Rozdział czternasty. Tajemnicze obietnice

Kiedy moje trzy siostry i kuzynka usłyszały diagnozę, serca ich napełniły się bólem. Dlaczego utrzymywałam chorobę w tajemnicy? Dlaczego im się nie zwierzyłam? Szybko wytłumaczyłam, że nie chciałam ich w jakikolwiek sposób niepokoić, ale te słowa nie usatysfakcjonowały moich najbliższych.

– Musisz natychmiast przenieść się do infirmerii – oświadczyła Maria. – Potrzebujesz tyle opieki i wygody, ile tylko możemy ci zaofiarować.

Moja droga matka chrzestna chciała jak najlepiej, ale byłam szczęśliwa, gdy przeorysza powiedziała mi, że mogę pozostać w celi. Ten malutki pokój, wprawdzie zimny i wilgotny, był moim domem odkąd przybyłam do klasztoru. Tu nauczyłam się modlić i cierpieć jako karmelitanka. Tu miałam nadzieję oddać duszę Bogu. Poza tym zbliżała się wiosna, wiosna roku 1897, i zimne dni miały się już ku końcowi.

Lekarze zalecili mi kurację, by uśmierzyć ataki kaszlu, a ja ze wszystkich sił starałam się godnie jej poddawać. Ale zabiegi były takie bolesne! A zapisane lekarstwa takie niesmaczne!

– To marnowanie czasu i pieniędzy – mówiłam sobie. – Przecież ja wiem, że już wkrótce umrę.

Umrzeć! To będzie oznaczało koniec wszelkich cierpień, rozważałam, i początek jedynego życia, które ma znaczenie. Kiedy umrę, zaniosą moje ciało do klasztornej kaplicy i umieszczą przed ogromną żelazną kratą oddzielającą ogólnodostępną część kościoła. Moją głowę będzie zdobił wieniec z róż, a ludzie z Lisieux przyjdą, by patrzeć przez żelazne kraty na siostrę Teresę od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza. Przeorysza wyśle okólny list do wszystkich Karmeli we Francji, zawierający krótki opis mojego życia i śmierci. Dzień później moje ciało zostanie wyniesione z klasztoru i pochowane na miejskim cmentarzu. Oczywiście moja rodzina i siostry w wierze nie zapomną o mnie w modlitwie, ale po kilku miesiącach już tylko kilka osób będzie wciąż pamiętać o białym kwiatuszku.

– Tylko Ty, Panie, o mnie nie zapomnisz – rzekłam. – Nigdy nie zapominasz o nikim!

Pewnego dnia, odpoczywając po bardzo bolesnym zabiegu, usłyszałam siostrę kucharkę, która z kimś rozmawiała na korytarzu, tuż obok mojej celi. W jej głosie dawało się odczuć prawdziwą troskę.

– Siostra Teresa już wkrótce umrze – stwierdziła. Tak się zastanawiam, co matka przeorysza może o niej napisać w liście okólnym. Wydaje mi się, że będzie miała problem.

– Dlaczego? – zapytał jakiś inny głos.

– Cóż, ta siostrzyczka jest bardzo sympatyczna, ale nie dokonała zbyt wiele, od kiedy tu przybyła.

Prawda zawarta w tych słowach wywołała uśmiech na mojej twarzy. Siostra kucharka miała absolutną rację. Ani poza klasztorem, ani jako zakonnica nigdy nic wielkiego nie osiągnęłam. Moja życiowa misja polegała na tym, żeby jako mała i słaba istota pozostawać w ramionach Boga Ojca, a także wierzyć w to, że Jego miłość pomoże mi stać się świętą.

Od wstąpienia do Karmelu, nigdy nie szukałam pocieszenia i towarzystwa Marii i Pauliny, ani Celiny czy Marii Guerin, kiedy również do nas dołączyły. Natomiast teraz, gdy wiedziałam, że moje dni są już policzone, nie podejmowałam wysiłku, żeby odmawiać sobie tej jakże naturalnej radości. Siostry i kuzynka odwiedzały mnie codziennie. Pewnego dnia Paulina zaskoczyła mnie, pojawiając się z ołówkiem i papierem. Okazało się, że pragnie zapisać kilka moich sentencji, które, jak sądziła, mogą okazać się pomocne dla innych sióstr.

