Rozdział dziesiąty. Mężczyzna zdolny do wielkich poświęceń

To takie piękne – zmienić świat. Zmienić świat, by już nie było zła, wojen, smutku, łez. By ludzie żyli spokojnie i w dostatku. Człowiek niejednokrotnie w historii próbował tego dokonać. Różne ideologie głosiły, że gdy opanują cały świat, niechybnie zapanuje raj na ziemi. Oświecenie, socjalizm czy komunizm również głosiły braterstwo wszystkich ludzi, pewne ich idee pozornie wyglądały pięknie i wzniośle, ale próbowano tego dokonać bez Boga. Każde działanie, w którym nie jest obecny Bóg, jest w rzeczywistości czynem przeciwko Niemu.

Może wydawać się niemożliwością, by jeden człowiek potrafił zaważyć na losach państw, kontynentów, wreszcie całej ziemi. Znamy jednak ludzi, bez obecności których dzieje świata i jego obecny kształt wyglądałyby zupełnie inaczej. Juliusz Cezar, Attyla, Mahomet, Karol Wielki, Krzysztof Kolumb, Napoleon Bonaparte, Adolf Hitler, Józef Stalin, Maksymilian Kolbe, Jan Paweł II. Przywódcy religijni, politycy, wynalazcy, naukowcy. W różny sposób zaważyli na losach świata, trwale wpisując się w dzieje ludzkości.

Wielu próbowało zmienić otaczającą ich rzeczywistość, starali się, ale im się nie udało. Wśród nich było wielu męczenników, których śmierć – z materialistycznego punktu widzenia – niczego nie przyniosła.

Św. Wawrzyniec był jednym spośród siedmiu diakonów papieża Sykstusa II. Został aresztowany i skazany na śmierć, ale – będąc administratorem dóbr diecezji rzymskiej – obiecał zebrać wszystkie skarby Kościoła i przekazać je cesarstwu, w zamian za uratowanie życia. Po kilku dniach przedstawił cesarzowi biednych ludzi, których wspierała rzymska gmina chrześcijańska, i zakrzyknął: „Oto są skarby Kościoła!”. Za tę zuchwałą odpowiedź śmierć miała mu zostać zadana w ogromnych męczarniach, zginął bowiem pieczony na rozpalonym ruszcie. Cierpiąc męki było jeszcze go stać na dowcip wobec swojego kata: „Widzisz, że ciało moje jest już dosyć przypieczone. Obróć je teraz na drugą stronę!”.

Wspaniałym przykładem męczeństwa jest postać świętego, którego figury i obrazy zdobią znaczną ilość starych kościołów katolickich. Przedstawiany jest prawie zawsze jako młody mężczyzna przywiązany do drzewa i przeszyty strzałami. Mowa oczywiście o św. Sebastianie, żołnierzu rzymskim, dowódcy straży cesarza Dioklecjana, srogiego prześladowcy chrześcijan. Kiedy święty ów wypomniał imperatorowi jego okrutny stosunek wobec wierzących w Chrystusa, ten skazał go na śmierć przez przeszycie strzałami. Kiedy był już ponoć podobny do jeża – tyle w jego ciele tkwiło grotów – kaci odstąpili od niego sądząc, że nie żyje. Sebastian był jednak na wpół umarły, pod wpływem opieki chrześcijanki Ireny odzyskał zdrowie i… ponownie udał się do cesarza wykrzyczeć mu w twarz swój sprzeciw. Tym razem ponowna egzekucja zakończyła się śmiercią – zmarł zatłuczony pałkami. Jego ciało zostało wrzucone do kanału ściekowego. Chrześcijanie pochowali go i otoczyli swoją czcią.

Św. Wacław z dynastii Przemyślidów był księciem Czech, który miał znaczny udział w chrystianizacji naszych południowych sąsiadów. Na początku swego panowania wygnał pogańską matkę Drahomirę i brata Bolesława. Ci jednak wkrótce zapragnęli odzyskać utraconą pozycję. „Matka niewierna i czartowi się kłaniająca, nierad widząc sławy Chrystusowej, która się szerzyła przez Wacława, żałując też, iż sama z państwa złożona jest, i syna, którego więcej miłowała, postawić na nie nie mogła, pobudzała Bolesława, syna młodszego, aby długo onemu bratu na państwie siedzieć nie dopuścił, a sam na nie mężnie wstąpił. A nie mając innego sposobu, Bolesław brata swego prosić w dom swój i chlebem swym częstować, i tam go zabić umyślił. Nie były tajne złośliwe rady ich św. Wacławowi, wiedział z Ducha Bożego, iż tam umrzeć miał. I przetoż, nim tam szedł, na śmierć się spowiedzią przed kapłanem przyprawił. I tam w dom braterski wszedłszy, jako Chrystusów męczennik na onej ofierze, którą już był w sercu uczynił, zamordowany, za ziemskie królestwo wieczne ono osięgnął” – pisał ks. Piotr Skarga SI w Żywotach Świętych Pańskich.

