Posłaniec Króla. Rozdział pierwszy

Rzeka Orontes była błękitnym, łagodnie płynącym bóstwem, bardziej wyrozumiałym niż żółty bóg Tybru i mniej samowolnym niż mulisty bóg Nilu. Orontes był przyjaznym bogiem, dającym najżyźniejszą ziemię wzdłuż swoich brzegów i wokół Antiochii, Miasta Radości.

Antiochia była bogata. Żadne inne miasto na świecie nie mogło się szczycić bieżącą wodą w każdym domu, główną ulicą równie okazałą jak Aleja Kolumnad, brukowaną marmurem i dzielącą metropolię na pół, ani światłem tysięcy ulicznych lamp tak wyraźnym, że można było o północy czytać książkę, a zakochani i kieszonkowcy czuli się nieswojo.

Antiochia była, przynajmniej według jej mieszkańców tym, czym Aleksandria i Damaszek tylko być próbowały: prawdziwą stolicą Wschodu.

Starożytny pałac królewski Seleucydów, na uroczej małej wysepce uformowanej przez rzekę w północnej części miasta, był teraz rezydencją namiestnika Syrii, prokonsula Lucjusza Witeliusza. Dwaj wartownicy w zbrojach stojący przy głównej bramie wyglądali jak posągi, ale myśleli o ambubalae, dziewczynach grających na flecie w tawernach za kolumnami.

Mały statek czekał przy nabrzeżu należącym do pałacu. Na jego pokładzie rozmawiała szeptem grupka rzymskich oficerów w brunatnych tunikach. Ich dowódcę zaproszono do pałacu, co nie było dobrym znakiem. Młodsi oficerowie mieli nadzieję na kilka nocy pełnych uciech – pod tym względem żadne miasto nie dorównywało Antiochii – a starsi martwili się o swoje kariery, mniej lub bardziej powiązane z karierą dowódcy.

W poczekalni gabinetu prokonsula służbę pełnił trybun Warron. Myślał o dziewczynie imieniem Fulwia, w Pompejach, tysiące kilometrów stąd, i próbował ocenić szanse, czy jest mu jeszcze wierna. W jego mniemaniu były dość niewielkie.

Kleon, mały otyły majordomus, wszedł, mamrocząc, że musi się widzieć z jego ekscelencją.

– Jego ekscelencja jest zajęty – odparł Warron.

Kleon wygładził fałdy swojej żółtej szaty. Wyglądał na przygnębionego.

– Lista gości na wieczorny bankiet – wymamrotał. – Ekscelencja zawsze chce ją podpisać osobiście… Wiesz o tym. Ranga, miejsce, wszystko. Co mam zrobić?

– Zaczekać – rzekł obojętnym głosem Warron. – Albo przyjść później.

Majordomus ściągnął pełne usta.

– Wielki trybun mówi oficjalnym tonem – stwierdził. – To oznacza, że u ekscelencji jest ktoś ważny. Tym gorzej.

– Dlaczego? – Nawet rozmowa z tym oliwkowym antiocheńskim trzmielem była lepsza od rozmyślań o Fulwii.

– Ponieważ ważni goście siedzą dłużej, szlachetny trybunie. Poza tym może się zdarzyć, że jego ekscelencja zaprosi gościa na bankiet, a wtedy moja lista zostanie wywrócona do góry nogami.

– Sądzę, że to mało prawdopodobne – odrzekł sucho młody oficer.

– Aha, czyli ważny gość nie cieszy się względami? Ciekawe, kto to może być. Na pewno żaden z tych ormiańskich dostojników – oni wszyscy mają być na bankiecie. Czy nie jest to przypadkiem wielki tetrarcha?

– Nie bądź idiotą, Kleonie. Herod ma dość rozumu, by nie przychodzić do jego ekscelencji po tym, jak… nieważne.

Majordomus delikatnie poprawił jeden z loków sterczących z jego wielkiej głowy jak drobne czarne kwiaty.

– Z nim nigdy nie wiadomo – mruknął, nie precyzując, czy ma na myśli tetrarchę czy jego ekscelencję.

