Rozdział dziewiąty. Otwarte serce

Jak wielka to rzecz, drodzy nowożeńcy, gdy serca mężczyzny i kobiety łączą się we wspólnym życiu w celu założenia rodziny. Z serca pochodzą pierwsze pragnienia, pierwsze spojrzenia, pierwsze słowa krzyżujące się na wargach, żeby spotkać się i wymienić z innymi, pojawiającymi się w innym sercu, podczas gdy oba otwierają się wzajemnie na siebie w marzeniu o szczęściu domowym.

Lecz czym jest serce? Serce to źródło życia, ponieważ w nim zaczyna się, postępuje, rozkwita, dojrzewa, rozszerza się, starzeje i kończy bieg życia; lecz serce odczuwa też wszystkie zmienne koleje życia, wszelkie alternatywy i odmiany życia według emocji, które pobudzają jego puls i bicie, stymulując włókna serca sprzecznymi uczuciami miłości lub nienawiści, pragnienia lub niechęci, radości lub smutku, nadziei lub boleści, pokory lub pychy, strachu lub odwagi, łagodności lub gniewu.

Otwarte serce jest źródłem szczęścia we wspólnym życiu małżonków, gdy tymczasem serce zamknięte umniejsza ich radość i spokój. Nie dajcie się oszukać, mówiąc o sercu; jest ono symbolem i obrazem woli. Jak serce fizyczne jest zasadą wszelkiego ruchu ciała, tak wola jest zasadą wszelkiej inicjatywy ducha, albowiem to, co wprawia w ruch intelekt, pobudza też podporządkowane władze i namiętności oraz porusza siły zewnętrzne ku czynom zamierzonym przez rozum oraz wewnętrzne i zewnętrzne zmysły. Biedne ludzkie serce, często niezbadane nawet dla tych, co noszą je w swojej klatce piersiowej! Kto je kiedykolwiek rozezna? A jednak wielu uczy się, chcąc się dowiedzieć, jak się do niego dostać, nawet u innych, i poznać jego oddziaływanie i poruszenia.

Niejeden raz sławni pisarze przedstawiali w swoich opowiadaniach, powieściach i dramatach stan moralny – paradoksalny, a czasem nawet tragiczny – wspaniałych małżonków, urodzonych i stworzonych, by się nawzajem doskonale rozumieć, lecz którzy pozostają niemal sobie obcy w swoim wspólnym życiu i dopuszczają, żeby brak zrozumienia i nieporozumienie powstawało i rosło w ich relacjach. Stopniowo zakłóca to i nadszarpuje ich związek i często kieruje ich na drogę do katastrofy. Z takim duchowym stanem dwojga małżonków niestety mamy do czynienia nie tylko w wyobraźni pisarzy; występuje on często w różnym stopniu w realnym życiu, nawet wśród dobrych chrześcijan.

Jaka jest tego przyczyna? Czasami u podstaw tego leży naturalna nieśmiałość, która powoduje, że niektórzy mężczyźni i kobiety czują instynktowną niechęć do odkrywania swych intymnych uczuć lub przekazywania ich komukolwiek. Z drugiej strony może to być brak prostoty, zrodzony z próżności lub ukrytej, może nieuświadomionej, pychy; w innych przypadkach wadliwe wychowanie, nadmiernie szorstkie i nazbyt uzewnętrznione, mogło przyzwyczaić duszę do introwersji i nieotwierania się czy eksponowania – z powodu lęku przed zranieniem w jej najgłębszych i najdelikatniejszych uczuciach.

A jednak, drodzy synowie i córki, owo wzajemne zaufanie, owo obopólne otwarcie serca, prostolinijna wymiana i dzielenie się myślami, nadziejami, zmartwieniami, radościami i smutkami jest koniecznym warunkiem, elementem – bardzo istotnym składnikiem – waszego szczęścia.