Najpierw mnie to zaniepokoiło. Czy ja w ogóle zasługiwałam na to, by komukolwiek udzielać rad? Jednak Paulina zaangażowała się w to całym sercem, więc w końcu wyraziłam zgodę. Kilka tygodni później stwierdziła, że jeśli czuję się wystarczająco silna, dobrze byłoby dodać kila rozdziałów do mojej książki, Wiosennych dziejów białego kwiatka.

– Matka przeorysza udzieliła mi zgody na tę pracę – oświadczyła. – Moja droga, mam nadzieję, że jesteś w stanie to zrobić.

Już nastał czerwiec i słońce wdzierało się do wszystkich zakątków klasztoru. Czułam się odrobinę lepiej i obiecałam uczynić, co w mojej mocy.

– Ale właściwie o czym ja mam pisać? – zapytałam. – Przecież wszystko już opowiedziałam o swoim dzieciństwie.

– Napisz o nowicjuszkach albo o miłości – zaproponowała Paulina.

Miłość! To był temat, który zawsze był mi drogi. Dawno temu nauczyłam się na pamięć tego wspaniałego listu napisanego przez świętego Pawła do jego przyjaciół w Koryncie, a teraz jego słowa powróciły do mnie z całą swoją mocą: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje…”

„Zrobię, co w mojej mocy, by napisać o miłości” – pomyślałam. „Dobry Boże, pomóż mi, proszę!”

W dniach, które nastąpiły, napisałam około pięćdziesięciu stron na temat najwspanialszej spośród wszystkich cnót. Starałam się opisać moje rozpaczliwe wysiłki, które podejmowałam, by zdobyć ten piękny skarb. Jednak często musiałam przerywać pisanie, żeby się uśmiechnąć. Moje metody uczenia się miłości były takie niezwykłe! Na przykład zdarzało się, że trudno mi było zachowywać się uprzejmie wobec którejś siostry. Jako że jej sposób bycia działał mi na nerwy, a nie chciałam okazywać zniecierpliwienia, uciekałam więc przed nią tak szybko, jak tylko mogłam! Poza tym była jeszcze historia koleżanki, która irytowała mnie, grzechocąc paciorkami różańca, kiedy odbywałyśmy medytację. Dźwięk wydawał mi się tak denerwujący, że wielokrotnie miałam ochotę odwrócić się i spiorunować ją wzrokiem. Jednakże w imię miłości stosowałam inną metodę. Zamiast unikać natrętnego hałasu, skupiałam się na słuchaniu go tak, jakby stanowił prześliczną muzykę. Dzięki temu moje medytacje stały się nie porą spokoju i ciszy, lecz czasem spędzanym na składaniu Bogu w ofierze „muzyki”.

Kolejna sposobność do okazania miłości pojawiła się w pralni. Pewnego dnia, gdy szorowałam ubrania, zaskoczyło mnie nagłe chlapnięcie brudną wodą w twarz. Szybko spojrzałam na siostrę, która energicznie tarła ubrania tuż obok mnie. Moim pierwszym odruchem była chęć, by przerwać pracę i ostentacyjnie zetrzeć wodę z twarzy. W ten sposób zademonstrowałabym, co sadzę o jej gapiostwie. Jednak moje zdenerwowanie nie trwało zbyt długo. Zamiast zemścić się, postanowiłam przyjmować każde bryźnięcie mydlin, tak jakby to był skarb. Wkrótce niemiłe uczucie znikło, a moje serce wypełniał spokój, który zawsze jest owocem bezinteresownej uprzejmości.

Pierwsze rozdziały Wiosennych dziejów białego kwiatka zadedykowałam Paulinie, siostrze Agnieszce od Jezusa. Potem Maria poprosiła mnie o dalsze wyjaśnienia na temat małej drogi, więc napisałam rozdział dla niej, siostry Marii od Najświętszego Serca. Potem nowe rozdziały o miłości, postanowiłam zadedykować naszej przeoryszy, matce Marii Gonzaga. Chociaż traktowała mnie surowo, kiedy wstąpiłam do klasztoru, zawsze kochałam ją mocno. Pewnego dnia zorientowałam się, że piszę następujące linijki: „Gdy byłam postulantką, zdarzało się, że czułam tak przemożną pokusę, by sprawić sobie radość, zbierać okruchy przyjemności, poprzez rozmowę z tobą, że zmuszona byłam szybko mijać twoją celę i trzymać się balustrad, aby się nie odwrócić. Chciałam poprosić cię o pozwolenie w tak wielu kwestiach, a ponadto pojawiały się setki pretekstów, by zaspokoić potrzebę przebywania w twoim towarzystwie…”

