Rozdział dziesiąty. Młodość Kościoła, cz. 1

Aż do mniej więcej końca dziewiętnastego wieku od tego, kto wstępował do Kościoła katolickiego oczekiwano wyjaśnienia pobudek tej decyzji. Dzisiaj oczekuje się raczej wyjaśnienia przyczyn, dla których ktoś do Kościoła nie wstępuje. To stwierdzenie może się wydać przesadą, ale sądzę, że oddaje pewną prawdę kryjącą się podświadomie w tysiącach umysłów. Co do podstawowych pobudek konwersji na katolicyzm, tak naprawdę podstawowe są tylko dwie. Pierwsza to ta, że konwertyta uznaje Kościół katolicki za niewzruszoną i obiektywną prawdę, istniejącą niezależnie od tego, czy mu się to podoba czy nie. Drugą jest pragnienie wyzwolenia się z grzechów. Jeśli dla kogoś nie są to główne pobudki, to próżno dociekać, jakie były jego filozoficzne, historyczne bądź emocjonalne motywacje przyjęcia wiary katolickiej, ponieważ wcale jej nie przyjął.

Warto jednak na wstępie powiedzieć coś o pierwszej kwestii, którą można by nazwać wyzwaniem rzuconym przez Kościół. Mam na myśli to, że świat zdał sobie ostatnio sprawę z tego wyzwania w dziwny i niemal zatrważający sposób. Jestem dosłownie jednym z najmniejszych, ponieważ jednym z ostatnich w tłumie konwertytów myślących w ten sam sposób co ja. Radością napawa fakt, że wzrasta liczba katolików, ale radością jest też to, że jeśli mogę tak powiedzieć, wzrasta liczba niekatolików, to znaczy świadomych niekatolików. Świat uświadomił sobie, że jest niekatolicki. Jeszcze niedawno byłoby to tak nieprawdopodobne jak to, gdyby zaczął rozmyślać o tym, że nie jest konfucjański. Cały szereg argumentów za nieprzystępowaniem do Kościoła rzymskokatolickiego dał jedynie początek ostatecznemu argumentowi za przystąpieniem do niego.

Wyjaśnię, że w tym momencie mówię o takiej negatywnej reakcji wobec katolicyzmu, za którą stoją uczciwe, choć konwencjonalne argumenty. Ja sam zareagowałbym kiedyś w ten sposób. Nie mam teraz na myśli etapu zwykłego oszukiwania samego siebie albo nadąsanych wymówek, chociaż może się on pojawić przed ostateczną decyzją o konwersji. Rzecz w tym, że nawet jeśli jesteśmy szczerze przekonani o zasadności tychże argumentów, to tym samym milcząco przyznajemy, że są one konieczne. U samych początków wszystkich naszych przemian, jeśli wolno mi mówić w imieniu wielu osób lepszych ode mnie, było przekonanie, że musimy mieć jakieś powody, by nie zostać katolikami. Nigdy nie miałem powodów, by nie przyjąć greckiego prawosławia, religii Mahometa, teozofii albo kwakryzmu. Niewątpliwie potrafiłbym znaleźć i określić te powody, gdyby ktoś mnie spytał. Podobnie potrafiłbym przedstawić powody, by nie zamieszkać na Litwie, nie zostać dyplomowanym księgowym, nie zmienić nazwiska na Vortigern Brown albo nie robić tysiąca innych rzeczy, które nigdy nie przyszły mi do głowy. Chodzi o to, że nigdy nie czułem się przynaglony możliwością podjęcia takich decyzji. Nie usłyszałem dobiegającego z oddali niepokojącego głosu wzywającego mnie na Litwę albo do przyjęcia islamu. Nie korciło mnie, by wytłumaczyć sobie, dlaczego nie nazywam się Vortigern albo dlaczego nie jestem wyznawcą teozofii. Sądzę, że tego rodzaju presja ze strony Kościoła jest dziś powszechna i wszechobecna; nie tylko wśród anglikanów, ale i wśród agnostyków. Jak już mówiłem, nie twierdzę, że nie mają oni żadnych realnych zastrzeżeń. Przeciwnie, twierdzę, że naprawdę zaczęli mieć zastrzeżenia; zaczęli się miotać i wierzgać.

