Rozdział drugi. Sztuka przydawania dzieciom wad

Są dwa wielkie powody rozwinięcia się wad u dzieci: po pierwsze przez dawanie im złego przykładu, po drugie przez psucie ich.

Dawanie im złego przykładu. – Wszyscy ludzie są naśladowcami; dzieci są bardziej podatne niż inni na naśladownictwo; przepadają za naśladowaniem dorosłych, a szczególnie lubią naśladować osoby z ich bezpośredniego otoczenia, zwłaszcza rodziców, którzy jawią się im jako istoty wyjątkowe, bez niczego, co zasługiwałoby na naganę.

Matka jest próżna? Córka też taka będzie; będzie rozmawiała, postępowała, ubierała się nie wedle ideału piękności właściwego dla jej stanu czy pozycji, lecz po to, by zyskać przychylną opinię innych. Będzie starała się przewyższyć wszystkie swoje koleżanki, przyjaciółki krojem swych strojów i radykalizmem stylu; będzie przywiązywała wielkie znaczenie – tak, nawet przesadne – do najmniejszych szczegółów swej garderoby; będzie doświadczała napadów zazdrości, gdy uzna, że ktoś ją przyćmiewa.

Ojciec grzeszy pychą? Czy stara się przesadnie podkreślać swe dobre strony, a umniejszać zalety innych lub odmawiać ich uznania? Jego syn będzie snobem, lekceważącym innych, samowystarczalnym, pretensjonalnym, aroganckim, upartym i będzie okazywał brak jakiegokolwiek zrozumienia wobec innych.

Rodzice są gadatliwi, wdający się w sprzeczki, ostrzy w języku? Dzieci będą niewybredne w mowie, kłótliwe, zawistne.

Rodzice oszukują? Dzieciom grozi to, że będą kłamać. Rodzice są przeważnie niedyskretni w rozmowie, skłonni do bezmyślnych osądów? Dzieci z natury nadmiernie skłonne osądzać wszystko z wyżyn swej wspaniałości, stawiać będą pochopne sądy, niesprawiedliwie i przedwcześnie krytykować.

Rodzice okazują swe przywiązanie do łatwizny, zamożności, a wręcz pragnienie zdobywania bogactw bez względu na środki? Dzieci będą prawdopodobnie samolubne, przywiązane do własnego komfortu, nierzadko będą oszukiwać.

Psucie ich. – Niektórzy rodzice są zanadto szorstcy i zupełnie nie dodają odwagi swoim dzieciom. Inni, jak na razie w większości, są zbyt pobłażliwi, schlebiają swoim dzieciom, zaspokajają wszelkie ich zachcianki.

Rodzice psujący swe dzieci nie poszukują ich dobra, nie kochają ich ze względu na nie. Nie, gdyż jest to forma miłości własnej; rodzice poszukują siebie w dziecku. Tacy rodzice nie potrafi ą być stanowczy w wychowaniu, które starają się realizować; nie potrafią ukarać, kiedy trzeba, zapobiec lekkomyślnym zdarzeniom, zaprowadzić posłuszeństwo; nie potrafią obronić się przed jakimkolwiek widzimisię dzieci.

„Lecz gdy nie będę miła – mówisz – moje dziecko odejdzie ode mnie, w trudnych momentach nie będzie chciało ze mną rozmawiać, nie będę cieszyła się jego zaufaniem. Natomiast jeżeli będę bardziej miła, pozostanie otwarte, będę miała je pod kontrolą”.

Nie chodzi tu o niebycie miłym; jest to kwestia niepozwalania sobie na żadną miękkość. Nie obawiając się wcale utraty zaufania dziecka, będąc rozsądnie stanowczymi, rodzice właśnie zdobędą zaufanie dziecka, ponieważ są mądrze silni. Gdy dzieci zrozumieją, że w oznakach życzliwości, jaką rodzice ich darzą, nie szukają czegoś dla siebie, lecz jedynie dobra swych dzieci, bardzo szybko uświadomią sobie, że w surowości okazywanej im przez rodziców nie ma też śladu kaprysu, lecz tylko niezmienne pragnienie ich dobra.