W obliczu waszych nowych obowiązków, nowej odpowiedzialności, czysto formalny związek, łączący was, nigdy nie wystarczy, by nadać waszym sercom owego czynnego nastawienia niezbędnego dla spełnienia misji, którą Bóg wam powierzył, inspirując was do założenia rodziny, aby błogosławieństwo Pana było z wami, byście trwali w Jego woli i żyli Jego miłością. Dla was żyć miłością Boga znaczy uczynić waszą wzajemną miłość tak wzniosłą jak Jego miłość, a to wymaga nie tylko dobrej woli, ale również owej niezależnej małżeńskiej przyjaźni dwóch serc, które pragną wzajemnie życzyć sobie lub nie życzyć tego samego i które dążą do tego, aby objąć się i zjednoczyć coraz ściślej w tej miłości, którą są ożywieni i pobudzeni.

Skoro musicie się wzajemnie podtrzymywać, iść ręka w rękę, solidarnie jedno z drugim, stawiać czoło materialnym potrzebom bytowania, jedno z was przewodząc rodzinie i zapewniając jej swoją pracą niezbędne środki utrzymania, drugie zabiegając o wszystko i pilnując wszystkiego w gospodarstwie, jest wręcz bardziej konieczne, żebyście siebie nawzajem wynagradzali, podtrzymywali się i pomagali sobie w zaspokajaniu moralnych i duchowych potrzeb obu waszych dusz oraz dusz tych małych kochanych aniołków, które Bóg powierzy waszej opiece. Jakże jednak będziecie w stanie udzielać sobie wzajemnego wsparcia i pomocy, jeżeli dusze wasze pozostaną obce, każda zazdrośnie strzegąc własnych sekretów zawodowych, wychowawczych i dotyczących wkładu w życie małżeńskie? Czy nie jesteście jak dwa strumienie, wypływające jak źródła z dwóch chrześcijańskich rodzin i płynące doliną ludzkiego społeczeństwa, żeby domieszać swe przejrzyste wody i użyźnić ogród Kościoła? Czy nie jesteście jak dwa kwiaty, które splatają swe pączki i w cieniu spokoju domowego otwierają się i przemawiają mową swych kolorów i obfitością woni.

Nie mówimy, że to wzajemne otwarcie serc musi być nieograniczone, że bez jakichkolwiek ograniczeń macie wyjawiać sobie wzajemnie wszystko, co tylko zaprząta wasz umysł lub przychodzi wam na myśl i absorbuje waszą uwagę. Istnieją sekrety nienaruszalne, które muszą pozostać ukryte i nie należy o nich mówić ze względu na naturę, obietnicę lub poufność. Przede wszystkim, oboje nie możecie stać się powiernikami sekretów, które was nie dotyczą. Mąż, który jest lekarzem, prawnikiem, funkcjonariuszem, urzędnikiem, przedsiębiorcą będzie wiedział i mógł wiedzieć wiele rzeczy, gdzie tajemnica zawodowa nie pozwala mu ich nikomu wyjawiać, nawet własnej żonie, ona zaś, jeżeli jest mądra i roztropna, okaże właściwe zaufanie, uszanowanie i podziw dla jego milczenia, nie czyniąc niczego ani nie próbując wścibiać nosa. Pamiętajcie, że wasza osobowość ani obowiązki nie ulegają zniesieniu przez fakt małżeństwa. Nawet jednak w sprawach najbardziej dla was prywatnych lub was dotyczących, może być jakaś sprawa poufna, której ujawnienie byłoby bezcelowe i niebezpieczne, która mogłaby zaszkodzić, a nawet zakłócić związek zamiast go zacieśnić, uczynić piękniejszym i szczęśliwszym. Mąż i żona nie są spowiednikami. Spowiedników spotyka się w kościele w trybunałach pokuty. Z racji swego kapłaństwa wyniesieni są na stan wyższy niż samo życie rodzinne – stan rzeczywistości nadprzyrodzonej. Nałożona została na nich władza leczenia ran duchowych, mogą przyjąć każdą rzecz poufną i otworzyć serce na nieszczęście. Są ojcami, nauczycielami i lekarzami waszych dusz.