Nie, życie w Karmelu nie było łatwe dla piętnastoletniej dziewczyny, a zwłaszcza osoby o wrażliwym sercu i prawdziwym głodzie miłości. Tak dobrze pamiętałam tamte dni, kiedy przywierałam do poręczy balustrad, żeby powstrzymać się od pobiegnięcia do przeoryszy po radę i pocieszenie! I tak było ciężko powstrzymywać się od rozmów z Marią i Pauliną! W takich chwilach mówiłam sobie, że są moimi siostrami, i że przysługiwało mi specjalne miejsce w ich sercach. To było moje prawo, a ja doprawdy zachowywałam się szlachetnie, bo nie próbowałam czerpać z niego korzyści. Jak bardzo zadowolony ze mnie musiał być Bóg!

Niestety! Miałam takie odczucia, gdyż popełniałam błąd, który popełnia większość ludzi. Sądziłam, że mam prawo do tego lub innego przywileju, kiedy tak naprawdę nie miałam absolutnie żadnych praw. Może na krótką chwilę zapomniałam, że byłam tylko mizernym stworzeniem, które zawdzięcza swe istnienie Boskiej miłości.

– Mam nadzieję, że teraz jestem już mądrzejsza – stwierdziłam. A potem oddałam się rozmyślaniom na mój ulubiony temat: ludzie mogą być wolni i szczęśliwi, jeśli tylko wyrzekną się wszelkich żądań dotyczących wolności i szczęścia. Dopiero kiedy zobaczą w sobie małe dzieci, zależne od miłosierdzia Boga nawet w kwestii powietrza, którym oddychają, odnajdą spokój.

Gdy czerwiec dobiegł końca, zorientowałam się, że coraz bardziej słabnę. Już dłużej nie miałam siły, by zanurzyć pióro w atramencie, tak więc używałam do pisania ołówka. W końcu nawet ten wysiłek okazywał się zbyt wielki. Już dłużej nie mogłam pracować nad historią mojego życia. Gdy nadszedł lipiec, nawet spacery w wózku inwalidzkim pod kasztanowcami w ogrodzie okazywały się dla mnie zbyt wyczerpujące.

– Teraz to już naprawdę najwyższa pora, żebyś znalazła się w infirmerii – powiedziała Paulina.

Zachowałam milczenie. Jaką atrakcję stanowił dla mnie teraz odpoczynek, czy inne doczesne wygody? 8 lipca, gdy żegnałam się z moją ubogą, niewielką celą, serce zalało nagłe wzruszenie.

– Gdy znajdę się już w niebie, pamiętaj o tym, że na wielką część mojego szczęścia zapracowałam w tej malutkiej celi – powiedziałam Paulinie. – Bardzo dużo tu wycierpiałam. Tu też chciałabym umrzeć.

Powolutku Paulina zaprowadziła mnie do infirmerii, bo już najmniejszy wysiłek sprawiał mi ogromny ból. Gdy przybyłyśmy na miejsce, zobaczyłam figurkę Najświętszej Panny, która uśmiechnęła się do mnie ponad czternaście lat temu. Umieszczono ją tuż przy moim łóżku. Zatrzymałam się, by popatrzyć na nią z miłością.

– Czy coś widzisz? – zapytała Maria głosem wezbranym nadzieją.

– Widzę figurkę. Jeszcze nie wydawała mi się taka piękna. Jednak kiedyś, jak doskonale wiesz, to nie była figurka.

Moja droga matka chrzestna westchnęła. Modliła się tak żarliwie, żebym ponownie ujrzała Błogosławioną Dziewicę, żeby się uśmiechnęła i mnie uzdrowiła!

Tydzień później Paulina przygotowała papier oraz ołówek i usiadła tuż przy moim łóżku. Wierzyła, że teraz z moich ust spływają słowa, które w pewnym sensie zostały natchnione przez Ducha Świętego, i dlatego też powinny zostać wiernie zapisane. Rzeczywiście było coś bardzo niezwykłego w moich słowach. Na przykład, chociaż wiedziałam, że umrę wciąż twierdziłam, że moja praca na ziemi była daleka od ukończenia. Raczej była tuż tuż.