Przedwczesny śmiech

Słynny francuski krytyk relacjonuje taki oto incydent dotyczący jednego ze swych kolegów. „Miał on tylko pięć lat, kiedy zrobił coś złego. Jego matka, która była zajęta malowaniem, wystawiła go za karę poza pracownię i zamknęła za nim drzwi. Przez zamknięte drzwi mały człowiek, uderzając w najbardziej poważny i błagalny ton, prosił o przebaczenie i obiecywał, że nie będzie już niegrzeczny. Matka jednak nie odpowiadała. Narobił tyle hałasu, że otwarła drzwi, a on zaczął czołgać się do niej na kolanach, błagając ją jednocześnie głosem tak poważnym i tak patetycznie, że zanim się do niej doczołgał, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

Wówczas natychmiast wstał i zmienił ton: «W takim razie – krzyknął – skoro śmiejesz się ze mnie, nie poproszę już nigdy więcej o przebaczenie». I nie poprosił”.

Pokazanie rozbawienia wobec aktu wielkoduszności ze strony dziecka, jest najlepszym sposobem na to, by straciło na zawsze ochotę do takiej postawy. Bez wątpienia matka nie śmiała się z uczucia, które pobudziło duszę jej dziecka, lecz jedynie z jego heroicznych wysiłków, żeby to okazać. Lecz dziecko nie potrafi ło tego rozróżnić. Ona się śmiała, a więc śmiała się z niego. Skoro się z niego śmiała, musiał wyglądać zabawnie; nie chciał już więcej przyjmować śmiesznej postawy. Jego małe sumienie jest geometryczne. Jego rozumowanie – krańcowo proste, ale odpowiednie do wieku.

Czy ktokolwiek potrafi kiedykolwiek ocenić, jak bardzo biedne dziecko, które nabroiło, musi się przezwyciężyć, żeby poprosić o wybaczenie? Popełnia błąd, a potem co się dzieje? Czy to trudno dostrzec? Jest zranione bólem, jaki sprawiło rodzicom, może dręczone wyrzutami sumienia, przestraszone perspektywą kary. Jego prośba o przebaczenie wypowiadana jest ze łzami i przerywanym oddechem. Lecz prawdziwie żałuje. Ponieważ jest urodzonym aktorem, byłoby możliwe, żeby rozmyślnie wyolbrzymiło zewnętrzny wyraz swej skruchy, ale czy jest tak rzeczywiście? Najczęściej dziecko jest uczciwe i poza przypadkami ewidentnie pokazującymi, że jest odwrotnie, jego czyn jest szczery, wyrażając dokładnie to, co ono czuje.

Jak bardzo jest rozstrojone, gdy jego skrucha spotyka się z reakcją, której tak mało się spodziewało i której tak bardzo nie rozumiało. Czasami dziecko ledwo godzi się powierzyć swój sekret lub w swej prostolinijności zadaje pytanie, nie zdając sobie sprawy z jego znaczenia, albo wyraża entuzjazm, który – jak ma nadzieję – spotka się z podobnym odzewem, lub też – chęć bycia wspaniałomyślnym, co – jak bardzo by chciało – będzie dobrze przyjęte. Lecz jeżeli widzi, że nikt go nie słucha albo że starsi uśmiechają się na jego piękne marzenia lub prośby o wyjaśnienie, nauczy się zamykać w sobie; nikt już nigdy nie dowie się czegoś więcej o jego małej duszy; będzie trzymało swoje myśli w sekrecie i samo będzie starało się znaleźć odpowiedzi na dręczące je pytania.

Jest jeszcze jeden rodzaj niestosownego śmiechu: śmiech rodziców lub innych, jako reakcja na moralnie złe czyny dziecka.

Rozważając zachowanie dziecka trzeba dokładnie rozróżnić dwa rodzaje czynów: te, które nie mają znaczenia moralnego, takie jak zadrapanie kolan przy upadku w czasie biegania, pobrudzenie przez nieuwagę ubrania, przewrócenie przez niezręczność kałamarza – od tych, które mają ciężar moralny, takich jak kradzież, kłamstwo, nieposłuszeństwo czy brak szacunku.

Czasami się zdarza, że ludzie są niezwykle surowi i robią wielki krzyk w związku z czynami, które nie noszą w sobie odpowiedzialności moralnej, natomiast żartują sobie i śmieją się z czynów moralnie złych. Nic tak nie deformuje sumień dzieci. Uczą się traktować jako poważne te czyny, przy których starsi zrobili awanturę, lecz które normalnie wcale nie są poważne, traktować zaś jako mało znaczące te, które przyprawiły innych o uśmiech, które jednak z moralnego punktu widzenia są całkiem poważne.

