Rozdział czwarty. Bogactwo i ubóstwo

Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną. Nie możecie służyć Bogu i mamonie (Łk 16, 9. 13).

Zobaczyliśmy, że Kościół Księcia Pokoju musi stale znajdować się w centrum wojny. Przejdźmy teraz do rozważenia, w jaki sposób – jako społeczność ludzka zamieszkująca ten świat – musi mieć oczy stale zwrócone na tamten świat i jak – jako społeczność Boża – musi liczyć się z zarzutem światowości.

Ten zarzut jest bardzo powszechny. „Spójrzcie na nadzwyczajne bogactwo i przepych, jakie ów Kościół Ubogiego Człowieka z Nazaretu stale gromadzi wokół siebie i zadajcie sobie pytanie, jak śmie rościć sobie prawo do reprezentowania Go! Przejdźcie się po Świętym Rzymie i zobaczcie, jak najbogatsze i najbardziej wyszukane budynki noszą nad bramami emblematy heraldyczne Namiestnika Chrystusa! Przejedźcie przez jakikolwiek kraj, w którym nie powstało obrzydzenie i który nie porzucił oszusta, co sam siebie nazywa «Kościołem Chrystusa», a stwierdzicie, iż żaden ziemski urzędnik nie jest tak świetny, jak owi niebiańscy przedstawiciele Jezusa Chrystusa, żadne pałace – wspanialsze niż te, w których zamieszkują ci, co udają, że głoszą Tego, który nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć! (Mt 8, 20)

Przede wszystkim odwróćcie się od tej prostej, dotkniętej ubóstwem postaci, którą przedstawia nam Ewangelia, ku człowiekowi, który twierdzi, że jest Jego Zastępcą na ziemi. Zobaczcie, jak się przemieszcza, potrójnie ukoronowany, na tronie niesionym przez ludzi na ramionach, z piskliwie grającymi srebrnymi trąbami przed nim i ze strusimi wachlarzami za nim, a zrozumiecie, dlaczego świat nie może brać Kościoła na poważnie. Spójrzcie na dwór, który jest przy nim, wszystko w purpurze i szkarłacie, i postawcie obok grupkę ogorzałych rybaków!

Nie, gdyby ten Kościół był naprawdę Chrystusa, naśladowałby Go lepiej. Jego wyjątkowa misja polegała na tym, aby wskazywać to, co na górze (Kol 3, 1), wznosić ludzkie myśli wyżej niż śmieci, i złoto, i klejnoty, i wpływ światowy, i zaszczyty, i władza, wskazywać na Jeruzalem niebieskie, nie ręką uczynione (Hbr 12, 22; 2 Kor 5, 1), pocieszać smutnych wizją przyszłego pokoju, nie zabawiać się rzeczami doczesnymi, mówić o łasce i niebiosach oraz o rzeczach, które mają nadejść i zostawić umarłym grzebanie ich umarłych! (Łk 9, 60) Zatem najlepsze, co możemy zrobić dla Kościoła, to wybawić go z kłopotu bogactwa, skierować jego doczesną własność ku otwarcie doczesnym celom, uwolnić go od zniewolenia jego własnymi ambicjami do wolności ubogich i dzieci Bożych! (Rz 8, 21)”

Jednym słowem, Kościół jest zbyt światowy, aby być Kościołem Chrystusa! Nie możecie służyć Bogu i mamonie (Łk 16, 13). Jednak będąc w innym nastroju, nasz krytyk powie nam, że z kolei za bardzo bujamy w obłokach, aby być Kościołem Chrystusa. „Główny zarzut, jaki mam wobec katolicyzmu – mówi taki człowiek – to, że Kościół jest zbyt niepraktyczny. Gdyby naprawdę był Kościołem Jezusa Chrystusa, z pewnością naśladowałby Go lepiej w tym, co – poza wszystkim – było znakiem Jego najwyższej Boskości – a mianowicie w Jego człowieczeństwie wobec ludzi. Chrystus nie przyszedł na świat, aby głosić metafizykę i aby bez przerwy mówić o niebie, które ma nadejść. Przyszedł raczej, żeby zająć się najprostszymi ludzkimi potrzebami, żeby nakarmić głodnych, przyodziać nagich (Mt 25, 35–40), żeby zreformować społeczeństwo według lepszych zasad. To nie przez swój dogmat zdobył ludzkie serca, ale przez zwykłe, naturalne zrozumienie ich zwyczajnych potrzeb. Jednym słowem, przyszedł, aby jak najlepiej wykorzystać ten świat, aby zrobić użytek z elementów, które czekają gotowe na Jego dłoń, aby uświęcić wszystkie proste rzeczy na ziemi, z którymi miał kontakt.

