Rodzina Połanieckich. Rozdział trzeci

Tymczasem zajechali i obszedłszy kościół weszli bokiem do zakrystii, nie chcąc przeciskać się przez tłum. Panie siedziały w bocznych ławkach, tuż przed stallami. Pan Pławicki zajął ławkę kolatorską, w której byli tylko państwo Jamiszowie: on, człowiek wyglądający bardzo staro, z twarzą inteligentną i zgnębioną; ona, kobieta dobrze pod sześćdziesiątkę, ubrana niemal tak jak panna Marynia, to jest w suknię perkalową i słomiany kapelusz. Pełne grzeczności ukłony, jakie jej począł składać pan Pławicki, i uprzejmy uśmiech, z jakim mu je oddawała, wskazywały, że panują między nimi bliskie i oparte na wzajemnej adoracji stosunki. Po chwili pani, podniósłszy lornetkę do oczu, zaczęła przyglądać się Połanieckiemu, nie rozumiejąc widocznie, kto mógł panu Pławickiemu towarzyszyć. W tylnej ławce za nimi jeden z sąsiadów korzystając z tego, że Msza jeszcze nie rozpoczęta, kończył jakieś opowiadanie o polowaniu, powtórzył bowiem kilkakrotnie drugiemu sąsiadowi: „Moje psy dobrze goniom…”; potem obaj przerwali tę rozmowę i zaczęli obmawiać Pławickiego i panią Jamiszowa tak głośnio, że każde słowo dochodziło do uszu Połanieckiego.

Potem wyszedł ksiądz ze Mszą. Na widok tej Mszy i tego kościółka pamięć Połanieckiego znów wróciła do lat dziecinnych, gdy bywał tu z matką. Mimo woli rodziło się w nim zdziwienie, jak dalece na wsi nic się nie zmienia prócz ludzi. Jednych składają na księżej grudzi, drudzy się rodzą, ale nowe życie podstawia się w dawne formy, i kto przyjeżdża po długiej niebytności z daleka, temu się zdaje, że to wszystko, co poprzednio widział, było wczoraj. Kościół był ten sam; nawa była równie pełna płowych głów chłopskich, szarych sukman, czerwonych i żółtych chustek oraz kwiatów na głowach dziewek; tak samo pachniało kadzidłem, świeżym tatarakiem i wyziewami ludzkimi. Za jednym z okien rosła ta sama brzoza, której cienkie gałązki wiatr, gdy się podniósł, rzucał na okno i przesłaniając je, napełniał kościół zielonawym światłem; tylko ludzie byli nie ci sami: część tamtych rozsypywała się sobie spokojnie w proch lub wydostawała się trawą spod ziemi; ci zaś, którzy zostali jeszcze, byli jacyś pochyleni, zgarbieni, mniejsi, jakby powoli zasuwali się pod ziemię.

Połaniecki, który chlubił się tym, że unika wszelkich zagadnień ogólnych, a który w gruncie rzeczy, mając jakby niewyłonioną jeszcze dostatecznie z wszechbytu słowiańską głowę, zajmował się nimi mimo woli ciągle, myślał teraz, że jednak jest okropna przepaść między tą wrodzoną ludziom namiętnością życia a koniecznością śmierci. Myślał także, że może dlatego wszystkie systemy filozoficzne mijają jak cienie, a Msza po staremu się odprawia, iż ona jedna obiecuje dalszy i nieprzerwany ciąg.

Sam, wychowany za granicą, nie bardzo weń wierzył, przynajmniej nie był go pewny.

Czuł on w sobie, jak wszyscy dzisiejsi, najnowsi ludzie, niepohamowany wstręt do materializmu, ale wyjścia jeszcze nie znalazł, i co więcej, zdawało mu się, że go nie szuka.