Warron zmarszczył swój wyrazisty rzymski nos.

– Za dużo pomady na tym, co nazywasz swoją głową – rzekł – a za mało rozumu w środku. Gdyby był tu Herod, wystawilibyśmy straże, prawda? A poczekalnia byłaby pełna jego ludzi, trajkoczących jak sześć tuzinów małp. To prokurator Judei. Jesteś teraz zadowolony?

– Inny dostojnik! – Oczy Kleona rozszerzyły się. – Ale wtedy na pewno, na pewno jego ekscelencja zaprosi tamtego na obiad. Zawsze tak robi. Gdzie ja go wtedy posadzę? Przy Ormianach… i tych wszystkich ważnych damach. Co mam robić? Gdybym tylko wiedział…

– Zamilcz. – Warron zmarszczył brwi. – Usłyszą cię tam, jeśli będziesz tak zawodził. Powiedziałem ci, że on nie zostanie, prawda? W każdym razie nie w pałacu.

Majordomus uniósł brwi.

– Kłopoty – rzekł cicho.

– Mniejsza o powód. – Młody trybun miał niejasne wrażenie, że powiedział za dużo.

– W Judei zawsze są kłopoty – mruknął Kleon. – Żydzi to trudny naród. My, Syryjczycy, dobrze o tym wiemy. Bardzo trudny i uparty. Z Judei nigdy nie przyszło nic dobrego i nigdy nie przyjdzie.

Zza ciężkich podwójnych zasłon dobiegł ich ostry i czysty dźwięk dzwonka. Warron odwrócił się szybko i unosząc ozdobny brokat, wszedł do dużego, prostokątnego pokoju, którego prokonsul używał jako gabinetu.

Drogie dywany z Persji i Arabii zostały ułożone w taki sposób, że pozostawiały szerokie przejście z zimnego nagiego marmuru, prowadzące prosto do stołu namiestnika.

Warron zasalutował.

Prokonsul Lucjusz Witeliusz uprzejmie skinął głową.

– Chcę, by przyszedł tu legat Marcellus, jeśli można.

– Tak, panie. – Warron znów zasalutował, otrzymując w odpowiedzi kolejne przyjazne skinienie, odwrócił się i znikł za zasłonami.

– Z rodu Warronów z Umbrii – wyjaśnił Witeliusz. – Jego ojciec był prefektem jazdy dwudziestego szóstego legionu, a matka, Licynia, prawnuczką Krassusa.

– Marcellus – powiedział namiestnik Judei, odkładając na bok kwestię koligacji Warrona. – Czy on ma być moim następcą?

Witeliusz patrzył na bladą, pobrużdżoną twarz, wodniste, podpuchnięte oczy, zgorzkniały wyraz ust. Ma dopiero sześćdziesiąt trzy lata, pomyślał, jest zaledwie o piętnaście lat starszy. Czy ja też będę tak wyglądał w jego wieku? Niech bogowie mnie bronią.

– Tak – odrzekł spokojnie.

– Ale pomyśl tylko, ten człowiek nie ma żadnego doświadczenia. Przyjechał z Rzymu niecały rok temu…

– Przyjechał ze mną – przerwał mu Witeliusz jedwabistym głosem, a namiestnik podniósł wzrok z uczuciem nagłego przestrachu.

– Nie chciałem…

– Oczywiście, że nie.

– Chciałem tylko powiedzieć, że nie ma doświadczenia z Żydami. Syria to nie Judea.

– Już mi to kiedyś mówiłeś.

Namiestnik wyprostował się na krześle.

– Doskonale wiem, że popełniłem parę błędów – powiedział. – Jak każdy, sądzę, kto ma do czynienia z najbardziej niepojętym narodem na świecie. Nigdy nie oglądamy wnętrz żydowskich domów, chyba że podczas wojny, i żaden Żyd nie korzysta z naszej gościnności. Jesteśmy nieczyści. Oni naprawdę w to wierzą. My jesteśmy nieczyści…

– Mój przyjaciel Agrypa w Rzymie sporo mi opowiadał o ich wierzeniach i zwyczajach – rzekł Witeliusz.