Jednakże poza tymi osobistymi i świętymi tajemnicami życia wewnętrznego i zewnętrznego, musicie tak zbliżyć swe dusze, żeby stopić je w jedno. Czy nie jest to rzecz najwyższej wagi dla dwojga ludzi, chcących mieć pewność, że ich życie może być przeżyte w zgodzie i dźwigane w całkowitej harmonii? Jeżeli jedno z nich jest szczerym i głęboko przeżywającym swą wiarę chrześcijaninem, a drugie – jak to może się niestety zdarzyć – wierzy słabo lub wcale i mało dba, albo nie dba wcale, o obowiązki czy praktyki religijne, łatwo zrozumiecie, że pomimo ich wzajemnej miłości, pomiędzy tymi dwiema duszami powstaną poważne rozbieżności, których nie uda się w pełni uzgodnić, chyba że przyjmiemy słowa św. Pawła w ich najpełniejszym sensie: „Albowiem uświęcony jest mąż niewierzący przez żonę wierzącą i żona niewierząca uświęcona jest przez męża wierzącego”(1 Kor 7, 14).

Z drugiej strony, w domu, gdzie wspólny ideał życia jednoczy męża i żonę, i oboje dzięki łasce uświęcającej są dziećmi Bożymi i przybytkami Ducha Świętego, rzeczą łatwą i przyjemną staje się wzajemnie zwierzanie się sobie z radości i smutków, nadziei i lęków, pomysłów i planów dotyczących prowadzenia domu, dla przyszłości rodziny, dla wychowania dzieci. Wszystko będzie między nimi przemyślane, zaplanowane, dostarczone i wykonane w ufnej harmonii. Wówczas, ilekroć zajdzie potrzeba, obopólna miłość i duch chrześcijański sprawią, że wszelka niezgoda zniknie i zamieni się w zdrowie i siłę do przezwyciężenia wątpliwości, naturalnej nieśmiałości oraz owych skłonności i przyzwyczajeń do izolowania się lub introwersji duchowej, tak łatwo wywołujących i eskalujących niezadowolenie.

Nie będziecie się wzbraniać od wysiłku koniecznego do osiągnięcia zwycięstwa, bo zrozumiecie jego wagę. Opierając się na tej samej miłości, która wzbudziła w was pragnienie zażyłego stopienia się dusz, wyprowadzicie zapał i odwagę do stosownego dopasowania swych gustów, zwyczajów, preferencji i naturalnych skłonności, nie ulegając pokusie samolubstwa i gnuśności. Czyż Boża Opatrzność, która was połączyła, nie domaga się tego wszystkiego z wielkoduszności twojego serca? Czyż nie tego żąda ona od owego prawdziwego ducha życia we dwoje, gdzie każdy dostosowuje się, żeby przypodobać się towarzyszowi? Czyż nie jest to zgodne z Boskim celem waszego związku, gdzie interes współmałżonka czynicie własnym interesem?

Obojętność lub brak zainteresowania są być może najgorszą z niezliczonych postaci samolubstwa. Nic tak nie sprzyja wzrostowi wzajemnego zaufania, jak zainteresowanie, które jest autentyczne, prostolinijne, szczere i serdeczne, odczuwane i okazywane wobec wszystkiego, co jest bliskie sercu tego współmałżonka, z którym dzielisz życie. Owa kariera, studia, praca, biuro, zatrudnienie, może was nie dotyczyć – was żon i jako takie może nic dla was nie znaczyć. Jeżeli jednak jest to kariera, są to studia, jest to praca, biuro, zatrudnienie twojego męża, wobec których to spraw przejawia on taki entuzjazm i nad którymi się tak długo mozoli, z którymi związał swoje marzenia na przyszłość, swoje nadzieje rodzinne i osobisty awans, to czy może to być dla ciebie bez znaczenia i obojętne? A wy, mężowie, z pewnością macie swoje poważne zawodowe zajęcia, jednakże zważywszy na wysiłki waszych żon, by uczynić wnętrze waszego domu bardziej wygodnym i cichym, ich nieustające wysiłki, by coraz bardziej we wszystkim wam się podobać, ich baczną troskę o wychowanie dzieci, w sprawach charytatywnych i społecznych, czy możecie, wy mężowie, pozostać obojętni, zapominalscy lub nawet grubiańscy, przejawiając malkontentyzm?