Był nieświadomym pesymistą jak ci, którzy szukają czegoś, czego nie mogą znaleźć. Odurzał się zajęciami, do których przywykł, i tylko w chwilach wielkiego przypływu owego pesymizmu pytał siebie: „Na co to wszystko? Na co się zdało robić majątek, pracować, żenić się, płodzić dzieci – skoro wszystko kończy się przepaścią?”. Ale to było czasem i nie zmieniało się w stałą zasadę. Ratowała go od niej młodość – nie pierwsza – ale też jeszcze nie gasnąca, pewna tęgość duchowa i fizyczna, samozachowawczy instynkt, przyzwyczajenie do pracy, żywość charakteru i wreszcie ta siła elementarna, która popycha mężczyznę w objęcia kobiety. I teraz więc od wspomnień dziecinnych, od myśli o śmierci, od zwątpienia o celowości małżeństwa przeszedł do myśli właśnie o tym, że tego, co w nim jest lepsze, nie ma komu oddać, a dalej przeszedł do panny Maryni Pławickiej, której perkalowa suknia, pokrywająca młode i wysmukłe ciało, nie schodziła mu z oczu. Przypomniał sobie, że gdy wyjeżdżał, pani Emilia Chwastowska, wielka przyjaciółka jego i panny Maryni, powiedziała mu śmiejąc się: „Jeśli pan, będąc w Krzemieniu, nie zakocha się w Maryni, to zamknę przed panem drzwi”. On jej odpowiedział z wielką fantazją, że jedzie tylko wydusić pieniądze, nie zakochać się, ale to nie była prawda. Gdyby w Krzemieniu nie było panny Pławickiej, byłby zapewne dusił pana Pławickiego w dalszym ciągu listownie albo sposobami prawnymi.

Myślał też o niej i o tym, jak ona wygląda, już w drodze, i był zły, że jedzie także po pieniądze. Wmawiając w siebie wielką stanowczość w takich razach postanowił przede wszystkim dochodzić swej należności i raczej gotów był przesadzić niż nie dosadzić w terminie. Obiecywał to sobie, zwłaszcza pierwszego wieczoru, gdyż Marynia, jakkolwiek podobała mu się dosyć, nie uczyniła na nim tak wielkiego wrażenia, jak myślał, a raczej uczyniła inne. Ale dzisiejszego rana bardzo wpadła mu w oko. „Sama jest jak ranek – mówił sobie – ładna i wie, że ładna. Kobiety zawsze to wiedzą!”

To ostatnie odkrycie usposobiło go dość niecierpliwie, albowiem pragnął wrócić jak najprędzej do Krzemienia, by dalej obserwować kobiety na tym okazie, który w Krzemieniu mieszkał. Jakoż Msza skończyła się niebawem, pan Pławicki wyszedł zaraz po przeżegnaniu, miał bowiem jeszcze przed sobą dwa obowiązki: pierwszy – pomodlenia się na grobach obu żon, które leżały pod kościołem, drugi – odprowadzenia pani Jamiszowej do powozu; że zaś żadnego nie chciał opuścić, więc musiał się liczyć z czasem. Połaniecki wyszedł z nim razem i wkrótce znaleźli się przed kamiennymi płytami, wprawionymi tuż obok siebie w ścianę kościelną. Pan Pławicki klęknął i modlił się przez chwilę w skupieniu, potem wstawszy obtarł łzy, które naprawdę zawisły mu na rzęsach, a wreszcie wziąwszy Połanieckiego pod ramię, rzekł:

– Tak! Straciłem obie – i żyć muszę.

Tymczasem przed kościelnymi drzwiami ukazała się pani Jamiszowa w towarzystwie męża, tych dwóch sąsiadów, którzy ją obmawiali przed Mszą, i młodego pana Gątowskiego.

Na jej widok pan Pławicki pochylił się do ucha Połanieckiego i rzekł:

– Jak będzie wsiadała do powozu, zważ, jaką ma jeszcze nogę.

Po chwili złączyli się obaj z towarzystwem; rozpoczęły się ukłony i powitania. Pan Pławicki przedstawił Połanieckiego, potem zwracając się do pani Jamiszowej, dodał z uśmiechem człowieka przekonanego, że mówi coś, na co nie byle kto by się zdobył:

– Mój krewny, który przyjechał wujaszka uścisnąć i… przycisnąć…

– Pozwalamy tylko na pierwsze, inaczej będzie z nami sprawa – odrzekła dama.

