Rozdział drugi. Mężczyzna silny Bogiem

Od tysiącleci zadaniem mężczyzny była walka w obronie ogniska domowego. Zarówno człowiek na początku dziejów świata, jak i ten z XXI wieku, muszą radzić sobie z przeciwnościami, które niesie ze sobą życie.

Niezrównanym przykładem mężczyzny, który – choć z pewnością nie był nigdy biologicznym ojcem – musiał troszczyć się o byt swojej rodziny, jest św. Józef, opiekun Pana Jezusa i Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny. Prosty cieśla z Nazaretu, ubogiej miejscowości w Galilei, postanowił poślubić młodą dziewczynę. Nie wiemy, czy związek ten opierał się na tradycyjnym modelu żydowskiej rodziny, w której rodzice panny młodej dokonywali swoistej transakcji z rodzicami pana młodego. Niemniej Józef musiał kierować się czymś więcej względem Maryi, niż tylko wolą rodziców, skoro brzemiennej oblubienicy nie wydał Żydom, by ją ukamienowali jako cudzołożnicę. Nie chcąc, by była zniesławiona, zdecydował rozstać się z nią. Wtedy jednak Bóg postanowił zainterweniować. W nocy Józefowi objawił się anioł. Dalszy ciąg historii już znamy. Józef – choć w tradycyjnej ikonografii przedstawiany jako stary mężczyzna, musiał być zapewne pełen sił, skoro był w stanie przeprowadzić swoją rodzinę przez pustynię w czasie ucieczki do Egiptu, a – po powrocie do Nazaretu – utrzymać ekonomicznie Maryję i Jezusa. Nie wiemy, kiedy Józef umarł. Bibliści przypuszczają, że stało się to przed rozpoczęciem publicznej działalności Jezusa, ponieważ Ewangeliści niechybnie mieliby wiele okazji, by o nim wspomnieć. Z drugiej strony Józef, jako tak zwany „cichy święty” (w Ewangelii nie jest zanotowane ani jedno jego słowo), mógł zwyczajnie usunąć się na bok, by nic przypadkiem nie przysłaniało chwały jego przybranego Syna.

By walczyć – trzeba jeść. O tej prostej prawdzie zapomina wielu mężczyzn, którzy nie jedzą i dziwią się, że rozpadają się ich małżeństwa, że dzieci są nieposłuszne, że nie układa się im w pracy. Chwileczkę, ale co ma do tego jedzenie – można zapytać. Otóż wielu mężczyzn nie spożywa Ciała Chrystusa – nie jest silnych Bogiem.

Podobno gdybyśmy zrozumieli całkowicie dar Eucharystii, to umarlibyśmy ze szczęścia i bojaźni, jak wielki skarb pozostawił nam Pan Jezus. Paradoksalnie na szczęście nasze umysły są zbyt małe, by pojąć tę tajemnicę. Uświadomiwszy sobie jednak własną grzeszność – nawróciwszy się – mężczyzna nie może pozostać w stanie błogiego samozadowolenia, ale powinien nadal się doskonalić i formować poprzez regularne i częste przyjmowanie Komunii Świętej.

Gdy nam na kimś zależy, to często spotykamy się z tą osobą, dzwonimy do niej, piszemy. Szukamy jakiegoś kontaktu, bardziej lub mniej bezpośredniego. Gdy nam się to nie udaje przez dłuższy czas, powoduje to wtedy nasz niepokój, zdenerwowanie, w końcu cierpienie. Jeśli relacje międzyludzkie przeniesiemy na relacje z Panem Bogiem, to dość groteskowo może wyglądać trzecie przykazanie kościelne: Przynajmniej raz w roku w okresie wielkanocnym przyjąć Komunię Świętą. Niestety, bardzo wielu ludzi ma minimalistyczne pragnienia, i jeśli słyszy „przynajmniej”, to równoznacznie rozumie „dokładnie tyle”. Każdy z nas nosi w pamięci obrazek z parafialnego kościoła, gdzie przed każdymi świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy ustawiają się długie kolejki wiernych oczekujących na spowiedź. I dobrze, że tak jest – oznacza to chęć przeżycia świąt z czystym sercem. Ale co dzieje się u wielu z tych ludzi (choć oczywiście nie u wszystkich) dwa tygodnie po świętach, nie mówiąc już o trzech miesiącach? Tak jak mężczyzna powinien często się odżywiać, a jego dieta powinna różnić się od kobiecej większą ilością mięsa, tłuszczu i „cięższego jedzenia”, tak samo powinien często przystępować do Komunii Świętej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nawet częściej niż kobieta, ponieważ płeć piękna ze swej natury jest bardziej wyczulona i wrażliwa na sprawy wiary; mężczyźni podchodzą do tego raczej z większą obojętnością.

Św. Dominik Savio, wychowanek założyciela salezjanów św. Jana Bosko, będąc ministrantem w parafialnym kościele, ponieważ nie miał zegarka, przychodził służyć zazwyczaj dwie godziny przed czasem. W oczekiwaniu na księdza, który otworzy drzwi kościoła, klęczał na dworze przed Panem Jezusem i głęboko się modlił. Z kolei kiedy przyjmował Komunię Świętą, wpadał w zachwyt mistyczny, z którego trudno go było wyprowadzić. Niewątpliwie Eucharystia uczyniła go silnym do mężnego przyjęcia śmierci w wieku zaledwie piętnastu lat.