Otóż nowa rodzina, którą właśnie zainicjowaliście, jest w istocie dzieckiem obu waszych rodzin, które was wychowały, wykształciły i wyuczyły. W pewien sposób każde z was weszło do rodziny drugiego – rodziny, która odtąd nie jest już dla was obca. Możecie ją raczej nazwać własną, ponieważ w tym właśnie domostwie znaleźliście swego towarzysza życia. Dlatego nie zaniedbujcie krewnych – tego ojca, tej matki – którzy właśnie dali wam swoją ukochaną córkę lub ukochanego syna; bierzcie udział we wszystkim, co ich interesuje: w ich radościach i smutkach; dostosujcie się, by rozumieć ich poglądy, gusta, maniery; okazujcie z całą życzliwością więź, jaka was z nimi łączy. Niech twoje serce nauczy się otwierać w obrębie tej rodziny oraz wejdzie na szeroką i ufną drogę zażyłości ducha i uczuć. Jaką przykrość sprawiłoby twemu mężowi lub twojej żonie, gdybyś trzymał się z dala lub był obojętny wobec tych osób i tego domu, który jest jego lub jej!

Otwarte serce było obwoływane i wysławiane jako podstawa ścisłej więzi uczuciowej między dwojgiem przyjaciół – przez wszystkich pisarzy, którzy na przestrzeni wieków opisywali i wyśpiewywali radości przyjaźni. W małżeństwie ideał otwartego serca tworzy centrum owego sanktuarium pokoju i radości domowej, jakim powinno być życie małżeńskie, gdzie serce otwiera się dla ciebie i zawsze daje ci możliwość otwarcia się twojego serca niezależnie od tego, jaki jest poranek, południe czy wieczór twego dnia, gdzie otwarte serce jest źródłem i pożywieniem owego szczęścia, które, nawet bardziej niż w przypadku zwykłej przyjaźni, jest udziałem małżonków chrześcijańskich, gdy małżeństwo jest przeżywane po chrześcijańsku.

Oby Bóg, drodzy nowożeńcy, dał wam swą łaskę, abyście potrafili podejmować coraz bardziej wielkodusznie te małe ofiary, których wymaga czasem pełne cieszenie się owym szczęściem. O to będziemy Go dla was prosić, udzielając wam z serca po ojcowsku apostolskiego błogosławieństwa.

Współpraca pomiędzy mężem a żoną

W życiu rodzinnym niektóre obowiązki są w szczególności obowiązkami męża, inne spadają na żonę i męża; lecz matka nie może całkiem abstrahować od pracy swego męża, ani też mąż od trosk swej żony. Cokolwiek dzieje się w rodzinie powinno być w jakiś sposób efektem współpracy, działaniem w jakiś sposób wspólnym mężowi i żonie.

Co oznacza współpraca? Czy oznacza to proste dodanie dwóch sił, z których każda działa samodzielnie jak w przypadku dwóch lokomotyw, które ciągną bardzo ciężki pociąg, łącząc siły, żeby wprawić go w ruch? Nie na tym polega prawdziwa współpraca. Z drugiej strony, maszynista i palacz w każdej z lokomotyw (podobnie jak maszynista i jego pomocnik w nowoczesnych lokomotywach elektrycznych) autentycznie współpracują ze sobą, materialnie i świadomie, pilnując, żeby ta prawidłowo się poruszała. Każdy z nich wykonuje własną pracę, lecz nie bez uwzględniania swego towarzysza, dostosowując swoje działanie podług tego, co ten drugi może potrzebować lub czego może od niego oczekiwać.