– Ale Krzemień to twarda rzecz – mówił dalej Pławicki. – Połamie sobie na nim zęby, choć młody.

Pani Jamiszowa przymknęła oczy.

– Ta łatwość – rzekła – z jaką pan tymi iskrami sypie… c’est inoui! (1) Jak dziś zdrowie pana?

– W tej chwili czuję się zdrów i młody.

– A Marynia?

– Była na rannej Mszy. Czekamy państwa o piątej. Moja mała gosposia łamie sobie tam główkę nad podwieczorkiem. Śliczny dzień…

– Więc przyjedziemy, jeśli moja newralgia (2) mi pozwoli… i jeśli pan mąż pozwoli.

– Sąsiedzie? Jakże? – spytał pan Pławicki.

– Zawsze chętnie, owszem! – odpowiedział zgnębionym głosem sąsiad.

– Zatem, au revoir! (3)

– Au revoir! – odpowiedziała pani.

I zwróciwszy się do Połanieckiego wyciągnęła do niego rękę:

– Miło mi było poznać pana.

Pan Pławicki podał jej ramię i odprowadził do powoziku. Dwaj sąsiedzi odjechali również.

Połaniecki został przez chwilę sam z panem Gątowskim, który przypatrywał mu się dość niechętnie. Połaniecki pamiętał go jako niezgrabnego chłopaka, teraz zaś z „niedźwiadka” wyrósł mężczyzna duży i może przyciężki w ruchach, ale raczej przystojny, z bardzo pięknym, jasnym wąsem. Połaniecki nie zaczynał z nim rozmowy, czekając, aż tamten pierwszy się odezwie, lecz ów, zasadziwszy ręce w kieszenie, milczał uparcie.

„Dawne maniery mu zostały” – pomyślał Połaniecki.

I z kolei uczuł także niechęć do tego mruka.

Tymczasem pan Pławicki, wróciwszy od powozu Jamiszów, spytał naprzód Połanieckiego: „Uważałeś?” – a potem rzekł:

– No, Gątosiu, pojedziesz swoją bryczką, bo w koczu tylko dwa miejsca.

– Pojadę bryką, bo wiozę psa dla panny Marii – odpowiedział młody człowiek.

I skłoniwszy się odszedł. Po chwili Pławicki i Połaniecki znaleźli się na drodze do Krzemienia.

– Ten Gątowski to też podobno jakiś powinowaty wuja? – spytał Połaniecki.

– Dziewiąta woda po kisielu. Oni bardzo podupadli. Ten, Adolf, ma jeden folwark i pustki w kieszeni.

– Ale w sercu pewnie nie pustki?

Pan Pławicki wydął usta:

– Tym gorzej dla niego, jeśli mu się coś marzy. Może on i dobry człowiek, ale symplak (4). Ani to wychowania, ani wykształcenia, ani majątku. Marynia lubi go – raczej: znosi.

– A! Znosi?

– Widzisz, jest tak: ja poświęcam się dla niej i siedzę na wsi, ona poświęca się dla mnie i siedzi na wsi. Tu są pustki; pani Jamiszowa jest znacznie od niej starsza, młodzieży w ogóle nie ma, życie nudne, ale co robić? Pamiętaj, mój chłopcze, że życie to szereg poświęceń. Trzeba tę zasadę nosić w sercu i w głowie. Zwłaszcza ci, co należą do uczciwszych i trochę widniejszych rodzin, nie powinni o niej zapominać. A Gątowski bywa zawsze u nas w niedzielę na obiedzie – i dziś, jak słyszałeś, wiezie psa.

Umilkli i jechali wolniej po piasku. Sroki przelatywały teraz przed nimi z brzozy na brzozę w stronę Krzemienia. Za powozikiem jechał na bryczce pan Gątowski, który rozmyślając o Połanieckim mówił sobie: „Jeśli przyjechał ich gnębić jako wierzyciel, nadkręcę mu karku, jeśli jako konkurent – nadkręcę mu też”.

