Rozdział dziewiąty. Łowca dusz

„Pierwszą rzeczą, o której musimy pamiętać przy zbawianiu własnej duszy jest troska o dusze innych.”

Była to jedna z pierwszych lekcji, jakie Dominik pobrał od don Bosko. Stała się fundamentem całego sposobu życia Świętego i zyskała mu miano „łowcy dusz”. Dominik uczynił ją główną sprężyną swej działalności. Próbował naśladować księdza nawet w środkach, które stosował, by zbliżyć się do dusz innych ludzi.

Dominik był zawsze serdeczny i uczynny. Uśmiech rzadko opuszczał jego wyraziste, małe usta. Kiedy długotrwałe starania, by sprowadzić zbłąkaną owcę do owczarni, nie przynosiły niczego oprócz obelg i razów, uśmiech nie znikał, otwierając drogę do następnych prób.

Dominik opierał swój program jednoosobowej Akcji Katolickiej na dwóch filarach, jakimi były spowiedź i Komunia Święta. One również dawały mu trafną formułę szczęśliwego życia.

– Czego jeszcze mogę pragnąć, aby być szczęśliwym? – mawiał. – Jeśli jest coś, co mnie niepokoi, idę do spowiedzi i – pyk! – znika. Jeśli potrzebuję szczególnej łaski, idę po prostu do Komunii Świętej i – pyk! – otrzymuję ją.

Naśladując przykład dany przez mistrza, który szukał dusz o każdej porze i w każdym miejscu, gdzie mógł je znaleźć, Dominik również tropił dusze na głównych i bocznych drogach swego małego świata.

Najważniejsze pole działalności Dominika, Oratorium, było, jak widzieliśmy, czymś bardziej złożonym niż zwykła szkoła z internatem. W latach 1856–1857 przebywało tam około stu siedemdziesięciu pensjonariuszy tworzących osobliwie mieszaną grupę. Po pierwsze, byli tam uczniowie, mniej lub bardziej spokojna grupa chłopców, którzy regularnie uczęszczali na zajęcia szkolne; byli też praktykanci – trudniejsi do opanowania, bo zdążyli już poznać różne ścieżki tego świata; dalej chłopcy „dzienni”, którzy przychodzili na zajęcia do Oratorium, gdy tylko było otwarte. Oprócz nich byli chłopcy w różnym wieku i z różnych środowisk, sześciuset lub siedmiuset w tamtym okresie, którzy przychodzili z sąsiednich ulic w niedziele i święta, by wziąć udział w zabawach i grach po nauce katechizmu.

Pośród tych chłopców Dominik znajdował liczne cele swojej Akcji Katolickiej. Oczywiście, tak jak inni lubił przebywać w Oratorium w niedziele i święta, z powodu panującej tam wtedy radosnej atmosfery, hałasu i zamieszania, ale nigdy nie zaniedbywał swojej sprawy – sprawy swego Ojca.

Najwięcej okazji było w czasie zabaw. Do ulubionych posunięć Dominika należał wybór chłopca, który „nie był święty” i zmiana pozycji w drużynie, by znaleźć się blisko niego jako partner lub przeciwnik. Stosował każdy sposób, jaki znał, by skierować rozmowę na sprawy duszy lub spowiedź. Potem, najchętniej podczas przerwy w grze, wypuszczał strzałę.

– Słuchaj, skoro o tym rozmawiamy – może poszlibyśmy razem do spowiedzi? Pasuje ci sobota?

Czasami drugi chłopak zgadzał się od razu, tylko po to, by się uwolnić od natarczywości Dominika.

– Dobrze, dobrze. Jak chcesz. W przyszłą sobotę. A teraz grajmy dalej.

Dominik trzymał go na cienkiej nici tej nie całkiem dobrowolnej obietnicy. Do soboty chłopak byłby oczywiście o wszystkim zapomniał. Dominik zjawiał się niespodziewanie, by mu o tym przypomnieć i mimo protestów zaprowadzić do spowiedzi.

Zdarzało się niekiedy, że ten sposób nie skutkował. Prawdopodobnie chłopak przypominał sobie w porę o obietnicy i znikał Dominikowi z oczu. Po długich i bezowocnych poszukiwaniach Dominik poddawał się, przynajmniej na ten dzień. Ale jeśli odnalazł go później, kiedy tamten myślał, że już zapomniał o obietnicy, rozmowa zwykle przebiegała mniej więcej tak.

– O! Jesteś tu, przyjacielu!

– O! Cześć, Dom! Wiesz, byłem… eee… chory wtedy, gdy mieliśmy się spotkać.