Współpraca między ludźmi musi oznaczać współpracę angażującą umysł, wolę i czyn. Umysł dlatego, że w istocie tylko rozumne stworzenia mogą ze sobą współpracować i koordynować swoje wolne działanie. Kto współpracuje, nie dodaje jedynie własnych wysiłków, by dogodzić sobie, lecz dostosowuje je do wysiłków innych ludzi w celu osiągnięcia wspólnego efektu. W ten sposób współpraca polega na organicznym podporządkowaniu określonej pracy jednej osoby – wspólnej myśli dla realizacji wspólnego celu, tak iż wszystko jest mu podporządkowane i dostosowane. Wspólny cel wzbudzi w umysłach to samo zainteresowanie i zaślepi je we wzajemnym upodobaniu, pobudzając do odrzucenia własnej niezależności, tak aby zgadzały się co do wszystkiego, co jest konieczne i wymagane do osiągnięcia celu. Wspólna myśl, wiara i wola są podstawą każdej prawdziwej współpracy. Czym intensywniej działają te trzy czynniki i czym bardziej są konsekwentne w działaniu, tym bardziej owocna i integrująca będzie współpraca.

Rozumiecie więc, że współpracę wymagającą rozumu, woli i aktywności nie zawsze jest łatwo realizować doskonale. Razem z tą ogólną ideą integracji i współpracy angażującej energię życiową, z owym wewnętrznym przekonaniem o celu, który należy osiągnąć, płomiennym pragnieniem osiągnięcia go za wszelką cenę, współpraca zakłada też wzajemne zrozumienie, szczery szacunek oraz postanowienie włączenia się razem z innymi do pracy dla osiągnięcia tego samego celu, głęboko świadomą chęć uznania i przyjęcia nieuniknionych różnic między osobami, które z nami współpracują, bez traktowania ich z pogardą, lecz ucząc się od nich. Pociąga to za sobą ponadto konieczność samozaparcia, dzięki któremu wiemy, jak się przezwyciężyć i ustąpić, zamiast narzucać drugiemu własne zdanie lub zawsze pozostawiać dla siebie najprzyjemniejszą i najbardziej odpowiadającą pracę. Trzeba czasem chcieć nawet pozostać w cieniu, widząc jak – można powiedzieć – własne wysiłki idą na marne, pozostać anonimowym lub ledwo dostrzeganym w efektach wspólnego działania.

Jednakże, jak trudną nie wydawałaby się taka harmonijna i bliska współpraca, jest ona niezbędna ze względu na dobro, jakie Bóg zamierzył dla rodziny. Mąż i żona to dwoje, którzy idą obok siebie, trzymając się za ręce; są złączeni więzią obrączki ślubnej, węzłem miłości, którego nawet poganie nie wahali się nazywać vinculum iugale (węzeł małżeński). Kim zatem jest kobieta, jeśli nie pomocnicą mężczyzny, ona, której Bóg udzielił świętego daru wydania człowieka na świat – ona, której starsza siostra, „pokorna, stojąca wszak wyżej od innych stworzeń, doczesny cel odwiecznej mądrości”, dała nam Odkupiciela rodzaju ludzkiego i przez pierwszy cud przyniosła też radość „związkowi małżeńskiemu” na weselu w Kanie?