Z dziecinnych lat miał on nieprzyjazne dla Połanieckiego uczucia. Niegdyś spotykali się oni czasem i wówczas Połaniecki go wyśmiewał albo, jako starszy o parę lat, nawet bijał.

Wreszcie przyjechali i w pół godziny później znaleźli się wszyscy, wraz z panną Marynią, w jadalnym pokoju przy stole. Młody psiak, przywieziony przez Gątowskiego, korzystając z przywileju gościa, kręcił się pod stołem, a czasem wspinał się na kolana obecnych z wielkim zaufaniem i radością objawianą za pomocą kiwania ogonem.

– To jest Gordon, seter – mówił Gątowski. – On jest jeszcze głupi, ale to mądre psy i przywiązują się okrutnie.

– Śliczny jest i bardzom panu wdzięczna – odpowiedziała panna Pławicka patrząc na lśniąco czarną sierść i żółte piętna nad oczyma psa.

– Zanadto przyjemny – dodał pan Pławicki pokrywając kolana serwetą.

– Do pola też takie lepsze od zwyczajnych seterów.

– Pani i poluje? – spytał Połaniecki.

– Nie, nigdy nie miałam do tego ochoty. A pan?

– A ja czasem. Zresztą żyję w mieście.

– Dużo bywasz? – spytał pan Pławicki.

– Prawie nigdzie. U pani Emilii, u mojego wspólnika Bigiela, u Waskowskiego, który był niegdyś moim profesorem, a który teraz jest dziwakiem – i oto wszystko. Oczywiście, czasem chodzę do ludzi, gdy mam do nich interesy.

– To źle, mój chłopcze. Młody człowiek powinien mieć i utrzymywać dobre stosunki towarzyskie, zwłaszcza gdy ma do nich prawo. Kto się potrzebuje piąć, to co innego, ale ty, jako Połaniecki, możesz wszędzie bywać. Ja ci to powiadam. Z Marynią wiecznie mam te same historie. Dwa lata temu, gdy skończyła osiemnaście lat, zawiozłem ją w zimie do Warszawy. Rozumiesz, że tego się darmo nie robi i że to wymagało pewnych ofiar z mojej strony. No i cóż? Siedziała po całych dniach u pani Emilii i czytywały książki. Dzikus mi się urodził i dzikus zostanie: możecie sobie podać ręce.

– Podajmy sobie ręce! – zawołał wesoło Połaniecki.

A ona odrzekła śmiejąc się:

– Kiedy, sumiennie, nie mogę, bo to niezupełnie tak było: czytywałam książki z Emilką, prawda, ale bywaliśmy z papą dużo, i wytańczyłam się na całe życie.

– Niech się pani nie zarzeka.

– Nie! Ja się nie zarzekam, tylko nie tęsknię.

– To widocznie nie wywiozła pani wspomnień.

– Widocznie. Została mi tylko pamięć, ale to jest co innego.

– Tego ja, pani, nie rozumiem.

– Bo pamięć to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.

Tu panna Marynia przestraszyła się nieco własną odwagą, z jaką zapuściła się w filozoficzny wywód nad różnicą pamięci i wspomnień, skutkiem czego zaczerwieniła się dość mocno; Połaniecki zaś pomyślał: „I niegłupia, i śliczna”.

Głośno zaś rzekł:

– Mnie to do głowy nie przyszło, a to takie trafne.

I objął ją oczyma pełnymi sympatii. Była rzeczywiście bardzo ładna, bo uśmiechnięta, nieco zmieszana pochwałą, a zarazem i uradowana nią szczerze. Zarumieniła się jeszcze więcej, gdy śmiały młody człowiek rzekł:

– Jutro, przed wyjazdem, poproszę o miejsce… choć w składzie.

Ale on mówił to tak wesoło, że nie można się było na niego gniewać i że panna Marynia odpowiedziała mu nie bez pewnej kokieterii:

– Dobrze, ale i ja wzajemnie…

– W takim razie musiałbym, schodzić do składu tak często, że wolę od razu w nim zamieszkać.

