Rozdział czwarty. Galery

Ksiądz de Bérulle z pewnością nie przesadził, mówiąc że parafia Châtillon-les-Dombes potrzebuje pełnych zapału pracowników. Wincenty rozejrzał się po niej i natychmiast przystąpił do działania.

Najpilniejszą rzeczą do zrobienia okazało się uporządkowanie kościoła, tak pełnego brudu i plugastwa, że ludzie mieli dobrą wymówkę, by tam nie zaglądać. Następnie Wincenty zwrócił uwagę na miejscowy kler. Byli to w większości ludzie niefrasobliwi i pełni ignorancji, poświęcający znacznie więcej uwagi własnym rozrywkom niż potrzebom powierzonej im trzody, ale mimo to dobrzy w głębi serca. Jego wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać życie księdza najpierw wprawiło ich w zdumienie, ale później przekonało – tym bardziej, że mieli przed oczami właśnie ten ideał, który próbował im zaszczepić.

W Châtillon nie było plebanii, więc, ku zdziwieniu wszystkich, Wincenty wynajął mieszkanie w domu młodego dżentelmena o reputacji jednego z największych rozpustników w okolicy. Młodzieniec ten był ponadto na wpół heretykiem, księdza ostrzeżono więc, by trzymał się od niego z daleka. Nowy proboszcz miał jednak własne zdanie na ten temat, więc niezbyt dobrana para szybko się zaprzyjaźniła.

Zmiana sposobu życia młodego człowieka dokonywała się stopniowo. Pierwszym krokiem było pojednanie z Kościołem, następnym zainteresowanie potrzebami ubogich. Złe towarzystwo znikało gdzieś po trochu, aż wreszcie pewnego dnia w Châtillon uświadomiono sobie, że ten największy w okolicy awanturnik podchodzi do życia poważnie – że jest już innym człowiekiem. Mieszkańcy miasteczka byli poruszeni. Kim był ten ksiądz, który pojawił się nagle wśród nich: tak bezinteresowny i prosty, tak skromny, ale wywierający na każdego wielki wpływ?

Było to pytanie, które warto zadać, zważywszy co miało się jeszcze wydarzyć.

W pobliżu Châtillon mieszkał niejaki hrabia de Rougemont, znany uczestnik pojedynków, o którego niemoralności i skłonności do przemocy mówiono głośno w okolicy. Człowiek ten, usłyszawszy pogłoski o cudownej elokwencji Wincentego przyszedł pewnego dnia z ciekawości, by posłuchać jego kazania. Zaskoczony i poruszony wbrew własnej woli, zapragnął spotkać się z kaznodzieją. Pospieszył zatem do niego i padł na kolana.

– Jestem łajdakiem i grzesznikiem! – wykrzyknął. – Powiedz mi jednak co mam robić, a zrobię to.

Podnosząc go z łagodną życzliwością, dodając odwagi, Wincenty powiedział, jak wiele dobra może przynieść światu ktoś o jego pozycji. Hrabia, poruszony do głębi kontrastem między życiem swoim i człowieka, którego spotkał – jedno tak bardzo oddane złu, drugie potężne siłą dobra – poprzysiągł się poprawić. I dotrzymał słowa.

Aby zapewnić potrzebne środki na dobroczynne przedsięwzięcia, zaczął sprzedawać swoje majątki jeden po drugim; pozbawiłby się w ten sposób wszystkiego co miał, gdyby sam Wincenty mu tego nie zabronił. Miecz, który służył hrabiemu we wszystkich pojedynkach i do którego był bardzo przywiązany, został strzaskany na kamieniu. Wielki zamek, którego ściany odbijały dawniej echa odgłosów dzikich hulanek, otworzył swe podwoje dla ubogich i chorych, zaś budzący niegdyś lęk hrabia upierał się, by służyć im osobiście. Zmarł kilka lat później śmiercią godną świętego, błogosławiony przez wszystkich ludzi, którym pomógł.

Należące do parafii damy, którym przed przybyciem Wincentego godzina niedzielnego nabożeństwa wydawała się zbyt długa, wobec czego spędzały ją na plotkach pod osłoną wachlarzy, również zaczęły dostrzegać, że w życiu jest jeszcze coś więcej niż tylko samolubna rozrywka. Niektóre z nich, pchane ciekawością, wybrały się w odwiedziny do nowego kaznodziei, który przyjmując je ze swą zwykłą uprzejmą życzliwością, kreślił poruszający obraz widocznego wszędzie wokół ubóstwa i cierpienia. Błagał by pomyślały czasem o swoich braciach i siostrach, którym nie powodzi się tak dobrze.