„Zatem ci bujający w obłokach katolicy są zbyt oddaleni od zwykłego życia i zwykłych potrzeb. Ich dogmaty, ich dążenia i ich metafizyka są bezużyteczne dla świata, który pragnie chleba. Niech więcej działają, a mniej marzą! Niech na przykład pokażą poprzez dobrobyt katolickich krajów, że katolicyzm nie jest tylko wizją, ale że jest praktyczny. Niech głoszą mniej, a więcej zajmują się dobroczynnością. Niech pokażą, że mają klucz do postępu na tym świecie, a być może wysłuchamy z większą cierpliwością ich twierdzenia, że posiadają klucz do świata, który ma nadejść!”

Z pewnością jest to nieco trudne dla katolików! Kiedy zadomowimy się na tym świecie, słyszymy, że Jezus Chrystus nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć (Mt 8, 20). Kiedy głosimy świat, który ma nadejść, przypomina się nam, że Jezus Chrystus mimo wszystko zstąpił z tamtego świata na ten, aby uczynić go lepszym. Kiedy budujemy wygodny kościół, mówią nam, że to zbyt duży luksus. Kiedy budujemy niewygodny, pytają nas, w jaki sposób spodziewamy się czynić jakiekolwiek dobro, skoro nie jesteśmy praktyczni.

Oczywiście oba te zarzuty były też kierowane przeciwko Naszemu Panu. On bowiem także prowadził podwójne działania. To prawda, że w pewnych sytuacjach dawał ludziom ziemski chleb. Jest także prawdą, że oferował im chleb niebieski. Były chwile, kiedy troszczył się o ludzkie ciała. Były inne chwile, kiedy nakazywał im poświęcić wszystko, co czyni życie cielesne wartościowym. Chwile, kiedy siedział przy posiłku w domu bogacza i chwile, kiedy dobrowolnie głodował na pustyni.

A cokolwiek robił, świat uważał, że postępuje niewłaściwie. Był zbyt światowy, kiedy uzdrawiał ludzi w szabat. Czyż bowiem prawo Boga nie jest cenniejsze niż cielesna ulga dla człowieka? Dlaczego nie może zaczekać do jutra? Był zbyt światowy, kiedy pozwalał swoim uczniom rozcierać zboże w dłoniach. Czyż bowiem prawo Boga nie zakazuje człowiekowi wyrabiać chleba w szabat? Był zbyt światowy, zbyt niepraktyczny, zbyt zmysłowy, kiedy pozwolił, aby na Jego stopy został wylany cenny olejek, który przecież można było drogo sprzedać, a pieniądze rozdać ubogim? (Mt 26, 9) Czyż nie wystarcza duchowość i kadzidło adoracji?

Zbytnio bujał w obłokach, kiedy wygłaszał Kazanie na Górze. Jaki pożytek ze stwierdzenia: Błogosławieni cisi (Mt 5, 5), skoro cały świat wie, że „błogosławieni stanowczy”? Zbytnio też bujał w obłokach, kiedy mówił o Niebieskim Chlebie. Jaki sens ma mówienie o Niebieskim Chlebie, skoro to właśnie ziemskiego pożywienia człowiek potrzebuje przede wszystkim? Zbytnio bujał w obłokach również kiedy pozostał w kraju na święto [Paschy]. Jeśli On jest Mesjaszem (Łk 23, 35), niechby był praktyczny i ujawnił to!

W istocie to przez wzgląd na te dwa oskarżenia został zasądzony na śmierć. Był zbyt światowy dla Piłata – w tym był Synem Człowieczym, a zatem rywalem cezara. A dla Kajfasza zbytnio bujał w obłokach, ponieważ sam siebie uczynił Synem Bożym (J 19, 7), a zatem rywalem Jahwe.

Rozwiązanie tego katolickiego paradoksu jest bardzo proste.

Po pierwsze, Kościół jest niebieską społecznością, która zstąpiła z góry, zarówno w kwestii swego pochodzenia, jak i swych narodzin. Jest przede wszystkim królestwem Bożym (Mt 6, 33). Istnieje wyłącznie i całkowicie dla Jego chwały. Dąży zatem głównie do rozszerzenia Jego królestwa. W porównaniu z tym nic nie ma w jego oczach wartości. Nigdy zatem nie wolno mu poświęcić Boga dla mamony. Nigdy zawahać się choć przez chwilę, jeśli trzeba dokonać wyboru pomiędzy nimi. Kościół uznaje bowiem, że wieczność jest większa niż czas, a dusza człowieka ma większą wartość niż jego ciało. Dlatego w jego oczach sakramenty są ważniejsze niż odpowiednia sieć tramwajowa, a to, że ludzka dusza winna się znajdować w stanie łaski, ma dla Kościoła większą wagę, niż zdrowie ludzkiego ciała – jeśli trzeba dokonać wyboru pomiędzy nimi. Kościół stawia zatem kapłana przed lekarzem (jeżeli nie ma czasu na wezwanie obydwóch) i Komunię świętą przed dobrym śniadaniem.

