Rozdział dwunasty. Czy należy się samemu oskarżać

Przekonaliśmy się, że jest rzeczą trudną, ale i konieczną, przekazać dziecku prawidłowe pojęcie taktu, biorąc pod uwagę uprzejmość i miłość okazywaną w prawdziwym duchu szczerości.

Jest jednak inna trudność: wielu nie odróżnia dostatecznie dobrze dokładnych granic, a raczej stopnia konieczności mówienia całej prawdy.

„Nie ma obowiązku mówić całej prawdy komuś, kto nie ma prawa jej znać. Możemy używać słów w ich zwyczajowo przyjętych znaczeniach, możemy dopuścić, żeby ze względu na okoliczności, słowa zmieniły nieco swoje znaczenie, możemy pozwolić, żeby słuchacz się mylił.

Święty Tomasz Becket, arcybiskup Canterbury, musiał chronić się przed gniewem Henryka II, króla Anglii. Był śledzony przez wysłanników króla. Gdy jechał na koniu, bez uzdy i siodła, zatrzymali go uzbrojeni ludzie:

– Czy to nie ty jesteś aby arcybiskupem Canterbury?

– Przyjaciele – odpowiedział – spójrzcie i osądźcie sami, czy taki może być ekwipunek arcybiskupa Canterbury”.

„Oszustwo i spryt!”, zaprotestuje ktoś. Absolutnie nie. Po prostu jasna świadomość ścisłej granicy obowiązku prawdomówności.

Weźmy przypadek bardziej bezpośrednio związany z edukacją. Załóżmy oto, że pytający mają prawo do prawdy, na przykład rodzice. W takim przypadku jest nawet zasada znosząca, która nie pozwala im forsować swego prawa do poznania prawdy przez żądanie przyznania się do winy.

A tą zasadą, uznawaną przez wszystkich specjalistów od teologii moralnej, opartą na wielkiej mądrości, jest reguła, że nikt nie ma obowiązku się oskarżać. To do oskarżycieli należy udowodnienie winy i stosowne ukaranie, jeżeli wina jest udowodniona. Jeżeli winowajca sam przyznaje się do winy, powinno to być okolicznością łagodząca karę. Lecz nie ma potrzeby donosić na siebie samego.

Rozważmy przypadek małego dziecka podejrzanego o jakieś wykroczenie. „Zrobiłeś to?”, pytają je. Zgodnie z prawidłową normą moralną nie wolno go zmuszać, żeby się oskarżało. Jeżeli dziecko powie całą prawdę – doskonale! Ale nie jest do tego zobowiązane. Jeżeli to zrobi, znaczy że jest wielkoduszne, czyniąc więcej niż musi; zasługuje wówczas na łagodniejsze potraktowanie. „Wina wyznana jest już w połowie przebaczona.” Lecz nadużywa się władzy, każąc mu niczego nie ukrywać, mówiąc mu, że zgrzeszy, jeżeli się nie oskarży. Wybierze lepsze rozwiązanie, jeżeli się oskarży, lecz nie ma winy, jeżeli tego nie uczyni; winne jest niedoskonałości, lecz nie grzechu.

Zapewne lepiej jest przyzwyczaić dziecko do przyznania prawdy w każdych okolicznościach, lecz czynienie z tego formalnego obowiązku w każdym przypadku byłoby kuszeniem prawa ponad zdrowy rozsądek oraz mieszaniem postawy wielkodusznej z postawą wynikającą z przymusu. Jednym z najistotniejszych punktów w kształtowaniu sumienia dziecka jest nauczyć je rozróżniać między tym, co jest nakazane a tym, co jest po prostu – nawet usilną – ale radą.

Wychowanie do zaufania

Zaufanie jest konieczne. Nie ma nic bardziej smutnego niż przepaść, która dzieli rodziców i dzieci, powodując, że wiodą życie praktycznie w izolacji od siebie, bez kontaktu dusz, bez wzajemnej zażyłości.

Przyjdą trudne chwile, pojawią się pokusy, trzeba będzie podejmować decyzje i decydować o działaniach. Jeżeli dzieci nie będę miały zaufania do swoich rodziców, na jak wielkie niebezpieczeństwa będą narażone!

Lecz zdobyć zaufanie nie jest rzeczą łatwą. Jednym z ważnych czynników jest tu fizyczne i moralne usposobienie rodziców i dzieci. Rodzice muszą wiedzieć, jak przezwyciężać obawy swych dzieci, przyzwalać na ich zadziorność i nie bać się ustępować.

