Rozdział czwarty. Do broni!

Pewnego dnia wypuszczono wreszcie jeńców na wolność i Franciszek mógł wrócić do domu. Rozległa dolina ze swymi lśniącymi rzekami, dalekim błękitem gór i zieloną, leśną drogą musiała być przyjemną odmianą dla oczu, które przez cały długi rok oglądały świat przez więzienne kraty. Możemy być pewni, że Piotr i Pika Bernardone wyglądali swego syna i wszyscy sąsiedzi cieszyli się z jego powrotu. Wiemy, że jego weseli, młodzi przyjaciele przyjęli go z radością i od nowa zaczęło się życie pełne uczt, picia i hulanki. Być może Franciszek, rad z odzyskanej wolności, stał się jeszcze bardziej lekkomyślny niż kiedykolwiek. W każdym razie pewne jest, że niedługo po swoim powrocie do Asyżu nagle poważnie zaniemógł. Kiedy po wielu dniach choroby stanął wreszcie na nogi i zaczął snuć się po domu, powolny, słaby i blady, z trudem można było go poznać. Dawniej skory do nieustannych włóczęg z przyjaciółmi, teraz był milczący, a jego serce przepełniał jakiś smutek. Zastanawiał się, jak mógł jeszcze kilka tygodni wcześniej poświęcać tyle czasu ucztom, śpiewom i zabawom. Teraz wcale go już nie interesowały. Uważał, że człowiek powinien zajmować się czymś lepszym niż strojenie się, jedzenie i picie. Pogrążony w bólu i pozbawiony sił, tym bardziej współczuł wszystkim chromym, ślepym i głodnym żebrakom, którzy przychodzili pod drzwi, a jego jedyną przyjemnością stało się obdzielanie ich pieniędzmi, ubraniami i żywnością.

Każdego dnia, czy to rankiem na targu, czy wieczorem w ojcowskim domu, wysłuchiwał wielu relacji z wojny. Mężczyźni opowiadali o tym, jak rujnowano domy, tratowano i niszczono pola i winnice; o tym, jak zabijano kobiety, dzieci i bezbronnych starców lub skazywano ich na powolną śmierć z głodu i zimna. Podczas bezsennych nocy zdawało mu się, że znów widzi pole bitwy pod Ponte San Giovanni: okrutne twarze napastników, ranionych nieszczęśników padających na ziemię. Ogarniało go wówczas zwątpienie, czy wojna rzeczywiście może być tak wspaniała, jak mu się zawsze wydawało.

Kiedy jednak przyjaciele oznajmili mu, że na południu Włoch znów toczą się walki, zaś z Asyżu wyprawia się grupa żołnierzy, by dołączyć do sławnego rycerza zwanego Walterem z Brienne, wszystko się zmieniło. Franciszek poczuł, jak w jego sercu na nowo budzi się dawna namiętność do wojennej chwały, zapragnął więc jak najszybciej odzyskać siły, by móc stanąć do walki.

Dla rekonwalescenta były to emocjonujące dni. Policzki odzyskały kolor, a w oczach iskrzyła radość na widok rynsztunku, który na niego czekał: wykwintnych strojów, pięknego konia, wspaniałej tarczy. Zapomniał, że w rycerskiej hierarchii był zaledwie giermkiem, a jego pierwsza bitwa zakończyła się klęską. Marzył o wielkich zwycięstwach, o poślubieniu pięknej księżniczki i życiu we wspaniałym pałacu, o wojennej wyprawie na czele własnych rycerzy.

Asyż był w tym czasie pogrążony w wojennym zgiełku. Grupy żołnierzy tak nieostrożnie jeździły wąskimi uliczkami, że ludzie w pośpiechu kryli się za drzwiami domów i z ustami rozdziawionymi ze strachu patrzyli na przemykających jeźdźców. Rosła wrzawa i podniecenie, jednak najgłośniej niosły się ostre uderzenia młotów o kowadła – każdy bowiem kowal, który znał sztukę wyrobu bądź naprawy zbroi, miał pełne ręce roboty. Na otwartym placu stały piece z ogniem bladym w słonecznym świetle. Niżsi szlachcice znosili od swoich panów pogięte lub połamane kawałki dobrej, kutej stali, zwykli żołnierze przynosili własne toporne zbroje; natomiast mali chłopcy z miasta w zachwyceniu otaczali kręgami huczące kowadła i myśleli sobie, że na drugim miejscu – po rycerzu – najbardziej chcieliby być kowalami.

Te gorączkowe przygotowania były dla Franciszka skuteczną kuracją. Zapomniał już o tym, że był chory. Zapomniał, że wojna kiedykolwiek wydawała mu się zła. Razem z przyjaciółmi znów tworzył najweselszą kompanię i nie trzeba było go prosić o piosenki. Wciąż wyśpiewywał:

„Kocham uroki pięknej wiosny
I drzewa całe w kwiatach;
Gdy setek ptaków śpiew radosny
Muzyką w niebo wzlata;

Lecz żywiej bije moje serce,
Gdy widzę zbroje lśniące,
Chorągwi i sztandarów czerwień,
Namiotów aż tysiące;

W obozie rój, ulice tłumne,
Otwarte miejskie bramy
I zjeżdża się rycerstwo dumne
Ze wszystkich stron Italii.

Radują mnie piękniejsze rzeczy
Niż uczty, sen, i picie:
To herbów blask, szczęk ostrych mieczy,
To bitwy krzyk i wycie;

To trąb rycerskich dźwięczne brzmienie,
Straszliwe rannych krzyki,
Tętent i rozpaczliwe rżenie,
Gdy płoszą się koniki”.

Franciszek chyba jeszcze nigdy nie był tak pyszny i rozpromieniony – aż dziwili mu się przyjaciele. Pytali go ze śmiechem:

– Z czego tak się cieszysz?

Na co on odpowiadał z dumą:

– Jestem pewien, że zostanę wielkim księciem.

Mimo swej próżności Franciszek nigdy nie zapomniał, że dobrego żołnierza nie wyróżniają piękne stroje, tylko dzielne czyny. W grupie rycerzy, którzy przybyli do Asyżu, znalazł się jeden taki, który od wielu lat walczył niezwykle dzielnie, ale wciąż trapiły go nieszczęścia i popadł w taką biedę, że aż chodził w łachmanach. Franciszek dał mu swój płaszcz i opończę; tamten przyjął dar z wdzięcznością, wiedział bowiem, że wykwintne stroje są niewiele warte, za to wielką wartość ma uprzejmość.

Kiedy już wszyscy się ze sobą pożegnali i stukot końskich kopyt ucichł za murami miasta, w całej kompanii najlżej na sercu było Franciszkowi Bernardone.

Jego matka odprowadzała go poważnym spojrzeniem, mając w pamięci, jak często spoglądała kiedyś na wieże Perugii niknące w czerwieni zachodzącego słońca i modliła się, żeby jej chłopcu dane było do niej wrócić. Teraz znów wyjeżdżał, już nie do Perugii, lecz daleko na południe, do nieznanego jej kraju. Nie mogła zrozumieć, jak mógł się z nią pożegnać tak wesołym uśmiechem.

cdn.

Sophie Jewett

Powyższy tekst jest fragmentem książki Sophie Jewett Święty Franciszek. Opowieść o Trubadurze Pana Boga.