Bóg nakazał, żeby ojciec i matka współpracowali na rzecz głównego i pierwszorzędnego celu związku małżeńskiego, którym jest zrodzenie potomstwa, poprzez współpracę wolną i pożądaną, z gotowością przyjęcia tego, co tylko tak wspaniały cel może od nich wymagać, poprzez samopoświęcenie. W ten sposób Stwórca nieomal czyni rodziców uczestnikami owej potężnej władzy, za pomocą której uformował pierwszego człowieka z mułu ziemi, zastrzegając dla siebie wszczepienie w niego spiraculum vitae, tchnienia nieśmiertelnego życia, stając się tym samym Najwyższym Współpracownikiem dzieła rodziców, albowiem jest On Przyczyną działania i czynów wszystkich, którzy działają (św. Tomasz z Akwinu). Jego radość jest zatem waszą radością, drogie matki, gdy zapominając o całym trudzie, wydajecie radosny okrzyk przy narodzinach dziecka: „człowiek się narodził na świat” (J 16, 21). W ten sposób spełnia się na was błogosławieństwo, którego Bóg już wcześniej udzielił pierwszym rodzicom w ziemskim raju i które powtórzył Noemu po potopie, drugiemu rodzicowi rodzaju ludzkiego: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię” (Rdz 1, 28; 8, 17).

Lecz oprócz zrodzenia i zapewnienia dobrobytu dziecku w jego życiu fizycznym, musicie też zgodnie pracować na rzecz jego edukacji w zakresie życia duchowego. W tej delikatnej duszy pierwsze wrażenia pozostawiają mocne ślady, a podstawowym celem małżeństwa jest nie tylko prokreacja, lecz również wyedukowanie i wychowanie ich w bojaźni Bożej oraz w wierze. W ten sposób we współpracy, która musi przesiąkać i ożywiać wszystko w życiu małżeńskim, odkryjecie i będziecie cieszyć się owym szczęściem, które łaska Bożej Opatrzności przygotowała, zasiała i tak dobrze pomnożyła w rodzinie chrześcijańskiej.

Jednak nawet myśl i troska o dziecko, którego narodzenie ukoronowało i uświęciło małżeństwo dwojga, nie będą wystarczały do tego, by automatycznie i odruchowo współpracować do końca życia, jeżeli brakować będzie woli lub serdecznego wysiłku do współpracy albo wola ta lub wysiłek będą słabły. Od woli pochodzi postanowienie; z postanowienia musi płynąć przekonanie o konieczności współpracy. Czy ta potrzeba jest dobrze rozumiana przez osobę, która wchodzi w życie małżeńskie, zamierzając zachować i zazdrośnie strzec własnej wolności i nie ustąpić nic ze swej niezależności? Czy nie jest to raczej szukanie potężnych konfliktów, mrzonka stwarzająca niemożliwą i urojoną sytuację w realnym życiu razem? Najlepiej jest zatem rozumieć i akceptować wspólnie, szczerze i w całej pełni, z miłością i poświęceniem, a nie tylko z rezygnacją, tak fundamentalnie wybrany stan życia. Uchwyćcie się więc odważnie i radośnie, na ile was stać, tego, co przyczyni się do harmonijnej, uprzejmej współpracy, nawet jeśli miałoby to oznaczać rezygnację z gustów, upodobań, pragnień i osobistych nawyków, nawet jeśli ma to oznaczać codzienną, niepozorną, skromną i uciążliwą pracę.

Wola współpracy. Co oznacza słowo „wola”? Oznacza ono chcieć i poszukiwać współpracy; oznacza lubić wspólną pracę – bez oczekiwania, że będzie ona zaoferowana, poszukiwana lub narzucona; oznacza przejęcie inicjatywy, umiejętność zrobienia – jeśli trzeba – pierwszego kroku po to, żeby uruchomić działanie; oznacza poszukiwanie w oparciu o te pierwsze kroki, okazji do energicznej kontynuacji oraz wytrwania w czujnych i wytężonych staraniach w poszukiwaniu dróg autentycznego złączenia obu waszych działań, bez zniechęcenia czy niecierpliwości na tle jednomyślności czy też wsparcia drugiej strony, nieprzejawiającego się ani w stopniu wystarczającym, ani chętnie czy odpowiednio do waszych własnych wysiłków. Trzeba mieć zawsze na uwadze, że nie ma zbyt wysokiej ceny, by zdobyć tak pożądaną, niezbędną i skuteczną harmonię w pracy i staraniach dla dobra rodziny.

