak, pomimo całej mojej pracy na rzecz Matki Najświętszej, wciąż spotykałem ludzi, którzy przyznawali, że Jej nie kochają – i którzy w codziennym życiu z pewnością nigdy nie poświęcili Jej żadnej myśli.

– Co za okropna szkoda – powiedziałem jednej z takich nieszczęsnych dusz, młodej kobiecie, która przyszła do mnie pewnego jesiennego dnia w 1858 roku. – Moje dziecko, czy ty nie wiesz, że Najświętsza Panna kocha cię bardziej, niż kocha cię jakakolwiek inna istota na całym świecie? Że jest bardziej życzliwa i bardziej chętna, by ci dopomóc być szczęśliwą, niż twoja najlepsza przyjaciółka?

Pątniczka popatrzyła na mnie z szacunkiem, po czym westchnęła i pokręciła głową.

– Może i jest tak jak mówisz, ojcze, ale ja jakoś po prostu nie potrafię poczuć żadnego przywiązania do Najświętszej Panny. Ona wydaje się być taka odległa. Ona… Ona jest zbyt zimna!

– Moje biedne dziecko, to ty jesteś zimna – odparłem. – Powiedz mi, czy kiedykolwiek odmawiasz Różaniec?

– Czasami, ojcze, ale bez większego zainteresowania. I bardzo się rozpraszam.

Milczałem przez chwilę. Potem, tak jak to robiłem wcześniej tysiące razy, zaproponowałem, żeby moja młoda przyjaciółka odprawiła nowennę do Serca Maryi – do Niepokalanego Serca, które, spośród wszystkich ludzkich serc, stało się godną świątynią Ducha Świętego – Ducha Miłości.

– Poproś Najświętszą Pannę, żeby ogrzała twój chłód idealną miłością do Boga, która w niej płonie – powiedziałem. – Bądź co bądź, to najwspanialsza matka, jaka żyła na tym świecie. Jej serce jest tak czułe, że serca innych matek są w porównaniu z nim jak sople lodu.

Później tego samego dnia poczułem, że muszę publicznie pomówić o Najświętszej Pannie, gdyż z pewności ą w zgromadzeniu są także inne dusze, które Jej nie kochają albo nie rozumieją.

– Och, przyjaciele, oddanie dla Najświętszej Panny łagodzi serce – zawołałem. – Jest słodkie! Jest pobudzające!

A potem dodałem:

– Kiedy nasze dłonie raz dotkną perfum, same perfumują wszystko, z czym się zetkną. Jeżeli prześlemy nasze modlitwy przez dłonie Najświętszej Panny, nabiorą pięknego aromatu, którego teraz im brak.

I na koniec:

– Nie wchodzi się do domu, nie odezwawszy się do odźwiernego. Cóż, Najświętsza Panna jest odźwierną Nieba. Ona jest samym miłosierdziem i miłością. Ona pragnie tylko widzieć nas uszczęśliwionych. Wszystko, co musimy zrobić, żeby nas wysłuchała, to zwrócić się do Niej…

Dzięki łasce Bożej moja skromna mowa poruszyła wiele serc. Kilka tygodni później ta sama młoda kobieta, która twierdziła, że nigdy nie czuła żadnego oddania dla Matki Najświętszej, odszukała mnie po raz drugi. Ale teraz cała promieniała spokojem i radością, które cudownie było podziwiać.

– Ojcze, po raz pierwszy w życiu czuję, że mam przyjaciółkę, która mnie nigdy nie zawiedzie – oświadczyła z powagą. – Po raz pierwszy w swoim życiu czuję się naprawdę spokojna.

Moje serce zaśpiewało z radości na dźwięk tych szczęśliwych słów.

– Dziecko, opowiedz mi o tym – nalegałem. – Opowiedz mi wszystko!

Nie było wiele do opowiadania. Przez dziewięć dni, tak jak zaproponowałem, moja młoda przyjaciółka odmawiała dziesiątek Różańca na cześć Niepokalanego Serca Maryi. Odmawiała Zdrowaś Maryjo tak uważnie i żarliwie, jak to tylko możliwe, nie doświadczając niczego niezwykłego. Odbyła też drugą nowennę, i trzecią, ciągle nie czując żadnego szczególnego zaangażowania dla Matki Najświętszej. A potem nagle wszystko się zmieniło.

– To było zupełnie tak, jakby coś stopniało w moim wnętrzu, ojcze – wyznała. – W mgnieniu oka zrozumiałam tyle o Matce Najświętszej.

– Co zrozumiałaś?

– Że jest życzliwa! Że nas kocha! I że nas nigdy nie karze, bez względu na to, jak strasznie grzeszymy, tylko wstawia się u swojego Syna o wybaczenie!

– Ach, a więc nie uważasz już, że Matka Najświętsza jest od ciebie odległa?

– Och, nie, ojcze! Ona jest blisko! I jest najlepszą i najszczerszą przyjaciółką!

– A co spowodowało tę… tę zmianę?

– Myślę, że to odmawianie Zdrowaś Maryjo, ojcze, tak uważnie i żarliwie jak tylko mogłam. Och, jaka to cudowna modlitwa!

Naturalnie, moje serce uradowało się tym „nawróceniem” mojej młodej przyjaciółki i nadal doradzałem wszystkim tym, którzy do mnie przychodzili, by pokładali wielką ufność w Matce Najświętszej i żeby umacniali tę ufność przez częste i żarliwe odmawianie Zdrowaś Maryjo. Ale nawet kiedy to robiłem, w sercu czułem pewien niepokój. Chyba moje ziemskie dni pracy dla dobra dusz zbliżały się ku końcowi?

„Mam siedemdziesiąt trzy lata”, powiedziałem sobie pewnej nocy, utrudzony po ponad osiemnastu godzinach spowiadania. „Najdroższa Matko, wydaje mi się, że nie mogę zrobić wiele więcej… nawet dla Ciebie…”

cdn.

Mary Fabyan Windeatt

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Fabyan Windeatt Św. Proboszcz z Ars.