Rozdział dwunasty. Wakacje

Ze względu na to, że nasz Michał z nieukrywaną niechęcią udawał się na wakacje do rodzinnego domu, powziąłem decyzję, by wysłać go do Murialdo, miejscowości położonej w Castelnuovo d’Asti, aby tam mógł wzmocnić swoje siły wyczerpane po szkolnych trudach. To właśnie tam wyjeżdżają grupowo chłopcy naszego Oratorium – w szczególności zaś ci, którzy nie mają domu lub rodziców, którzy by ich przygarnęli na okres jesienny (1) – aby pooddychać świeżym wiejskim powietrzem. Z powodu jego dobrego zachowania, w ramach nagrody, chciałem przyspieszyć wyjazd i zabrać go tam wraz z kilkoma innymi chłopcami, jako towarzyszami podróży.

W drodze na miejsce, miałem dużo czasu na rozmowę z dzielnym malcem i dzięki temu udało mi się stwierdzić, że jego cnota osiągnęła znacznie wyższy stopień niż się tego spodziewałem. Pominę przyjemne i budujące rozmowy jakie przy tej okazji z nim prowadziłem, a zadowolę się przytoczeniem paru faktów, które posłużą do zapoznania się z innymi cnotami jego duszy, a szczególnie zaś wdzięczności.

W drodze zaskoczył nas deszcz i dojechaliśmy przemoknięci do Chieri. Udaliśmy się do kawalera zakonu Marca Gonella, dla którego goszczenie naszych chłopców zawsze było przyjemnością.

Przyniósł nam wszystko, co niezbędne, żeby się przebrać; a następnie zgotował nam posiłek godny króla, który też spotkał się z odpowiednim apetytem.

Po godzinie lub dwóch od spożycia posiłku znów udaliśmy się w podróż. Magon pokonawszy część drogi przeszedł na sam koniec grupy; a jeden z jego kolegów, sądząc, że jest zmęczony, przybliżył się do niego śmiejąc się półgłosem.

– Jesteś zmęczony Magon – zagadnął – czyż nie? Twoje nogi odczuwają już zmęczenie podróżą?

– Nie, chodźmy dalej, wcale nie jestem zmęczony. Poszedłbym jeszcze aż do Mediolanu.

– A co mówiłeś przed chwilą kiedy tak sobie szedłeś sam szepcząc coś cicho?

– Odmawiałem Różaniec za tego pana, który tak mile nas ugościł. Nie mogę inaczej się mu odwdzięczyć, to dlatego proszę Boga i Najświętszą Pannę o to by obfite błogosławieństwo spłynęło na ich dom i aby otrzymali sto razy więcej niż nam dali.

Warto, przy tej okazji, zwrócić uwagę, jak w podobnym duchu okazywał swoją wdzięczność za najmniejszą nawet uprzejmość. Dla swoich dobroczyńców żywił nadzwyczajną czułość. Gdybym nie obawiał się, że zanudzę czytelnika, przepisałbym kilka z licznych listów i bilecików, które napisał do mnie, aby wyrazić swoją wdzięczność za przyjęcie do domu. Zamiast tego wspomnę tylko, że miał w zwyczaju nawiedzanie codziennie Jezusa w Najświętszym Sakramencie i odmawianie rano trzy Pater noster, Ave Maria i Gloria Patri za tych, którzy w jakikolwiek sposób mu pomogli.

Często brał mnie z uczuciem za rękę, spoglądał na mnie oczami zalanymi łzami mówiąc: „Nie wiem jak wyrazić moją wdzięczność za tak wielką miłość, jaką ksiądz mi okazał przyjmując mnie do Oratorium. Będę się starał wynagrodzić to księdzu przez dobre zachowanie i modlitwy zanoszone do Boga, z prośbą, aby zechciał pobłogosławić księdza i wynagrodzić wszystkie poniesione trudy”. Chętnie mówił o swoich nauczycielach, o osobach, które posłały go do nas, i o tych, którzy w jakikolwiek sposób przychodzili mu z pomocą. Czynił to zawsze z wielkim szacunkiem, nie wstydząc się nigdy okazać z jednej strony swojej nędzy, a z drugiej, swojej wdzięczności. Wielokrotnie słyszano jak mówił: „Żałuję, że nie mogę okazać mojej wdzięczności, w taki sposób, w jaki bym tego chciał; ale znam dobro jakie mi wyświadczono i nie zapominam o moich dobroczyńcach – i dopóki będę żył nie przestanę prosić Boga, aby im wszystkim obficie wynagrodził”.