Wszystko to oznacza, że jako rodzic, wychowawca muszę czuwać nad swoimi uśmiechami i swoim śmiechem. Muszę posługiwać się nimi we właściwy sposób.

Miłość kontra instynkt macierzyński

Pewna matka rodziny, sama będąca zacnym i uduchowionym wychowawcą, napisała: „Nigdy nam się nie udaje uczynić naszych dzieci takimi, jakimi chcielibyśmy je widzieć; a czasami nie dokonujemy niczego, co – jak nam się wydawało – potrafi my dokonać. W teorii rola wychowawcy oferuje wiele atrakcji, lecz gdy ją spełniamy – jak wiele rodzi cierni! Nie zniechęcić się – już to samo jest niemałym osiągnięciem”.

Najważniejsza cnota, którą trzeba zapłodnić dusze dzieci – to zaufanie.

Dzieci zawsze mają jakieś wady rozwijające się z wiekiem; gdy znika jedna, pojawia się inna. To, czym zająć się trzeba jako pierwszym – to zaufaniem; zaufaniem, które sprawi, że dzieci staną się uległe ze względu na przekonanie, że nie ma dla nich nic lepszego niż porządki ustanowione przez osoby, które się nimi zajmują; a gdy wydaje się im, że osoby te męczą je lub psują im szyki, to że rzeczywiście mają na sercu ich dobro. Najprzyjemniejsze ćwiczenie nie zawsze jest najbardziej zbawienne. Przeciwnie! Przeciwności i sprzeciw są pożyteczne w każdym wieku, a szczególnie przydają się młodym, by utemperować ich burzliwe usposobienie i wzmocnić niedorozwiniętą wolę.

Dla tych, którzy rozpatrują wszystko z Bożego punktu widzenia przeciwności są tym elementem dopełniającym; przyozdabiają niczym złotem tego, u którego cnota jest głęboko zakorzeniona. Lecz jak może ktoś prosić owego surowego wychowawcę, by uczył jego własne dzieci? Matki są zbyt miękkie, by być doskonałymi wychowawcami, a raczej ich delikatność ma w sobie za dużo wrażliwości, która – można by powiedzieć – potęguje odwieczny konflikt pomiędzy człowiekiem duchowym a cielesnym. Miłość macierzyńską często nadmiernie zakłóca instynkt macierzyński, protestujący i powstrzymujący zdecydowane działanie, które powinno zostać podjęte.

Należy utrzymać rozróżnienie pomiędzy prawdziwą miłością macierzyńską w pełnym tego słowa znaczeniu a instynktem macierzyńskim; autorka poprzednich zdań jest wyczulona na tę różnicę i zainteresowana, by jej nie zacierać; jedna z jej córek miała szczególnie trudne usposobienie; matka starała się okazywać wobec niej konieczną stanowczość, tak jak wobec pozostałych dzieci:

„Zrobię postanowienie, by nie być miękką, zbyt spokojną, by nie ulegać wszelkim ich życzeniom. Postaram się tłumaczyć im przyczyny swoich decyzji, lecz sądzę, że robię im przysługę stawiając jakieś przeszkody wobec ich życzeń. W zachowaniu kierować się będę życzliwością; mam nadzieję, iż życzliwość sprawi, że to zniosą.

Jeżeli obawiam się sprzeciwu silnego charakteru i skłonności ducha, który rokuje być otwartym i ciekawym u Laurencji, to obawiam się wad pojawiających się u jej siostry z racji łatwiejszego usposobienia, spragnionego pochwał. Czy potrafi ona utrzymać to, co posiada, nabierając jednocześnie stanowczości, jaką chciałabym jej wpoić? Mój Boże, nie mogę tego przewidzieć; powierzam jej sprawy, tak jak swoje własne, w Twoje ręce”.

Tak właśnie należy postępować: starać się zastosować wobec każdego dziecka metodę najbardziej odpowiednią z punktu widzenia możliwości osiągnięcia sukcesu, a gdy to jest realizowane, powierzyć resztę Opatrzności Bożej.

Ks. Raoul Plus SI

Powyższy tekst jest fragmentem książki Ks. Raoula Plus SI Chrystus w rodzinie. t. 3: Wychowanie.