– Mam przeczucie, że moja misja wkrótce się rozpocznie – powiedziałam. – Moja misja polegająca na sprawianiu, by dobry Bóg był kochany przez innych tak, jak ja go kocham oraz ofiarowaniu duszom mojej małej drogi. Jeżeli dobry Bóg spełni moje pragnienia, żywot wieczny spędzę na ziemi aż do końca świata. Tak, będąc w niebie, czynić będę dobro na ziemi… Nie będę mogła odpocząć aż do końca świata. Lecz kiedy anioł powie: „Twój czas dobiegł końca”, wtedy odpocznę. Potem cieszyć się będę odpoczynkiem, bo zakończy się już połów dusz i wszystko ogarnie wieczne szczęście.

– Jaką drogą pragniesz prowadzić dusze?

– Drogą dziecięctwa duchowego, drogą wiary i poświęcenia samego siebie. Chcę pokazać im małą drogę, która tak świetnie sprawdziła się w moim przypadku…

Kochana Paulina! Jak dokładnie zanotowała moje słowa, wiedziona przeczuciem, że któregoś dnia okażą się pożyteczne dla innych! Gdy odejdzie, przeczyta je wielokrotnie, by upewnić się, że nic nie zostało pominięte. Maria i Celina również interesowały się dziwnymi uwagami, które wygłaszałam, i wiernie je utrwalały. Na przykład jakiś czas temu Maria powiedziała mi, że miała przeczucie, iż serca sióstr zaleje ogromny smutek, kiedy je opuszczę, by udać się do nieba.

– Ależ nie! – krzyknęłam z radością. – Przekonasz się. Będzie tak, jakby spadła ulewa róż!

– Ulewa róż! Co to znaczy? – zastanawiała się moja matka chrzestna. Również Paulina i Celina. Jednak wkrótce wygłosiłam równie dziwne zdanie, i to w obecności kilku sióstr. 25 lipca zapytano mnie, czy będę spoglądać z nieba na moje przyjaciółki.

– Nie – odrzekłam. – Ja zejdę na ziemię!

Oczekując na śmierć, która miała być kresem mojego cierpienia, często myślałam o Leonii, przebywającej w klasztorze wizytek w Caen, a również o dwóch misjonarzach, których przydzielono mi jako duchowych braci. 17 lipca zdołałam napisać list pożegnalny do Leonii, której imię zakonne brzmiało siostra Franciszka Teresa. Potem zajęłam się dwoma misjonarzami. Jeden był już w Chinach, ryzykując codziennie życie, by zdobywać dusze dla Chrystusa. Drugi jeszcze przebywał w seminarium. Nadal trochę obawiał się pracy, która go czekała w Afryce. Popadł w rozpacz na wiadomość o tym, że moja śmierć spodziewana jest w każdej chwili.

Tak próbowałam pocieszyć tego młodego kleryka: „Kiedy brat mój wyruszy do Afryki, podążać będę za nim, nie tylko w myśli i modlitwie. Zawsze będę z nim, a dzięki swojej wierze świetnie wyczuje obecność siostrzyczki, którą Jezus ofiarował mu do pomocy nie tylko przez dwa krótkie lata, ale po kres jego żywota…”.

Pewnego dnia Paulina przyszła do mnie z prośbą. Do tej chwili przeczytała kilka rozdziałów mojej książki i bardzo jej się podobały. Jednak było jedno miejsce, w którym jej zdaniem można by wprowadzić pewne zmiany. Czy miałam wystarczająco siły, by ponownie przeczytać to, co napisałam, a następnie dokonać poprawek? Bez wahania zapewniłam moją „mateczkę”, że z radością zrobię, co mogę i wkrótce przyniesiono mi rękopis.

Nietrudno było dokonać zmian, lecz gdy Paulina wróciła do infirmerii, oczy moje mokre były od łez.

– Płakałaś – powiedziała z wyrzutem. – Praca okazała się dla ciebie za ciężka.

Pokręciłam głową. Są łzy z bólu, ale są również łzy radości, a moje były zdecydowanie właśnie takie. Nagle uświadomiłam sobie bowiem, że Bóg postanowił, że ten niewielki rękopis, który leżał przede mną, uczyni wiele dobra. Przeczytają go niezliczone rzesze ludzi i zaczną podążać moją małą drogą.

Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w Paulinę. Potem głęboko westchnęłam.

– Jestem tego pewna! – wyszeptałam z radością. – Któregoś dnia wszyscy mnie pokochają!

cdn.

Mary Fabyan Windeatt

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mary Fabyan Windeatt Św. Teresa z Lisieux.