Te uczucia wdzięczności okazał również w dniu, w którym proboszcz Castelnuovo d’Asti zaprosił nasze dzieci do siebie na radosną wieczerzę (2). Powiedział mi tego wieczora: „Jeśli ksiądz nie miałby nic przeciwko temu, to chciałbym jutro przyjąć Komunię Świętą w intencji księdza proboszcza, dzięki któremu spędziliśmy tak radośnie dzień”. Nie tylko pozwoliłem mu, ale zachęciłem i innych, by idąc jego przykładem uczynili to samo. Zwyczaj ten jest praktykowany, w podobnych sytuacjach, w stosunku do dobroczyńców naszego domu.

Podczas pobytu Michała w Murialdo spostrzegłem u niego piękny akt cnoty, który, jak sądzę, zasługuje na to by go tutaj przytoczyć. Pewnego dnia nasi chłopcy poszli bawić się do pobliskiego lasku. Jeden szukał grzybów, inny kasztanów i orzechów; kilku zbierało liście… A to stanowiło dla nich jedną z najprzyjemniejszych rozrywek. Wszyscy zajęci byli zabawą, gdy Magon oddalił się po cichu, bezszelestnie, od towarzyszy i wszedł do domu. Ktoś to jednak zauważył, a obawiając się czy coś mu nie dolega, poszedł za nim. Michał, myśląc, że nikt go nie widzi, wszedłszy do domu, nie szukając nikogo, ani też do nikogo się nie zwracając, poszedł prosto do kościoła (3). Ten, który wszedł za nim, znalazł go samego, na kolanach, modlącego się blisko ołtarza Najświętszego Sakramentu w godnym pozazdroszczenia skupieniu.

Kiedy później koledzy zapytali go o powód nagłego odejścia i nawiedzenia Najświętszego Sakramentu, odpowiedział bez ogródek: „Bardzo boję się popaść w grzech; to dlatego chodzę błagać Jezusa Eucharystycznego, by udzielił mi pomocy i siły, żebym wytrwał w Jego świętej łasce”.

Jeszcze inne ciekawe zdarzenie miało miejsce tego dnia. Wieczorem, kiedy chłopcy poszli się położyć, usłyszałem płacz. Podszedłem powoli pod okno i zobaczyłem mojego małego Magon spoglądającego na księżyc i szlochającego. „Co z tobą Magon, źle się czujesz?” – zapytałem.

Michał, myśląc, że jest sam i będąc przekonany, że nikt go nie widzi, poczuł się zażenowany i nie wiedział co odpowiedzieć. Lecz ja ponowiłem pytanie, na co on odpowiedział mi tymi słowami: „Płaczę, spoglądając na księżyc, który od tylu wieków ukazuje się regularnie, aby oświecać ciemności nocy, zawsze posłuszny Stworzycielowi. Podczas gdy ja, który jestem tak młodym i myślącym stworzeniem, które powinno być doskonale wierne prawom mojego Boga, tyle razy byłem mu nieposłuszny i na tyle sposobów go obrażałem”. Mówiąc te słowa, płakał. Pocieszyłem go w kilku słowach; wtedy nieco się uspokoił i poszedł się położyć.

Niewątpliwie godne podziwu jest to, iż niespełna czternastoletni chłopiec wykazał taką głębię osądu i rozumowania. Niemniej jednak jest to prawdą i mógłbym wyliczyć mnóstwo tym podobnych zdarzeń, które świadczą o tym, że mały Magon był chłopcem zdolnym do refleksji znacznie przekraczających jego wiek; szczególnie kiedy we wszystkim widział Boską rękę i obowiązek posłuszeństwa względem Stwórcy wszystkich stworzeń.

cdn.

Św. Jan Bosko

(1) Każdego roku, na przełomie września i października, don Bosko zabierał do swojej rodzinnej wioski pewną, raz większą, raz mniejszą, grupkę chłopców. Wspólnie pokonywali około trzydzieści kilometrów dzielących Turyn od Becchi (miejscowości położonej w Murialdo, należącej do gminy Castelnuovo). Święto Matki Bożej Różańcowej (pierwsza niedziela października) było szczytowym punktem obozu (patrz A. Auffray, Wielki wychowawca…, 1953, s. 363–372).

(2) W latach 1834–1870 proboszczem w Castelnuovo był don Cinzano. Był to wielki przyjaciel don Bosko, który był jego parafianinem, przynajmniej od 1834 do 1841 roku, podczas przerwy wakacyjnej w liceum i seminarium.

(3) W 1848 roku don Bosko ufundował małą kapliczkę w domu swojego brata w Becchi.

Powyższy tekst jest fragmentem książki św. Jana Bosko Michał Magon. Dziecko ulicy.