Czasami zaufanie takie blokują inne przyczyny, zbyt często uchodzące uwagi rodziców. Są na przykład rodzice, którzy nie będąc niedostatecznie wyrobionymi duchowo, otwarcie okazują więcej uczucia jednemu z dzieci niż innemu albo poświęcają mniej uwagi jednemu z dzieci. Dziecko, które uważa, że jest pomijane, może zamknąć się w sobie i stać się ponure i zazdrosne.

Są też rodzice, którzy nie zachowują zdrowej miary w karaniu albo nie są sprawiedliwi. Są znowu inni, fatalnie ignoranccy w zakresie psychologii, wskutek czego poważnie raniący godność dziecka. Ono odwzajemnia się, zamykając przed nimi swoje serce.

Pewna matka zareagowała śmiechem na szczere zaufanie, jakie okazał jej mały synek. On poczuł się urażony.

„– Tato – powiedział. – Nie kocham już mamy.

– Co się stało? Jak to możliwe? Dlaczego?

– Dlaczego? No, bo to jest tak. Nie będę już nic nigdy jej opowiadał… nigdy więcej.

Ojciec na próżno starał się go przekonywać, malec pozostawał uparty.

– Nie, to koniec. Nie kocham już mamy!”

Może był to zwykły kaprys i pewnie tak było; czas na pewno rozwiąże tę sytuację. Jednak kto wie?

Jak wszystko, co wrażliwe, łatwo zranić serce dziecka. I jak w przypadku wszystkiego, co zostało zmącone, niełatwo jest przywrócić blask, zatrzeć wszystkie skazy.

Rodzice, którzy chcą mieć zaufanie u dzieci muszą umieć słuchać, słuchać cierpliwie. Muszą potrafić okazywać zainteresowanie ich triumfalnie opowiadanymi historyjkami, jak również ich zmartwieniami. Nie wolno nigdy wyśmiewać dzieci, nigdy odprawiać je w rozdrażnieniu lub w nerwach oraz nigdy nie oszukiwać.

Muszą wiedzieć jak czytać w myślach dzieci, nie usiłując wpychać się do ich serc i sumień; muszą raczej umiejętnie zachęcić do okazania zaufania, rozpędzić chmury, wywołać uśmiech, rozbawić w razie jakiegoś niepomyślnego zdarzenia czy burzy. Muszą zawsze okazać zrozumienie i dać dzieciom do zrozumienia, że te mogą im zawsze wszystko powiedzieć. Nie znaczy to tym samym, że wszystko aprobują, lecz że biorą wszystko pod uwagę; jeżeli na przykład wymagane są jakieś korekty w podejściu, to są realizowane; jeżeli dzieci zasługują na nagrodę, dostają ją. A gdy muszą ukarać, czynią to, mając jednak na uwadze jedynie dobro dziecka, a jeżeli wiek dziecka na to pozwala – wyjaśniają mu, dlaczego to czynią.

Jeżeli pomimo tego wszystkiego, dziecko nadal pozostaje zamknięte w sobie i niekomunikatywne, nieufne jak pustelnik, nie pozostaje nic innego, jak modlić się. Rodzice nie powinni się zrażać. Powinni oczywiście starać się dociec, czy ta małomówność u dziecka jest rezultatem usposobienia, czy niepokoju sumienia. Może być nawet konieczne, by zwrócili się o pomoc do kogoś, komu – jako bardziej kompetentnemu – może się łatwiej udać rozwiązać tę sytuację. W wielu przypadkach mógłby to być ksiądz. Jest wielkim błędem rodziców, jeżeli chcą być jedynymi odbiorcami zwierzeń swych dzieci. Dziecko czy młody człowiek musi móc się komuś zwierzyć. Jeżeli nie tylko nam zwierza się dziecko, a również komuś innemu, zaakceptujmy to z pokorą. Takie umartwienie jest bardzo zasługujące, szczególnie w przypadku matki.

„Cała moja ufność”

„Całą swą ufność zawdzięczam matce”, zwykła mawiać Joanna d’Arc. Pauline Jaricot, założycielka Towarzystwa Propagowania Wiary, mogła powiedzieć to samo. Każdego wieczoru jej matka patrzyła jej w oczy, żeby rozpoznać, na ile wierna była danego dnia prawu Bożemu, które objaśniała małej dziewczynce z wielkim namaszczeniem.