– Biedaku! Może byłeś chory, bo masz coś na sumieniu. Czemu nie pójdziesz do spowiedzi, by się od tego uwolnić? Co powiesz na sobotę?

Po takiej podwójnej dawce chłopak zwykle się poddawał.

– Czy pragniesz wielu łask? – pytał Dominik innych chłopców. – Nawiedzaj często Najświętszy Sakrament. Chcesz mniej łask? Nawiedzaj go rzadko. Nie chcesz żadnej? Nie nawiedzaj go nigdy.

Dominik wierzył w to całym sercem. Chciał, by jego koledzy nabrali zwyczaju częstego nawiedzania Najświętszego Sakramentu. Kiedy sam wchodził do kościoła, zawsze starał się zabierać kogoś ze sobą. Aby ułatwić chłopcom składanie tych krótkich wizyt, don Bosko zbudował dla nich kaplicę koło placu zabaw. Mogli tam zajrzeć i wyjść, kiedy chcieli.

Duch apostolski nie opuszczał Dominika nawet w czasie wakacji. Odkrył, że z łatwością może łowić dusze w rodzinnych stronach ze względu na swój prestiż. Każdy, kto uczył się w wielkim mieście jak Turyn, cieszył się tu poważaniem. Sąsiedzi znali go jako chłopca, który nigdy nie miał ochoty na zabawę czy pogaduszki, tylko wolał się modlić przy ołtarzu Najświętszej Panny. Gdyby to był ktoś inny, mógłby z tego powodu sporo wycierpieć ze strony kolegów, ale Dominik – cóż, lubili go i właśnie takiego zachowania od niego oczekiwali.

W pracy Dominika w domu nie było niczego spektakularnego. Licząc chłopca, który zmarł przed narodzinami Dominika, i dziewczynkę urodzoną po jego śmierci, w rodzinie było jedenaścioro dzieci. Dominik opowiadał młodszemu rodzeństwu niektóre historie, jakie usłyszał w Oratorium, i opisywał piękne rzeczy, jakie widział w Turynie – dodając do tego morał w sposób, w jaki zwykle to czynił ksiądz Bosko.

Zawsze wracał do domu zaopatrzony w medaliki i święte obrazki. Rozdawał je jako nagrody mniejszym dzieciom, które umiały zrobić znak krzyża, odpowiedzieć na pytania katechizmu i wyrecytować modlitwy.

– Cześć, Bruno! – mówił do małego chłopca z wielkimi brązowymi oczami. – Chcesz medalik?

– Pewnie, że chcę, Dominiku. Daj mi go.

Bruno czekał na podarunek.

– Możesz go mieć, jeśli potrafisz mi powiedzieć, czemu Bóg cię stworzył.

– Pewnie, że umiem… Bóg mnie stworzył… Bóg mnie stworzył, żebym Go kochał i… i…

W oczach Bruno pojawił się cień niepokoju – wyglądał, jakby miał się rozpłakać.

Dominik przyszedł mu z pomocą, zanim do tego doszło.

– Cóż, Bruno, jeśli potrafisz mi powiedzieć, że Bóg cię stworzył, byś Go kochał, szanował, służył Mu przez całe doczesne życie i był z Nim szczęśliwy w przyszłym, myślę, że zasłużyłeś na medalik.

Po tej powtórce chłopczyk dostał medalik i prawdopodobnie nigdy już nie zapomniał, dlaczego Bóg stworzył małego Bruno.

Dominik miał również dar opowiadania i w niedzielne popołudnia zbierał wokół siebie dzieci ze wsi. Siadały w polu pod drzewem, jeśli było ciepło, lub w stodole, jeśli było zimno, i słuchały, tak jak wszystkie dzieci w każdym wieku uwielbiają słuchać ciekawych opowieści.

***

Jednym z najbardziej poruszających zdarzeń w całej karierze Dominika – „kariera” to jedyne słowo na opisanie jego podejścia do świętości – jest spotkanie z chłopcem, który odmówił pójścia do kościoła.

Dominik był wtedy w drodze na Mszę Świętą. Ostry wiatr zacinał i wdzierał się w rozcięcie płaszcza. Chłopiec mocniej wtulił podbródek w szalik.

Był już w drzwiach kościoła, gdy nagle się zatrzymał. Coś zaczęło docierać do jego umysłu. Jakiś chłopiec za nim ociągał się z wejściem, a był już czas na Mszę. Zawrócił.

– Cześć! – powiedział.

– Cześć! – odrzekł chłopiec. Był biednie ubrany i stał pod ścianą. Zziębnięty, mocno przyciskał łokcie do boków.

– Idziesz na Mszę Świętą?

– Nie.

– Eee… czemu… czemu nie idziesz? Jesteś chory?