– Oczywiście. Tylko o tym wspomniałem, bo to nie ułatwia sprawy, prawda? Mamy z nimi wyłącznie oficjalne stosunki, które sprowadzają się głównie do wysłuchiwania skarg.

– Powinieneś się cieszyć, że się od tego uwolnisz.

– Cieszyłbym się, Witeliuszu, na pewno, gdyby nie… okoliczności mojej dymisji.

– Wiesz, że nie mogę okłamywać cesarza – odparł Witeliusz, wzruszając ramionami. – Nie stać mnie na takie ryzyko. A przyznaję, że prawda nie brzmi najlepiej.

– Pokaż mi ten raport, Witeliuszu…

– Wiesz doskonale, że nie mogę.

– Ale jak mam się bronić przed cesarzem, jeśli…

– Przyjacielu, jesteś w służbie dłużej niż ja, powinieneś wiedzieć, że będziesz miał szanse się bronić… oczywiście jeśli cesarz nie postanowi inaczej. Nie mogę przewidzieć, co zrobi Tyberiusz, prawda? Postaraj się być w porządku.

– Prosisz mnie, żebym był w porządku. – Namiestnikowi drżała warga. – A czy jest w porządku wysyłać mnie do Italii pierwszym lepszym statkiem…

– Tetyda jest znakomitym statkiem. Trochę starym, ale wciąż zdatnym do żeglugi.

– Znam ten statek, Witeliuszu. Przypłynąłem nim tutaj, a raczej do Cezarei, jedenaście lat temu. Jedenaście lat wśród Żydów.

– Nienawidziłeś ich, prawda? – Piękne, wypielęgnowane palce prokonsula zaczęły się bawić dzwonkiem, uroczym cackiem, które podarował mu król Artabanus. Nie zrobiono go jednak w Partii, tylko w Chinach, Kraju Jedwabiu. Znacznie przyjemniejszy w użyciu niż indyjskie gongi. – Może to jest prawdziwy powód, dla którego nigdy ci się z nimi nie układało. Nienawiść jest złym doradcą. Pozwalałeś im, by urażali twoje uczucia, denerwowali cię, a potem wyrażałeś swoją wściekłość przez pochopne działania, jak ta nieszczęsna sprawa samarytańska sześć tygodni temu.

– Wiedziałem, że tak będzie – odparł z goryczą prokurator. – Poskarżyli się, oczywiście, przeklęte dranie. Złożyłem ci szczegółowy raport odnośnie tej sprawy. Wiesz, że zawsze mamy tego typu kłopoty. Jakiś człowiek, na wpół obłąkany od studiowania starych zwojów, postu i modlitwy, wpada na pomysł, że musi zbawić naród… zbawić od czego? Oczywiście od płacenia podatków i od okupantów. Od nas. Ale za każdym razem ubierają to w religijną szatę, nawet jeśli napadają na karawany. Rabunek, uchylanie się od podatków, małe osobiste ambicje, wszystko dzieje się pod flagą religii i jest ostatecznie skierowane przeciw nam. Twoi Żydzi i twoi Samarytanie są pod tym względem dokładnie tacy sami. Jakiś idiota – nawet nie znamy jego imienia – powiedział im, by weszli z nim na górę Garizim. Miał im tam pokazać święte naczynia używane przez Mojżesza. Podobno prorok zakopał je na tej górze. Niezła bajka! Ale mu uwierzyli, zebrali się, cztery lub pięć tysięcy silnych i uzbrojonych mężczyzn, Witeliuszu, kompletnie uzbrojonych.

– Tylko niektórzy – wtrącił sucho Witeliusz.

Namiestnik nie zwrócił na to uwagi.

– Otrzymałem raport, że idą w stronę Jerozolimy, że są gotowi zabijać… fanatycy religijni. Gdybym to zlekceważył, doszłoby do rozlewu krwi i w Samarii, i w Judei, a ja miałbym później mnóstwo kłopotów.