To wydało się pannie Pławickiej nieco za śmiałe na tak krótką znajomość, ale tymczasem pan Pławicki ozwał się:

– Podoba mi się Połaniecki! Wolę go od Gątosia, który siedzi jak mruk.

– Bo ja umiem mówić tylko o tym, co się da wziąć w rękę – odpowiedział z pewnym smutkiem młody człowiek.

– To weź w rękę widelec – i jedz.

Połaniecki uśmiechnął się, panna Marynia nie, gdyż żal jej się zrobiło Gątowskiego, skutkiem czego skierowała rozmowę na rzeczy, które dadzą się wziąć w rękę.

„Albo kokietka, albo ma dobre serce” – pomyślał znów Połaniecki.

Lecz pan Pławicki, który widocznie przypomniał sobie ostatni pobyt zimowy w Warszawie, spytał:

– Powiedz mi, Stachu, ty znasz Bukackiego?

– Jakże! To przecie mój bliższy krewny niż wuja.

– My z całym światem jesteśmy krewni – literalnie z całym światem. Bukacki to był najgorliwszy tancerz Maryni. Obtańcowywał ją na wszystkich wieczorach.

Połaniecki zaczął się znów śmiać.

– I za całą nagrodę poszedł do składu, w kurz. No, ale tego przynajmniej odkurzać nie trzeba, bo taki koło siebie staranny, jak np. wujaszek. To największy elegant w Warszawie. Co on porabia? Administruje świeżym powietrzem, to znaczy, że jak pogoda, wychodzi lub wyjeżdża na spacer. Przy tym jest oryginałem, który ma jakieś szczególne zakomórki w głowie. Ten człowiek podpatruje takie rozmaite rzeczy, którymi nikt inny by się nie zajmował. Kiedyś, po jego powrocie z Wenecji, spotykam go i pytam, co tam widział, a on mi odpowiada: „Widziałem na Riva degli Schiavoni, jak raz płynęło pół skorupki od jajka i pół cytryny; stykały się, potrącały, oddalały, zbliżały, wreszcie – paf! – pół cytryny wpadło w pół jajka i popłynęły razem. Patrz, co to znaczy harmonia!”. Oto, czym zajmuje się Bukacki, choć dużo umie i na przykład na sztuce zna się dobrze.

– A mówią o nim, że bardzo zdolny?

– Może, ale do niczego. Zjada chleb – i na tym koniec. Żeby przynajmniej był przy tym wesoły, ale on jest w gruncie rzeczy melancholikiem. Zapomniałem powiedzieć: i kocha się w pani Emilii.

– Emilka dużo przyjmuje? – spytała panna Marynia.

– Nie. Bywam ja, Waskowski, bywa Bukacki, no i jeszcze Maszko, adwokat, ten, co to kupuje i sprzedaje majątki ziemskie.

– Ona pewnie i nie bardzo może przyjmować, bo dużo czasu musi poświęcać Litce.

– Biedactwo drogie – rzekł Połaniecki. – Pan Bóg by dał, żeby jej przynajmniej pomógł ten Reichenhall!

I jego wesoła twarz pokryła się w jednej chwili prawdziwym smutkiem. Teraz panna Marynia spojrzała na niego oczyma pełnymi sympatii – i z kolei pomyślała po raz drugi: „On jednak musi być naprawdę dobry”.

A pan Pławicki zaczął mówić jakby sam do siebie:

– Maszko, Maszko… Ten także kręcił się koło Maryni. Ale ona go nie lubiła. Co do majątków, ceny teraz takie, że pożal się Boże.

– Właśnie Maszko twierdzi, że w tych warunkach dobrze jest je kupować.

cdn.

Henryk Sienkiewicz

(1) (Fr.) to jest niespotykane.

(2) Nerwoból.

(3) (Fr.) do widzenia.

(4) Dawniej: prostak.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Henryka Sienkiewicza Rodzina Połanieckich, t. 1.