Dlatego oczywiście maklerowi giełdowemu i prowincjonalnemu burmistrzowi wydaje się, że Kościół zbytnio buja w obłokach, ponieważ rzeczywiście stawia sprawy Boga przed sprawami człowieka i „szuka najpierw Jego Królestwa”

A to wszystko będzie wam dodane (Mt 6, 33). Kościół jest bowiem także ludzki, w tym aspekcie, że zamieszkuje w świecie, w którym Bóg go umieścił i dlatego używa rzeczy, którymi On go otoczył. Powiedzenie, że jest nadprzyrodzony, nie oznacza odrzucenia jego człowieczeństwa, tak samo jak stwierdzenie, iż człowiek ma nieśmiertelną duszę, nie oznacza wykluczenia prawdy, że ma także i ciało. Zatem właśnie Ciało Kościoła – właśnie jego człowieczeństwo nosi w sobie jego Boskość. Właśnie ono domaga się i używa rzeczy ziemskich. To właśnie Ciało Kościoła mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką (Dz 17, 24) i twierdzi, że dopóty, dopóki duchowość Kościoła nie straci z tego powodu swego blasku, dla uhonorowania Kościoła i jego Oblubieńca domy te mają być tak wspaniałe, jakimi tylko sztuka może je uczynić. Kościół nie jest bowiem ani purytaninem, ani manichejczykiem. Nie twierdzi, że każda rzecz, którą uczynił Bóg, może być sama z siebie zła, jakkolwiek poważnie nie byłaby nadużywana. Przeciwnie, Kościół dysponuje autorytetem samego Boga, aby stwierdzić, że wszystko jest bardzo dobre (Rdz 1, 31).

Kościół wykorzystuje zatem wszelkie ziemskie piękno, którego świat mu dostarczy, dla uhonorowania swego majestatu. Słusznym może być umieszczenie diamentów wokół szyi kobiecej, ale z pewnością słuszne jest umieszczenie ich wokół Kielicha Boskiej Krwi. Jeśli jakiś ziemski król nosi szaty ze złotogłowiu, czyż tym bardziej nie powinien ich nosić Król niebieski? Jeśli świat wykorzystuje muzykę, aby niszczyć ludzkie dusze, czyż Kościół nie może jej wykorzystać, aby zbawiać dusze? Jeśli marmurowy pałac jest odpowiedni dla prezydenta Republiki Francuskiej, jakim prawem ludzie odmawiają go Królowi królów?

Czy jednak czasem świat nie odmawia swego bogactwa? Dobrze zatem, Kościół może służyć Bogu i bez niego, pomimo swych praw. Jeśli ludzie biadolą i płaszczą się, albo straszą i wrzeszczą z powodu klejnotów, którymi ich przodkowie uczcili Boga, Kościół zrzuci je ze stopni swych ołtarzy i bez nich będzie czcił Boga w stodole albo w katakumbach. Choć bowiem Kościół nie służy Bogu i mamonie, to jednak pozyskuje sobie przyjaciół niegodziwą mamoną (Łk 16, 9. 13). Chociaż nie służy i nigdy nie może służyć Bogu i mamonie, to jednak może sprawić, kiedy świat na to pozwoli, aby mamona służyła jemu. Kościół jest bowiem majestatem Boga zamieszkującego na ziemi. Kościół sam w sobie jest całkowicie niezależny od tego, jak go przyjmują. Jeśli to są swoi, do których przyszedł, a swoi go nie przyjęli (J 1, 11), to niemniej jednak wedle wszelkiego prawa przynależą oni do Kościoła. Choć bowiem Kościół wykorzysta każdą ziemską rzecz dla swojej chwały, choć uważa, że żadne wonności, jakkolwiek by nie były cenne, nie są zmarnowane, kiedy wyleje się je z miłości na jego stopy, to jednak w swej zasadniczej części jego chwała nie tkwi w tych rzeczach. Kościół jest cały pełen chwały, czy złotogłów jego odzieniem, czy też nie, ponieważ jest córą królewską (Ps 45, 14). Kościół jest właściwie tak samo wspaniały w katakumbach, jak w rzymskich bazylikach, tak samo cudowny w bosonogim braciszku, jak w przyodzianym i trzymającym berło Namiestniku Chrystusa, tak samo majestatyczny w nagim Chrystusie na krzyżu, jak w Chrystusie po Wniebowstąpieniu, tronującym w niebie.

Ponieważ jednak Kościół jest majestatem Boga na ziemi, ma prawo do wszystkiego, co ziemia może dać. Do niego należy cała zwierzyna po lasach, tysiące zwierząt na górach (Ps 50, 10), wszystkie gwiazdy niebieskie i klejnoty ziemskie, wszystkie rzeczy na świecie należą do niego według Boskiego prawa.

Wszystko jest jego, on zaś Chrystusa (1 Kor 3, 21–23). Niemniej jednak Kościół prędzej wyzuje się ze wszystkiego (Flp 3, 8), niż straci Chrystusa.

Ks. Robert Hugh Benson

Powyższy tekst jest fragmentem książki ks. Roberta Hugh Bensona Paradoksy katolicyzmu.