Dwie z najbogatszych modniś miasteczka, na których słowa i czyny Wincentego wywarły wielkie wrażenie, oddały się potem całkowicie służbie ubogim, podróżując po okolicy i troszcząc się o chorych; ryzykowały nawet życie opiekując się ofiarami zarazy. Były forpocztą Sióstr Miłosierdzia, które pojawiły się lata później, by nieść pomoc i ukojenie ubogim każdego kraju.

Pewnego dnia, gdy Wincenty przygotowywał się do Mszy świętej, jedna z tych dam zwróciła się do niego z gorącą prośbą, by wstawił się przed zgromadzeniem wiernych za pewną rodziną, której członkowie chorowali i przymierali głodem. Jego apel był tak skuteczny, że kiedy wybrał się w odwiedziny, by zobaczyć co może sam zrobić, zobaczył drogę zatłoczoną ludźmi niosącymi żywność i inne dary.

Wincenty zrozumiał szybko, jak bardzo było to niepraktyczne. Dzisiaj darów było o wiele za dużo, następnego dnia zabraknie ich w ogóle. Ludziom nie brakowało miłosierdzia, ale odpowiedniej organizacji. Posłał zatem po damy i wyjaśnił im plan, który obmyślił w drodze do domu. Ci, którzy byli gotowi pomagać biednym mieli się łączyć w grupy, kolejno biorąc na siebie obowiązek dostarczenia głodującym rodzinom wyżywienia na cały dzień.

Tak powstało pierwsze stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, pracujących razem, by przynieść ulgę swoim uboższym bliźnim. Miało podlegać proboszczowi parafii i przyjmować w swe szeregi wszystkie dobre kobiety. Członkinie miały poświęcić się służbie ubogim w imię miłości swego patrona – Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Ich zadaniem było opiekować się chorymi z taką pogodą i życzliwością, jaką okazywałyby własnym dzieciom, nie wzdragając się przed pielęgnowaniem ich własnymi rękami. Przedsięwzięcie rozwijało się szybko; towarzystwa dobroczynne powstały niebawem we wszystkich parafiach Francji i zaczęły się rozprzestrzeniać na cały świat chrześcijański.

W międzyczasie, państwo de Gondi odkryli miejsce ucieczki Wincentego i napisali do niego kilka łzawych listów z wezwaniami do powrotu. Pozyskali też jako adwokata swojej sprawy przyjaciela Wincentego – niejakiego pana du Fresne, który obiecawszy się za nimi wstawić, przystąpił do tego w sposób rozsądny, przebiegły i nie pozbawiony skuteczności.

Praca w Châtillon, wykładał Wincentemu du Fresne, może być kontynuowana przez każdego dobrego księdza, skoro ją już rozpoczęto. Natomiast odmawiając powrotu do Gondich, odrzucał szansę, by czynić dobro na o wiele większą skalę. Dzięki ich pieniądzom i wpływom otworem dla jego pracy stoją nie tylko olbrzymie majątki ziemskie, ale cały Paryż. Ponadto, wybierając się do Châtillon poszedł własną drogą. Czy mógł być pewny, że była to droga wybrana przez Boga?

Wincenty był człowiekiem wystarczająco pokornym, by uwierzyć, że mógł postąpić niewłaściwie. Zgodził się zatem odwiedzić Paryż, by zobaczyć się z księdzem de Bérulle i postanowił posłuchać rady, jaką od niego otrzyma. Wynik był z góry przesądzony, ponieważ państwo de Gondi przeciągnęli już księdza de Bérulle całkowicie na swoją stronę. Następnego dnia Wincenty powrócił więc do Hôtel de Gondi, gdzie obiecał mieszkać aż do śmierci hrabiny.

Szlachetnym patronom Wincentego sprawiłoby radość skłonienie go do powrotu za każdą cenę, z chęcią wsparli zatem jego plany niesienia pomocy biednym i niedołężnym. Zgromadzenia podobne do tego w Châtillon powstały na wszystkich należących do Gondich ziemiach; zaś sama pani de Gondi stała się wzorowym przykładem tego, jak powinna postępować doskonała pani miłosierdzia. Ani brud, ani nieokrzesanie podopiecznych, ani ryzyko zakażenia nie zniechęcały gorliwej uczennicy Wincentego. Mimo słabego zdrowia, nie szczędziła dla ubogich czasu, wysiłku, ani pieniędzy.

Pan de Gondi był, jak już wiemy, generałem królewskich galer, albo – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – admirałem floty. Nie była to łatwa rola w dniach, w których Morze Śródziemne roiło się od tureckich piratów, zaś królewskie statki wielokrotnie musiały wyruszać za nimi w pogoń. W tym trudnym zadaniu generał wykazywał się wielokrotnie siłą i odwagą.