– To prawda – rzekł Witeliusz. – Niestety.

– Postanowiłem zdusić to w zarodku – ciągnął namiestnik. – Spotkałem ich na drodze marszu i rozgromiłem. Mieli kilkuset zabitych…

– Tysiąc stu czterdziestu sześciu – sprecyzował Witeliusz. – Całkiem sporo martwych Samarytan.

– Nie było ich aż tylu.

– Przykro mi – rzekł chłodno Witeliusz – ale było.

– Okłamali cię, oczywiście.

– Oczywiście. Zgłosili ponad dwa tysiące zabitych. Miałem jednak raporty moich własnych agentów, przyjacielu. Może nie jestem zbyt długo w tym kraju, lecz doświadczenie można zdobywać także gdzie indziej. Nie zadałeś sobie wiele trudu, by się dowiedzieć, co się dzieje, po prostu ich zmasakrowałeś. Między Samarytanami i Żydami nie ma wielkiej miłości, jak wiesz, w rzeczy samej ich wzajemna wrogość jest przysłowiowa, ale nawet w Jerozolimie nie podobało się to, co zrobiłeś.

Namiestnik uśmiechnął się posępnie.

– Kajfasz ci tak powiedział, prawda? Nie, nic nie mów. Wiem. Znam Kajfasza. A gdybyś znał go tak dobrze, jak ja, pomyślałbyś też to, co ja – że Kajfasz maczał w tym palce.

– Ale czemu – spytał Witeliusz – żydowski arcykapłan miałby to robić?

– Żeby wpędzić mnie w kłopoty, oczywiście. Zawsze mnie nienawidził. Pewnie dziesiątki razy skarżył się tobie na mnie. Mógł pomyśleć, że byłoby dobrze, gdyby tym razem poskarżyli się Samarytanie. Ten człowiek jest urodzonym intrygantem, Witeliuszu.

– A czego innego można się po nim spodziewać? – zapytał prokonsul. – Chyba nie sądzisz, że będzie nas kochał? Gdybyś trochę lepiej znał się na polityce, nauczyłbyś się wyłączać osobiste uczucia. Z takimi ludźmi można sobie poradzić. A tobie się udało popsuć stosunki z nim, z całym Sanhedrynem, z mieszkańcami Judei, a teraz także z Samarytanami. To już trochę za wiele. Czy nie rozumiesz, człowieku, że wrogość między Żydami i Samarytanami była nam bardzo na rękę? Zawsze mogliśmy grać jednymi przeciw drugim. Sam cesarz uczył nas tego wiele lat temu, kiedy był dowódcą szkoły wojskowej. Dziel i rządź. Ty ich praktycznie zjednoczyłeś – przeciw nam. Twoje wspaniałe zwycięstwo pod Garizim przysporzy mi mnóstwo pracy.

Teraz namiestnik potrafił już sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała relacja Witeliusza złożona Tyberiuszowi. Zaczęły mu drżeć ręce i ku swemu przerażeniu nie potrafił tego powstrzymać.

– Witeliuszu – zaczął niepewnym głosem – powiedz cesarzowi, jeśli czujesz, że tak trzeba, by mnie odwołał i wysłał innego, młodego człowieka albo nawet Marcellusa, na mojego następcę. Ale nie odsyłaj mnie tak, jak mówiłeś, to… taka hańba po tylu latach służby. – Zacięte usta nie były stworzone do błagań, masywna szczęka nie pasowała do człowieka użalającego się nad sobą.

– Witeliusz – rzekł Witeliusz – mógłby się na to zgodzić. Prokonsul Syrii nie może.