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko to jeden z licznych męczenników reżimu komunistycznego. Jako kapelan warszawskiej „Solidarności” niezmordowanie organizował „Msze za Ojczyznę”, nawoływał do obalenia ustroju totalitarnego poprzez wewnętrzną przemianę serca. Szkalowany przez propagandę komunistyczną, m.in. przez piszącego pod pseudonimem Jerzego Urbana, żyjący w ciągłym zagrożeniu życia (wysyłano mu liczne listy z pogróżkami), nie poddał się. Ks. prymas Józef Glemp proponował mu wyjazd na studia do Rzymu. Ks. Jerzy jednak się nie zgodził. Pozostał wraz ze swymi owieczkami. „Dobry Pasterz daje życie swoje za owce” (J 10, 11). Bł. Jerzy Popiełuszko oddał swe życie Bogu 19 października 1984 roku. Czy nie spełnił w ten sposób swych własnych słów?… „Przyjąć dobrowolnie cierpienie za drugiego człowieka to coś więcej niż tylko cierpieć. Na taką decyzję mogą się zdobyć tylko ludzie wewnętrznie wolni”.

Tak ginęli męczennicy.

Do nich należeli również wandejscy powstańcy, którzy w obronie Boga i króla wystąpili przeciw republikańskim rządom rewolucji francuskiej. Umieli walczyć, modlić się, wreszcie umierać z honorem. Proboszcz miejscowości Pinot został przed ścięciem na gilotynie ubrany przez rewolucjonistów dla pośmiewiska w szaty liturgiczne. Na szafot wstępował ze słowami psalmu 42, rozpoczynającymi Mszę Świętą: „Introibo ad altare Dei, ad Deum, qui laetificat iuventutem meam – Przystąpię do ołtarza Bożego, do Boga, który rozwesela młodość moją”. Z kolei największy bodaj bohater Wandei, Franciszek Atanazy de Charette de La Contrie, po długotrwałej walce, otoczony przez dwanaście tysięcy wojsk bezbożników, został w końcu ujęty żywcem. Gen. Travot, rewolucjonista, zapytał go: „Jak się nazywasz, gdzie jest Charette?”, na co usłyszał odpowiedź: „Tu”. Zapytał ponownie: „Czy to prawda?”. Wandejczyk odpowiedział: „Słowo Charette’a!”. Travot powiedział wówczas: „Ileż heroizmu na próżno!”, na co Charette zakrzyknął: „Nic nie idzie na próżno. Nigdy!”.

Niezmordowanym bojownikiem powstania styczniowego był jego dyktator – Romuald Traugutt. Próbował ratować powstanie skazane od samego początku na niepowodzenie. Mówił m.in.: „Ja nie wiem, czy jest sens. Wiem tylko, że jest mus”. W końcu został aresztowany przez Rosjan i osadzony w warszawskiej cytadeli. Zanim zginął poprzez powieszenie przy akompaniamencie śpiewanej przez lud suplikacji Święty Boże, Święty mocny…, napisał do swej żony: „Rozmawiałbym z Tobą bez końca, ale muszę kończyć, dodam więc tylko jeszcze, że Cię kocham, o ile tylko to jest w mocy ludzkiej… Polecam Was wszystkich łasce Stwórcy i najczulszej opiece Matki Boskiej; jeszcze Cię raz przyciskam z Dziatwą do serca mego”.

Mężczyzna jest zdolny do poświęceń w sprawach zasadniczych, w obronie ojczyzny, religii, rodziny. Kobiety wykazują od mężczyzn większą zdolność do poświęceń w sprawach codziennych, mniej zauważalnych, co oczywiście nie znaczy, że mniej ważnych. W mężczyznach jednak – zwykle obojętnych na „szarą codzienność” – budzi się duch obrońcy domowego ogniska, gdy ktoś próbuje w nie gwałtem wtargnąć.

Mężczyzna walczy, choć czasem czyni to ze świadomością, że walka ta pozornie wydaje się być bezsensowną. Pozostaje wierny swym ideom, choćby były one najbardziej niepopularne i niemodne.

Kajetan Rajski

***

Więc choć się spęka świat, i zadrży słońce,
Chociaż się chmury i morza nasrożą,
Choćby na smokach wojska latające,
Nas nie zatrwożą. (…)

Bóg jest ucieczką i obroną naszą!
Póki On z nami, całe piekła pękną!
Ani ogniste smoki nie ustraszą,
Ani ulękną.

Nie złamie nas głód, ni żaden frasunek,
Ani zhołdują żadne świata hołdy:
Bo na Chrystusa my poszli werbunek,
Na jego żołdy.

Pieśń Konfederatów Barskich z dramatu “Ksiądz Marek” Juliusza Słowackiego

Powyższy tekst jest fragmentem książki Kajetana Rajskiego Prawdziwy mężczyzna… czyli kto?