Rozdział drugi. Młody trubadur

Kiedy Franciszek wyrósł na mężczyznę, zaprzyjaźnił się z grupą wesołych młodzieńców, potomków największych i najbogatszych rodzin Asyżu. Ci synowie hrabiów, książąt i baronów nie byli jednak godni ani swych nazwisk, ani pałaców, w których mieszkali. Była to grupa, zajmująca się tylko beztroskim spędzaniem czasu i nie dbająca o dobro innych ludzi. Młodzi szlachcice płatali tak lekkomyślne, a czasami wręcz niegodziwe psikusy, że dobrzy mieszkańcy Asyżu lękali się na myśl o tym, co jeszcze może ich spotkać.

Młodzież chętnie przyjęła Franciszka do swojej kompanii, ponieważ – mimo że nie nosił szlacheckiego nazwiska – pięknie się ubierał i miał dużo pieniędzy, no i dlatego, że nikt spośród nich nie śmiał się tak donośnie ani nie śpiewał tak słodko jak ten kupiecki syn. W jego towarzystwie czas zawsze mijał weselej – wystarczyło tylko spojrzeć na pogodną twarz Franciszka, aby się dobrze poczuć. Piotr Bernardone był dumny, że jego syn stał się przyjacielem i ulubieńcem młodych paniczów, lecz łagodna matka martwiła się, że chłopiec, tak miły jej sercu, stanie się gwałtownym i złym człowiekiem. Którejś nocy zabolało ją serce, gdy usłyszała na ulicy śmiech i krzyki hałaśliwej grupy, a wśród nich głos Franciszka, dźwięczniejszy i głośniejszy od reszty, śpiewający fragment pieśni trubadura, której nauczył się w dzieciństwie:

„Wiosną serce się raduje,
Gdy po kwietniu idzie maj,
Słowik nocą wyśpiewuje,
A w dzień drozdów pełen gaj”.

Matka słuchała śpiewu i śmiechów, dopóki nie ucichły w oddali; zawsze w takich przypadkach jako ostatni cichł głos jej chłopca, słyszała go jeszcze długo po tym, kiedy wąskie uliczki pogrążyły się w ciszy. Kiedy sąsiedzi skarżyli się, że zachowanie chłopców jest już nie do zniesienia, kupiec tylko się śmiał.

– To naturalna kolej rzeczy – mówił. – Franciszek nie jest gorszy od reszty. Chłopcy muszą być chłopcami. Czy w jego wieku byliście inni?

Lecz jego żona mówiła miękko, ze łzami w łagodnych oczach:

– Dajcie mu czas, ja głęboko wierzę, że jeszcze będzie z niego dobry chrześcijanin.

Matka znała chłopca od najlepszej strony. Myślała: „Choćby nawet był lekkomyślny i gwałtowny, ma dobre i kochające serce”. I miała rację. Nawet w chwilach największej swawoli Franciszek był skory do litowania się nad każdym biednym i chorym człowiekiem.

Wszak ten, kto żyje bezmyślnie, łatwo może stać się okrutny. Pewnego dnia obdarty i głodny mężczyzna wkradł się przez otwarte drzwi do sklepu Piotra Bernardone. Kupca akurat nie było, za to Franciszek, który niekiedy zastępował ojca przy sprzedaży, rozkładał właśnie przed dwoma klientami piękne jedwabie i aksamity. Znalazłszy się w swych brudnych, brązowych łachmanach pośród czerwonych i purpurowych tkanin i złotych haftów, żebrak zawołał:

– Dajcie mi coś do zjedzenia, na Boga, umieram z głodu!

Franciszek, który wszystkimi myślami skupiony był na transakcji, niecierpliwie przepędził go ze sklepu. Chwilę później zrobiło mu się przykro. „A gdyby ten człowiek poprosił mnie o pieniądze w imię jakiegoś hrabiego czy barona? Co bym wtedy zrobił?” – powiedział do siebie. „A cóż powinienem uczynić, skoro on przyszedł tutaj w imię Boga?” Po czym zostawił w sklepie zaskoczonych klientów, wybiegł na ulicę i dał żebrakowi wszystkie pieniądze, jakie miał w swojej sakiewce.

W swoim beztroskim życiu Franciszek miewał chwile refleksji i wtedy nie był z siebie zadowolony. Chodząc ulicami Asyżu, pięknie ubrany i syty, widział chorych, obdartych i głodnych, którzy cieszyli się, jeśli dostali byle skórkę chleba albo stary płaszcz. Myślał wówczas: „Ci ludzie mogliby żyć przez miesiąc za to, co ja trwonię w ciągu jednego dnia”. Czasami rzucał jakiemuś żebrakowi sakiewkę albo któryś ze swych pięknych płaszczy, zaś jego kompani śmiali się i kpili z jego głupoty. Potem wszyscy biegli gdzieś wesoło i nawet Franciszek o wszystkim zapominał.

Nie zapomniał jednak o swojej dawnej miłości do historii o królu Arturze i Okrągłym Stole. Coraz mniej podobała mu się myśl, że kiedyś będzie kupcem. Chciał podróżować, zwiedzać dalekie kraje, lecz jako żołnierz, nie jako handlarz. Pragnął zdobywać wielkie zamki, ratować szlachetne damy, jechać na czele nieustraszonego zastępu rycerzy. Uwielbiał rycerzy ze starych podań, nie tylko za odwagę w walce, lecz także za piękno ich mowy, wierność danemu słowu oraz dobroć, jaką okazywali nieszczęśliwym i biednym. Być może właśnie zamiłowanie do dzielnych czynów i dobrych manier sprawiło, że w owym czasie Franciszek nie stał się człowiekiem nieczułym i samolubnym.

Oprócz pieśni o miłości i bojowaniu Franciszek nauczył się także kilku strofek o obowiązkach rycerzy i od czasu do czasu, gdy wraz z przyjaciółmi zachowywał się szczególnie nieprzyzwoicie i nierycersko, stare wersy odzywały mu się w głowie głosem pełnym wyrzutu:

„Nikt w świecie nie zwie się szlachetniej
Niżeli cne rycerstwo;
Wrogiem mu wszystko to, co szpetne:
Tchórzostwo i przekleństwo;

Uczciwość, mądrość, w walce dzielność,
Szlachetne, czyste serce –
Pamiętaj, drogi przyjacielu:
Przymioty to rycerskie”.

cdn.

Sophie Jewett

Powyższy tekst jest fragmentem książki Sophie Jewett Święty Franciszek. Opowieść o Trubadurze Pana Boga.