Prokurator Judei zamknął oczy. Przez jedną szaloną chwilę pomyślał, by otwarcie się sprzeciwić swojemu przełożonemu. Takie rzeczy już się zdarzały… choć rzadko, bardzo rzadko kończyły powodzeniem. A on nie miał dość materiału, by go użyć przeciw temu grzecznemu, czarującemu mężczyźnie, który potrafił z uśmiechem wydać wyrok śmierci. Witeliusz miał poza tym wielu przyjaciół na cesarskim dworze, jego syn Aulus towarzyszył Tyberiuszowi na Capri, przystojny chłopak, jak mówili, nawet zbyt przystojny. Mimo wszystko, gdyby tak zaryzykować…

Witeliusz jakby czytał w jego myślach.

– Od tej chwili uważaj się za zawieszonego w obowiązkach – odparł chłodno. – Dam ci honorową eskortę do portu. Możesz dotrzeć do Seleucji jeszcze dziś przed zachodem słońca. Mam tam mały statek, Melitę, który zabierze cię do Cezarei. Wysłałbym ciebie prosto do Italii, ale port w Seleucji nie jest jeszcze przystosowany do przyjmowania dużych statków. To kolejna rzecz, którą muszę się zająć. Tetyda wypływa z Cezarei w trzy dni po twoim przybyciu.

Namiestnik mruknął coś o niestosownym pośpiechu.

Witeliusz uśmiechnął się. Nie odpowiedział.

Warron wszedł i zasalutował.

– Legat Marcellus, panie.

– Niech wejdzie.

Legat był potężnym rumianym mężczyzną w mundurze sebasteńskiej jazdy. Jego miecz dźwięczał, a ciężkie sandały stukały o nagą marmurową posadzkę. Prokurator skrzywił się.

– Jaki użyteczny system – rzucił lekko Witeliusz. – Zawsze wiesz, kiedy ktoś idzie. Nikt nie może się do mnie podkraść.

Legat zasalutował sztywno.

– Drogi Marcellusie – rzekł uprzejmie Witeliusz – to jest Poncjusz Piłat, były prokurator Judei. Popłynie dziś z Seleucji do Cezarei, a stamtąd Tetydą do Neapolu. Powierzam ci jego… bezpieczeństwo.

– Chętnie je zapewnię, panie – odparł flegmatycznie legat.

– To dobrze. Wyprawisz go w podróż w Cezarei. Czy Pizon dał ci moje pisemne instrukcje?

– Tak, panie. Wszystko jest w najlepszym porządku.

– Miło nam to słyszeć. Drogi Poncjuszu, obawiam się, że muszę cię teraz przeprosić… Następnym razem spotkamy się pewnie na naprawdę dobrym przedstawieniu w Circus Maximus.

Poncjusz Piłat wstał.

– Przykro mi, Marcellusie, że zaczynasz swoje nowe obowiązki jako mój strażnik. Witeliuszu, myślę, że powinienem ci dziękować, że oszczędziłeś mi łańcuchów. Życzę powodzenia z Kajfaszem. Będziesz tego potrzebował. – Wyszedł, nie bez godności, a Marcellus na skinienie przełożonego podążył hałaśliwie za nim.

Załatwione, pomyślał Witeliusz. Miał trochę wątpliwości, jak Tyberiusz przyjmie tego człowieka. Cesarz nigdy nie był wzorem cierpliwości, a teraz, w wieku prawie siedemdziesięciu dziewięciu lat, stał się najbardziej zrzędliwym i popędliwym starcem między Persją i Brytanią. Niektóre listy młodego Aulusa nie brzmiały zbyt wesoło. Jeśli Piłat będzie miał szczęście, zostanie zesłany do jakiegoś zapomnianego przez bogów miejsca, może na Pandatarię albo do małego miasteczka w Galii lub Hiszpanii. Załatwione. Teraz można napisać do Wysokiej Rady Samarytan. Może napomknąć, że nieprzemyślana akcja byłego namiestnika wynikła z tego, że za bardzo zawierzył pewnym żydowskim źródłom, co oczywiście nie usprawiedliwia działania, z którego będzie musiał się teraz tłumaczyć przed samym cesarzem. Prokonsul Syrii podjął w każdym razie bardzo szybkie kroki. Dostojnicy Wysokiej Rady Samarytan powinni być zadowoleni.