Jeden z najsłynniejszych, być może najsłynniejszy, ze współczesnych mistrzów beletrystyki i filozofii społecznej przysłuchiwał się kiedyś dyskusji pomiędzy mną a duchownym z Kościoła Wysokiego na temat katolickiej teorii chrześcijaństwa. Mniej więcej w połowie ten wielki powieściopisarz zaczął tańczyć jak szalony po pokoju w charakterystyczny i komiczny sposób, wykrzykując: „Nie jestem chrześcijaninem! Nie jestem chrześcijaninem!”. Wymachiwał przy tym rękami jak ptak trzepoczący skrzydłami po wydarciu się z sideł ptasznika. Czuł się okrążany przez wielką i mglistą armię, zapędzającą go w kierunku chrześcijaństwa, a ostatecznie katolicyzmu. Zrozumiał, że wyrwał się z okrążenia i nie został jeszcze złapany. Z całym szacunkiem dla jego geniuszu i szczerości, ale sprawiał wrażenie, jakby z ochotą brał nogi za pas w obawie, że ktoś powie mu: „Czemu nie zostaniemy katolikami?”.

Otóż zwróciłem uwagę na tę powszechną świadomość wyzwania, jakie stanowi Kościół, ponieważ myślę, że wiąże się z nim coś jeszcze. To coś, to najsilniejsza z czysto intelektualnych sił, które pociągnęły mnie ku prawdzie. Chodzi o to, że wiara katolicka nie tylko przetrwała, ale przetrwała w niezwykły sposób. Określiłem ją zwyczajowo „starą religią”, ale nie jest to stara religia, ale religia, która nie chce się zestarzeć. Obecnie jest to bardzo młoda religia, religia zwłaszcza młodych ludzi. Jest o wiele nowsza niż nowe religie; jej młodzi wyznawcy są bardziej płomienni, bardziej nią przejęci, bardziej skorzy do wyjaśniania i dyskusji niż młodzi socjaliści z czasów mojej młodości. Religia ta nie stoi nieruchomo jak stara gwardia, ale przejęła inicjatywę i przeprowadza kontratak. Mówiąc krótko, jest taka jak zawsze (słusznie lub niesłusznie) jest młodość – wojownicza. Ta właśnie atmosfera wojowniczości katolicyzmu zepchnęła starych intelektualistów do defensywy. To ona wywołała tę niemal chorobliwą samoświadomość, o której mówiłem. Konwertyci naprawdę walczą – by użyć słów, które jak refren wybrzmiewają na początku Mszy – o to, co rozwesela ich młodość. Nie potrafię zrozumieć, jak można wytłumaczyć tę nieziemską świeżość w czymś tak starym, jeśli nie tym, że rzeczywiście jest nieziemska.

Bardzo dystyngowany i dostojny przykład tego osaczonego pogaństwa dostarcza nam pan W. B. Yeats (1). Jest człowiekiem, który zawsze mnie inspiruje, ilekroć go czytam lub słucham. Jego proza jest nawet lepsza niż jego poezja, a jego mowa jeszcze lepsza niż jego proza. Jest jednak rzeczywiście osaczony, tym bardziej, że w Irlandii głośniej niż w Anglii słychać już ujadanie ogarów. Wśród najznakomitszych przykładów obrony pogaństwa, nie znajdę bardziej klarownego stwierdzenia niż następujący fragment z jego zachwycających wspomnień drukowanych w piśmie „Merkury”. Yeats nawiązuje tu do pełnych żałości wierszy Lionela Johnsona i innych katolickich poetów.

„Sądzę, że chrześcijaństwo jedynie pogłębiło rozpacz i spotęgowało pokusy… Dlaczego rodzą się dziś wszędzie te dziwne dusze, których ukształtowane przez historię chrześcijaństwo nie może zaspokoić? Z naszych listów miłosnych wietrzeje miłość; żaden kierunek w malarstwie nie żyje dłużej od swoich twórców; każde pociągnięcie pędzla wyczerpuje natchnienie. Prerafaelityzm przetrwał jakieś dwadzieścia lat; impresjonizm – może trzydzieści. Czemu mielibyśmy wierzyć, że religia nigdy nie może doprowadzić do swojej antytezy? Czy prawdą jest, że czujemy w powietrzu, jak mówi Mallarmé, «drżenie zasłony świątynnej», albo że «cała nasza epoka usiłuje zrodzić świętą księgę»? Niektórzy z nas myśleli, że ta księga powstanie pod koniec ubiegłego stulecia, ale los się znowu odwrócił”.