Z czymś podobnym mamy do czynienia w przypadku wychowywania chłopca Augustyna w książce Pan jest tu autorstwa Malague’a. Jego matka nigdy nie karciła go za jakieś wykroczenia nie przypominając mu jednocześnie, że zmartwił tym małego Jezuska. „Mały Jezus się smuci, gdy tupiesz nogą, bo chcesz iść do domu; gdy odmawiasz odejścia od stołu, tak że jest zastawiony tylko dlatego, że zajmujesz się akwarelami, malując w swoim Bożonarodzeniowym zeszycie”.

Każdego dnia miał się nauczyć dwóch pytań z katechizmu: „Każdego ranka po śniadaniu w kuchni «Wielkiej Katarzyny» mama słuchała recytacji dwóch pytań katechizmowych, które objaśniła poprzedniego wieczora. Maleńka Krysia kiwając się na swych niepewnych jeszcze nóżkach, ciągnęła mamę za suknię. Był to akurat czas, gdy niemowlę zaczynało swój koncert w kołysce.

Słowa teologii mieszały się z tym zgiełkiem. Były to słowa trudne i pozostawiające wrażenie. Były to słowa, jakich używają dorośli, gdy nie chcą, żeby małe dzieci rozumiały, co mówią. Prawdą jest, że mama wtrącała w ich miejsce inne słowa, żeby przekaz był zrozumiały”.

„Szczęśliwy człowiek, któremu Bóg daje świątobliwą matkę!” Ten wers Lamartine’a będzie zawsze głęboko prawdziwy!

Któż potrafi wysłowić, jak wielka jest rola matki w zakorzenieniu się wiary w umyśle dziecka oraz zasianiu ziarna najpiękniejszych cnót w jego sercu. I czy nie będziemy musieli przypisać głównej zasługi tym pierwszym lekcjom z dzieciństwa jeśli chodzi o wszystko, co z zaufania pozostało w umyśle, który osiągnął już dojrzałość oraz co się tyczy całej wielkoduszności, jaka drzemie w duszy doświadczonej przez życie? Siły wieku dojrzałego zawdzięczają wiele światłu i inspiracjom wieku dziecięcego.

Monsignore d’Hulst odwołał się do tej myśli podczas jednej ze swych sławnych konferencji w Notre Dame w Paryżu. Powiedział, że gdy człowiek chce uzasadnić swe przekonania moralne, bada swoją przeszłość w poszukiwaniu ich początków; odkrywa przy tym, że sięgają one dalej w przeszłość niż moment, w którym zaczął używać rozumu; wydają mu się jakby zanurzone w odległej przeszłości, gdy jego życie było jeszcze związane ściśle z matką i gdy nie był jeszcze zdolny żyć samodzielnie bez jej czułych, pomocnych ramion.

Jeżeli się zdarzy, że dziecko traci matkę we wczesnym dzieciństwie, jej wizerunek pozostaje i broni je. Lecz jeśli matka żyje, jak ogromną jest pomocą, jeżeli jest człowiekiem wielkiej duszy, duszy, która umie czuwać i modlić się; czuwać – bez nadmiernego wokół tego rozgłosu, bo nie chce wzbudzać dumnego sprzeciwu; modlić się – już nieco ciszej, jednak nie zaniedbując dawania dobrego przykładu modlitwy.

Ozanam pisząc do przyjaciela, oświadczył, że dosłownie w każdym momencie wynosił korzyść z niemal stałej obecności swej matki.

Muszę jako matka zbadać swoje sumienie. Wydając dzieci na świat przyjęłam wzniosłą misję. Urodzić dzieci – już samo w sobie jest czymś cudownym. Ale wychować je – o ile to trudniejsze! Jak blisko muszę być Boga, żeby poprowadzić moje maluchy, czy też – w zależności od sytuacji – moją młodzież na wyżyny łaski i pomóc im żyć na tym poziomie.

Muszę dojrzeć. Muszę się doszkolić. Muszę przyswoić sobie to, czego mi brakuje.

Kształtowanie charakteru

Dzieci są z natury prawe. Są słabe i łatwo można je przestraszyć, jak każdego z nas, lecz są prawe. Wiedzą, co powinny robić, a czego nie wolno im robić. Bardzo szybko do tego dochodzą, ponieważ pomagaj ą im w tym nie tylko ograniczenia i zakazy rodziny, lecz również wewnętrzne światło sumienia.