– Nie.

– Zimno ci?

– Zgadłeś, bracie! Lodowato! Marzłem przez cały dzień.

– W kościele byłoby ci cieplej.

– Może.

– Więc dlaczego nie wejdziesz?

– Nie mam ochoty.

– Ale dlaczego? Nie możesz mi powiedzieć?

– Pomyśl tylko. Ja… rozumiesz… wstydzę się wejść w tym ubraniu. Mam podarty płaszcz i spodnie. Zobaczyłbyś, gdybym się odwrócił.

– Och, przepraszam!… Coś ci powiem. Jeśli włożysz mój wielki płaszcz, nikt nie zobaczy twojego. I jest dość długi, by ukryć spodnie – tak, jeśli go nie podniesiesz i nie pochylisz się. Przymierz – tylko sprawdź. No! A nie mówiłem!

– Oho! Szykownie wygląda, co?

– Pewnie. Chodźmy.

– Czekaj! ? A ty? Twój płaszcz…

– Chodź. Jesteśmy już spóźnieni.

***

Tym razem ciepły płaszcz, innym – para rękawiczek, za trzecim podzielił się jedzeniem… – te rzeczy miały dla Dominika małą wartość. Ważniejsze było to, by pomóc innym.

***

Przy całej tej gorliwości, Bóg pobłogosławił chyba Dominika więcej niż odrobiną zdrowego rozsądku. Mówił mu on, czy w danym przypadku interwencja przyniesie coś dobrego, czy nie.

Pewnego popołudnia, wracając ze szkoły z przyjacielem, Dominik mijał woźnicę kierującego wozem. W tej samej chwili koń się znarowił. Woźnica próbował wszystkiego, by zmusić go do ruszenia, włącznie ze stekiem przekleństw. Dominik zarumienił się, podniósł kapelusz i zaczął coś mamrotać do siebie.

– Co robisz, Dominiku? – zapytał przyjaciel. – I co ty tam do siebie mówisz?

– Nie słyszałeś tego człowieka? Użył imienia Naszego Pana nadaremno! Gdyby to miało jakiś sens, podszedłbym i porozmawiał z nim. Ale to mogłoby tylko pogorszyć sprawę, więc podniosłem kapelusz i powiedziałem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”.

W takich okolicznościach, w konfrontacji z gniewnym, ordynarnym woźnicą wracającym do domu po całym dniu ciężkiej pracy, Dominik rozumiał, że niewiele więcej może zrobić.

Nigdy się jednak nie wahał, kiedy czuł, że może zrobić coś dobrego. Przy innej okazji, na przykład, mijał starszego, dobrze ubranego człowieka, który przypadkiem upuścił paczkę do rynsztoka. Elegancki starszy dżentelmen zaczął używać mało dżentelmeńskiego języka. Dominik przeraził się bardziej niż przy spotkaniu z prostym człowiekiem. Ten, sądząc z pozorów, powinien wiedzieć, jak się zachować.

Dominik zbliżył się do niego ze swoim zwykłym uśmiechem.

– Przepraszam pana. Czy mógłbym prosić o przysługę?

– Oczywiście, młody człowieku. Co takiego?

– Czy mógłby pan mi wskazać drogę do Oratorium księdza Bosko?

– Pewnie! Posłuchaj teraz uważnie: Pójdziesz prosto aż do bulwaru Królowej Małgorzaty. Potem… – mężczyzna dał mu jasne i dokładne wskazówki, jak dojść do Oratorium.

Kiedy skończył, Dominik spytał znowu:

– Czy mogę pana jeszcze o coś prosić?

– Skoro spełniłem z łatwością twoją pierwszą prośbę, myślę, że mogę spełnić następną. Co tym razem?

– Czy mógłby Pan przestać przeklinać?

– Co? Przestać przeklinać? A niech cię! Kto by pomyślał! – warknął mężczyzna.

Spojrzał na Dominika, wiedząc, że ma prawo czuć się obrażony. Gdyby inny młodociany parweniusz ośmielił się powiedzieć mu coś takiego, wiedziałby, co z nim zrobić. Nie mógł jednak gniewać się na drobnego chłopca, który stał przed nim. Przez chwilę patrzył na Dominika ze zdumieniem, a potem bruzdy wokół jego oczu wygładziły się w uśmiechu.

– No, no, no! – powiedział, tym razem rozbawiony. – Masz całkowitą rację, synku. Naprawdę muszę skończyć z tym okropnym nawykiem przeklinania i… mogę zacząć od zaraz!

cdn.

Peter Lappin

Powyższy tekst jest fragmentem książki Petera Lappina Dominik Savio. Nastoletni święty.