Dla wielu dzieci niezapomnianym widokiem jest obraz klęczącego, modlącego się ojca. Widzi wtedy, jak jego własny tato, który jest dla małego człowieka największym autorytetem na ziemi – wprost „całym światem”, klęczy i bije się w pierś. Uświadamia sobie również, że istnieje grzech na ziemi, że nawet najwięksi „tytani wiary” mają problemy z samym sobą.

Postawa klęcząca ma swoją symbolikę sięgającą czasów biblijnych, ale najbardziej rozwiniętą w średniowieczu. Każdy bowiem lennik klękał przy składaniu hołdu przed swoim seniorem, składał swoje ręce razem tak, jak my obecnie składamy podczas modlitwy, a senior nakładał własne dłonie na dłonie lennika. W ten sposób senior wciągał pod swoją jurysdykcję lennika, lennik zaś uznawał seniora za swojego pana.

Napoleon Bonaparte, będąc pewnego razu na Mszy Świętej, ujrzał oficera, który stał w czasie przeistoczenia. Cesarz zrugał go wówczas słowami: „Źle wychowany! Klęknij przed twoim Panem Bogiem, tak jak i twój cesarz klęka! Przed Panem Jezusem ja i ty jesteśmy mniej niż proch marny”.

Paradoksalnie postawa klęczenia, uniżenia przed Bogiem, doprowadza nas do całkowitego podniesienia naszej duszy, do jej uzdrowienia i wzrostu naszej wartości. Nie należy się obawiać postawy klęczącej w modlitwie jako czegoś, co może nas upokarzać. Czy przypadkiem scena oświadczyn nie wygląda zazwyczaj tak, że to „on” klęka przed „nią”? Skoro więc jesteśmy w stanie uklęknąć przed człowiekiem, i czynimy to ze swoistą radością, to czy nie możemy uklęknąć przed samym Panem Bogiem, naszym Stwórcą?

Dopiero kiedy mężczyzna prawdziwie poczuje się silny Bogiem, jest w stanie podołać przeciwnościom, kłopotom i problemom.

Mężczyzna potrzebuje walki. „Stan wojny” i walki o byt jest u mężczyzn czymś naturalnym. Kiedyś wyrażało się to poprzez przynależność do stanu rycerskiego, kiedy zbrojny rycerz z mieczem w dłoni i z imieniem Chrystusa na ustach bronił swojej kobiety, duchownych, włościan od najazdów niewiernych. Czasy te minęły. Teraz częściej spotykamy się z dyskusją jako formą walki, we współczesnych czasach zdecydowanie bardziej ceni się moc argumentu od siły fizycznej. Ale nie zmieniło się jedno. Człowiek jako istota grzeszna musi walczyć ze złym duchem o swoją duszę. W modlitwie do św. Michała mówimy: „Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce…” – ta piękna modlitwa pełna jest określeń, które można określić jako „militarne”. Z kolei Pan Jezus mówił, że Królestwo Niebieskie zdobywa się gwałtem, walką. Zatem możemy wywnioskować, że „stan wojny” jest czymś normalnym dla człowieka, stanem, który na ziemi jest mu niejako przypisany, jest nieodzownym elementem jego tożsamości.

Drodzy mężczyźni, nie zwyciężamy jednak sami – obok nas muszą być kobiety. Nie chodzi tu tylko o kobiety ziemskie, nasze dziewczyny, narzeczone, żony. Przede wszystkim musimy współdziałać z Najświętszą Maryją Panną. To Matki Bożej szatan boi się szczególnie, właśnie z powodu Jej niewinności.

Dlatego też, by być silnym, warto połączyć trzy ważne kwestie, którymi musi charakteryzować się każdy mężczyzna: częste przyjmowanie Komunii Świętej, umiejętność ugięcia kolan przed Bogiem oraz szczególny kult Maryi, naszej Pani.

Nie wolno nam jednakże zapominać o tym, że mężczyzna silny to taki, który posiada olbrzymią władzę, ogromne możliwości. Może budować wielkie budowle, ale może je również obrócić w proch. Warto pamiętać, by nasza siła, a nawet siła pochodząca od Boga, nie stała się powodem do pychy, ponieważ wtedy przegramy wszystko, nasze relacje z Bogiem i bliźnimi.

***

Rycerz Chrystusowy to krzyżowiec, który prowadzi podwójną walkę: z ciałem i krwią oraz mocami piekielnymi… Idzie śmiało naprzód, czujnie spoglądając na prawo i lewo. Swoją pierś przyoblekł w kolczugę, a duszę okrył pancerzem wiary. Z tą podwójną zbroją nie obawia się już ani człowieka, ani szatana. Idźcie zatem, rycerze, śmiało naprzód, idźcie z sercem nieustraszonym przepędzić wszystkich wrogów Krzyża Chrystusowego! A tę pewność miejcie, że ani śmierć, ani życie nie odłączą was od Chrystusowej miłości… Jakże chwalebny jest powrót rycerza po zwycięskim boju! A jak błogosławiona jego męczeńska śmierć w walce (św. Bernard z Clairvaux).

Kajetan Rajski

Powyższy tekst jest fragmentem książki Kajetana Rajskiego Prawdziwy mężczyzna… czyli kto?