Bez trudności potrafią się domyślić, że jeżeli nie zrobią tego, co dobre, zasmucą mamę i tatę, a również Pana Boga; poza tym zdają sobie sprawę, że poniosą karę proporcjonalną do złego czynu – zasada proporcjonalności pomiędzy grzechem a karą, znana Doktorom Kościoła, rodzi się już bez zastrzeżeń w głowach tych małych teologów.

Oczywiście przyswajają sobie tę wiedzę nie w jakiś abstrakcyjny sposób; chłoną ją w sytuacjach, z których składa się ich codzienne życie – wraz z emocjonalnymi doświadczeniami, niejednokrotnie wywierającymi na nich duże wrażenie. Odczuwają wewnętrzną pochwałę, pokój i radość, gdy zachowały się dobrze i – na odwrót – niepokój, zakłopotanie i wewnętrzną przyganę, jeżeli nie wykonały polecenia. Nie mają dokładnego rozeznania w tych sprawach, lecz intensywnie je przeżywają; nie potrafiłyby wytłumaczyć słów „odpowiedzialność”, „prawo”, „wolność”, jednak prawdziwe i głębokie doświadczenie odkrywa przed nimi rzeczywistość moralną. Oczekiwano od nich dobrego zachowania, a postąpiły źle, ponoszą winę i zasługują na karę. Czują to, wiedzą to i cierpią z tego powodu. Świadczy o tym ich dziecięca mowa, świadczy samo to, że nic nie mówią, świadczy ich zakłopotanie. Gdy nauczą się poprawnego nazywania tego wszystkiego, będą w stanie poukładać sobie należycie te sprawy. Zanim jednak nauczyli się je określać, już ich doświadczyli.

Jak cenna to dla dziecka korzyść być w ten sposób wprowadzonym w rzeczywistość niewidzialną!

Wielki filozof Olle Laprune podkreśla następującą kwestię:

Dziecko, „które – jak się wydaje – jest całkowicie ogarnięte wrażeniami zmysłowymi, zdominowane urokami widzialnej przyrody i tysiącem powodów dla strachu, jaki ta rozsiewa wokół niego, zatrzymuje się z szacunkiem i niepokojem wobec niewidzialnego prawa. Niewidzialny jest też Pan, niewidzialny jest Sędzia, którego obecność dziecko odczuwa poprzez to prawo. Bóg – majestatyczne i święte Imię, które dziecko wypowiadało z posłuszeństwa, lecz bez zrozumienia – staje się teraz dla niego tajemniczą rzeczywistością, której niewidzialny uśmiech lub ukryte groźby są dla niego najcenniejszym bodźcem dla nadziei lub najpoważniejszą przyczyną strachu.

Bóg, którego ono nie widzi, lecz który je widzi; Bóg, którego tak mało zna, a który tak dobrze je zna; Bóg, o którym myśli jedynie od czasu do czasu, a który stale czuwa nad nim; Bóg – wszechmogący, mądry, dobry, absolutnie dobry, lepszy od ojca, lepszy od matki, doskonale dobry, sprawiedliwy i święty. Jak bardzo musi uważać, żeby nie uchybić takiemu Bogu! Jakie nieszczęście obrazić Go! Jak dobrym musi być ono samo, jak musi być prawdomówne, sprawiedliwe, czyniące innym dobrze – bo tego pragnie On, On to nakazuje, On sam to właśnie czyni na swój idealny sposób, więc ono musi być podobne do Boga.

Niewidzialne wspaniałości, niewidzialne piękno – dziecko wchodzące w życie z wszystkimi swymi czułymi zmysłami, żądne wszelkiego rodzaju bodźców, może jednak zakochać się w owej rzeczywistości niedostępnej dla jego zmysłów; może jednego dnia zechcieć lepiej ją poznać i ostatecznie tęsknić albo za przyszłą radością osiągnięcia jej jako najlepszej nagrody za dobrą wolę, albo boleć z powodu jej nieposiadania, odbierając to jako najgorszą karę za złą wolę. W taki właśnie sposób rozpoczyna się moralne i religijne życie dziecka”.

Ks. Raoul Plus SI

Powyższy tekst jest fragmentem książki Ks. Raoula Plus SI Chrystus w rodzinie. t. III: Wychowanie.