Trzeba być rzeczywiście oddanym współpracy. Tego oddania nie można się nauczyć z książek, lecz uczy go serce miłujące wspólną pracę w gospodarstwie domowym; oznacza ono wzajemną miłość, wspólną troskę i pieczę o rodzinne gniazdo; ono obserwuje, żeby się nauczyć, uczy się, żeby działać, a działa, żeby podać rękę swemu pomocnikowi lub pomocnicy. Krótko mówiąc, owo oddanie jest powolną i wzajemną edukacją i modelowaniem życia małżeńskiego, co jest niezbędne dla dwojga dusz uczących jedna drugą, jak dążyć do osiągnięcia prawdziwego i poufałego współdziałania. Jeżeli każda z tych dwóch dusz, zanim jeszcze zamieszkali razem pod jednym dachem, prowadziła osobne życie i dbała tylko o siebie, jeżeli pochodzą one z rodzin, które – chociaż podobne – nie będą nigdy identyczne, jeżeli zatem każde wnosi do rodziny nawyki wyniesione z domu dotyczące idei, odczuć, działania i zachowania, których nie będą nigdy w stanie na początku w pełni i harmonijnie dopasować między sobą, to możecie być pewni, że aby skoordynować swe wysiłki, każde musi znać drugą stronę bardziej intymnie, niż było to możliwe w okresie narzeczeńskim. Przy każdej sposobności musicie testować cnoty i wady, zdolności i niedostatki małżonka, nie po to, żeby wywoływać krytykę czy kłótnię albo wywyższać się, widząc u swego towarzysza życia jedynie defekty, lecz żeby zdawać sobie sprawę, czego można od niego się spodziewać, co być może trzeba wyeliminować lub wyrównać.

Z chwilą, gdy rozeznane zostanie tempo, do którego trzeba będzie dostosować własne, wówczas będziecie musieli ochoczo podjąć długi trud zmieniania, łagodzenia i łączenia myśli i zwyczajów. Jest to trud, którego dokona wzajemna miłość, nawet tego nie zauważając. Te przemiany, odmiany i poświęcenia nie będą kłopotliwe, nie będą też nadmiernie ciążyć którejś ze stron, lecz będą udziałem obojga. Gdy radość z osiągnięcia doskonałej harmonii dwojga dusz w zakresie myśli, woli i działania zechce rozradować i rozjaśnić dobrobyt i szczęście rodziny, każde z dwojga rozmyślać będzie w duchu miłości i z ufnością, że wkrótce wstanie dzień.

Wszyscy ludzie na tym świecie są pielgrzymami Boga, wędrującymi do Niego drogą życia. Jednakże na tej utwardzonej ścieżce małżeńskiego życia różnice charakterów pomiędzy dwojgiem wędrowców często tak zmieniają jednemu z nich tę podróż, że podnoszą go, przez ćwiczenie się w cnotach, do wyżyn świętości. Kto czytał żywot bł. Anny Marii Taigi, zdumiony jest różnicami w pochodzeniu, usposobieniu, edukacji, skłonnościach i gustach, jakie istniały pomiędzy nią a jej mężem, tragarzem Dominikiem; mimo to była ona tak cudownie zgodna i dostosowana do człowieka tak od siebie różnego. Niech ta heroiczna matka rodziny wyjedna każdemu z was, drodzy nowożeńcy, obfitość tych łask niebieskich, które pomogą wam osiągnąć i doskonalić wszędzie w waszych rodzinach takie odpowiedzialne i chrześcijańskie współdziałanie w służbie Bogu.

Pius XII

Powyższy tekst jest fragmentem książki Piusa XII Małżeństwo na zawsze.