Można oczywiście dopatrzyć się w tym wszystkim pewnych nieścisłości. Chrześcijaństwo potęguje pokusy tylko w tym sensie, że spotęgowałoby pokusę, by zmienić psa w człowieka. Z pewnością też nie pogłębia rozpaczy, choćby z dwóch tylko powodów. Po pierwsze dlatego, że rozpacz sama w sobie jest dla katolika duchowym grzechem i bluźnierstwem, a po drugie dlatego, że rozpaczy wielu pogan – w tym często pana Yeatsa – nie da się już pogłębić. Mnie jednak w tych wstępnych uwagach interesuje najbardziej jego sugestia dotycząca trwałości nowych prądów. Kiedy delikatnie pyta on, dlaczego katolickie chrześcijaństwo miałoby być trwalsze, można by równie delikatnie odpowiedzieć: „Dobre pytanie”. Być może zrozumiałby lepiej, dlaczego miałoby tak być, gdyby zaczął dociekać, dlaczego tak jest. Co ciekawe, wygląda na to, że nie zdaje on sobie sprawy, że kontrast, o którym wspomina, jest argumentem przeciwko jego tezie. Jeżeli nowe prądy zwykle nie trwają dłużej niż dwadzieścia lat, to co trzeba powiedzieć o takim, który trwa dwa tysiące? Jeżeli trendy odchodzą szybciej niż impresjonizm, to co trzeba powiedzieć o takim, który trwa około pięćdziesiąt razy dłużej? Czy nie można by przypadkiem zaryzykować twierdzenia, że nie jest to trend?

Dokładnie tutaj pojawia się pierwszy kluczowy argument. Nie chodzi tylko o to, że owa moda trwa, ale o sposób, w jaki powraca. Zgodnie z chronologią poety, zdumiewające jest samo to, że mogła w ogóle tak długo przetrwać. O wiele bardziej zdumiewające jest nie tyle samo jej przetrwanie, ale odrodzenie, z tą samą żywotnością, której poeta, jak przyznaje, szukał gdzie indziej, ale, ku swojemu rozczarowaniu, nie znalazł. Jeśli spodziewał się czegoś nowego, to z pewnością nie powinien być obojętny wobec czegoś, co z niewytłumaczalnych przyczyn wygląda jak nowe. Los się znowu odwrócił, ale co z innym losem, który znowu się uśmiechnął? Tak naprawdę pan Yeats, jak wielu podobnych pogańskich proroków, czegoś się spodziewał, ale na pewno nie spodziewał się tego, co otrzymał. Spodziewał się „drżenia zasłony świątynnej”, ale na pewno nie spodziewał się, że zostanie rozdarta zasłona najbardziej starożytnej świątyni. Spodziewał się, że cała epoka zrodzi świętą księgę, ale na pewno nie spodziewał się, że będzie to mszał.

Tak się jednak właśnie stało i nie jest to urojenie albo kwestia opinii, ale fakt praktycznej polityki. Naród, którego ozdabia geniusz pana Yeatsa, ogarnął duch zażartej walki, zabijania i męczeństwa. Bóg świadkiem, jak wielka to była tragedia, ale z pewnością towarzyszyło jej owo religijne uniesienie, które tak często bywa złączone z tragedią. Każdy wie, że rewolucja ta była nasycona religią i jaka to była religia. Nikt nie podziwia bardziej niż ja wskrzeszenia wyobraźni, które sprawił pan Yeats, śpiewając celtyckie pieśni. Ale wątpię, czy kobietą, którą wzywali idący do boju była Deirdre (2). Nie sądzę też, by to portret Osjana (3) odwrócili ku pohańbieniu do ściany Black and Tans (4).

Gilbert Keith Chesterton

(1) William Butler Yeats (1865–1939) – irlandzki poeta i dramaturg; przyczynił się do odrodzenia irlandzkiej kultury i literatury.

(2) Tragiczna bohaterka mitologii irlandzkiej.

(3) Legendarny irlandzki wojownik i bard spopularyzowany za sprawą Pieśni Osjana Jamesa MacPhersona (1736–1796).

(4) Black and Tans – dosł. „czarnobrunatni”; brytyjska formacja zbrojna powołana do tłumienia powstania w Irlandii w latach 1920–1921; okryła się złą sławą, atakując ludność cywilną.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Gilberta Keitha Chestertona Nawrócenie i magia.