Nie znano jeszcze maszyny parowej, więc królewskie galery poruszały się dzięki pracy jeńców i francuskich skazańców – znalezienie ochotników do tej pracy byłoby niemożliwe. Dzień i noc przykuci do wioseł, utrzymywani w posłuszeństwie przez okrutne razy bata spadającego na nagie ramiona, ludzie ci żyli i umierali na swych ławkach, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy i opieki duchowej. Warunki w jakich pracowali sprawiały, że wielu więźniów wolało odebrać sobie życie, niż doświadczyć tortury takiego istnienia.

Kiedy Wincenty zajął się działalnością dobroczynną w Paryżu, przyszło mu do głowy, by odwiedzić lochy, w których trzymano więźniów przeznaczonych do pracy na galerach. To co zobaczył napełniło go przerażeniem. Stłoczeni w wilgotnych, plugawych, rojących się od robactwa więzieniach, pokryci ranami i wrzodami, bluźniący i walczący ze sobą nawzajem galernicy przedstawiali obraz przywodzący na myśl jedynie piekło.

Wincenty pospieszył do pana de Gondi i drżąc z powodu emocji wyksztusił z siebie opis potworności, jakie tam zobaczył.

– To twoi ludzie, panie! – krzyczał. – Będziesz musiał odpowiedzieć za nich przed obliczem Boga!

Generał osłupiał: nigdy nie przeszło mu przez myśl, by zainteresować się losem tych, którzy napędzali jego statki. Z chęcią dał Wincentemu wolną rękę, pozwalając by robił co tylko może, aby im ulżyć.

Wincenty poprosił o pomoc jeszcze dwóch księży i natychmiast zaczął odwiedzać skazanych z paryskich więzień; przebywający tam ludzie byli jednak tak zezwierzęceni, że trudno było dociec, jak pozyskać sobie ich przychylność. Reakcją na pierwsze próby nawiązania kontaktu były tylko klątwy i bluźnierstwa, ale Wincenty nie poddawał się łatwo. Z łagodnością i miłosierdziem własnoręcznie pełnił najpodlejsze posługi dla biednych złoczyńców, którzy wzbudzali w jego sercu szczerą litość. Oczyszczał ich ciała z pełzającego wszędzie robactwa, opatrywał zaniedbane rany. Stopniowo udało się zjednać ich na tyle, by słuchali, gdy mówił o Zbawcy, który umarł dla ocalenia ich dusz. Na gorącą prośbę Wincentego jego przyjaciele i patroni przeprowadzili zbiórkę pieniędzy, dzięki którym powstał szpital dla więźniów skazanych na galery. Galernicy mogli tam wrócić do zdrowia, zanim znów weszli na pokład.

Po pewnym czasie pogłoski o dobroczynnej działalności Wincentego dotarły do uszu Ludwika XIII, który natychmiast przyznał Wincentemu á Paulo tytuł Jałmużnika Floty Królewskiej, z honorami i przywilejami należnymi oficerowi marynarki oraz pensją w wysokości sześciuset liwrów. Pozwoliło to Wincentemu podążyć ze swą misją jeszcze dalej; postanowił zatem odwiedzić wszystkie więzienia w miastach portowych, na pierwszy przystanek wybierając Marsylię.

Tam, w miejscu gdzie warunki wydawały się fatalne nawet w porównaniu z Paryżem, Wincenty spotkał się ze skazańcami w takim samym duchu i zjednał ich sobie tymi samymi środkami co poprzednio. Kiedyś sam był niewolnikiem, rozumiał więc świetnie cierpienie więźniów i miał na nich wielki wpływ. Dla ludzi nawykłych do tego, że inni traktują ich jak zwierzęta, niezwykłym doświadczeniem było spotkanie z kimś, kto postępował jakby przebywanie w ich towarzystwie uznawał za przywilej. Dziwny nowy przyjaciel, który krążył wśród nich całując łańcuchy, współczując cierpieniu i troszcząc się o ich najniższe potrzeby, wydawał się zesłanym z nieba aniołem; nawet najbardziej zatwardziali nie mogli się oprzeć takiemu naciskowi.

W międzyczasie, dzięki hojności przyjaciół Wincentego, powstawały kolejne szpitale, a liczni mężczyźni i kobiety ofiarowali wszelką konieczną pomoc w ich działalności. Wielu spośród tych pełnych zapału chrześcijan oddało za galerników życie; w pełnych brudu więzieniach szalały bowiem wszelkiego rodzaju zakaźne choroby, na które zmarło wielu księży i świeckich pomocników. Na ich miejsce przychodzili jednak inni oddani pracownicy, a rozpoczęte przez Wincentego dzieło rozwijało się i prosperowało.

cdn.

Frances Alice Forbes

Powyższy tekst jest fragmentem książki Frances Alice Forbes Św. Wincenty a Paulo. Apostoł Miłosierdzia.