A co do żydowskiego arcykapłana, może warto byłoby dokładnie przejrzeć jego akta. Witeliusz sięgał już po dzwonek, kiedy wszedł Warron.

– Goniec cesarski, panie.

Prokonsul stanął sztywno na baczność, kiedy mężczyzna wszedł do gabinetu. Purpurowa tunika, barwiona purpurą skórzana torba ze srebrnym orłem cesarskim – to nie była zwykła poczta państwowa, to był list od samego cesarza, z wielką pieczęcią. Wziął go, ucałował ceremonialnie i podpisał pokwitowanie odbioru, które podsunął mu kurier.

– Później z tobą porozmawiam – rzekł z uśmiechem. – W międzyczasie zajmie się tobą trybun Warron.

– Dziękuję, panie.

Gdy Witeliusz został sam, zważył zwój w rękach. To mogło być wszystko. Wyrok śmierci na niego, choć wydawało się to mało prawdopodobne po tym, co usłyszał od swoich przyjaciół na dworze. Byłyby jakieś sygnały ostrzegawcze. Coś związanego z Aulusem? Może. Albo też wpłynęła jakaś skarga? Nonsens, Wysoka Rada Samarytan poskarżyła się jemu, nie cesarzowi, a gdyby napisali także do starego człowieka, nie dostałby nawet jeszcze ich listu, nie o tej porze roku.

Lubił czasami tak się dręczyć, jego palce bawiły się cesarską pieczęcią, a umysł wędrował od jednej możliwości do drugiej, kolejno ich próbując. Wiadomość, że dostanie świeże oddziały wojska; że odbiorą mu jego oddziały, by użyć ich gdzie indziej? Takie rozkazy przychodziły zwykłymi kanałami. Pochwała? Awans? Nie od Tyberiusza.

Zrobił przynajmniej jedną wielką rzecz dla starca, odkąd przejął Syrię: zawarł przymierze z królem Partów. Musiał użyć wszelkich możliwych chwytów i paru dodatkowych, by dojść do porozumienia z tym węgorzem na dwóch nogach, ale mu się udało i spotkali się, genialnie pomyślane, na środku mostu na Eufracie, granicy między terytorium Rzymu i Party. Teren rzymski podlegał ograniczonej władzy tetrarchy, Heroda Antypasa, szczwanego lisa, a ten oczywiście chciał grać rolę gospodarza. Kazał postawić na moście srebrny namiot, który musiał sporo kosztować; niewolnicy w liberiach Heroda, wystawny bankiet – udało mu się nawet zdobyć trochę lodu do chłodzenia wina i owoców. To było wielkie przedstawienie Heroda, Witeliusz się nie wtrącał. W końcu, jeśli Herod chciał wydać swoje pieniądze, tym lepiej dla funduszu rzymskiej administracji. Poza tym zawsze było dobrą polityką negocjowanie traktatu raczej po bankiecie niż przed nim.

Negocjacje zakończyły się głośnym sukcesem. Partowie posunęli się nawet tak daleko, że złożyli uroczysty pokłon przed posągiem cesarza, rzecz dotąd niesłyszana w stosunkach Partii z Rzymem. Wszystko zostało podpisane i opieczętowane w kilka godzin.

Witeliusz spał potem snem sprawiedliwego. A następnego dnia wrócił do Antiochii, by napisać raport.

W parę miesięcy później przyszedł list taki jak ten. Zawierał tylko dwa wiersze: „Wszystko, co mi napisałeś w raporcie o traktacie z Partami, wiedziałem już od swojego przyjaciela Heroda”.

Lis musiał wydać majątek, by jego raport dotarł na Capri przed oficjalnym, ale widocznie było to tyle warte. Teraz cesarz nazywał go swoim przyjacielem i nie podziękował nawet słowem prokonsulowi Syrii. List był oficjalnie naganą za opieszałość. Kryło się jednak za tym dużo więcej i nietrudno było zgadnąć co. Herod przedstawił całą sprawę jako swoje dokonanie, poradził sobie ze wszystkim, Lucjusz Witeliusz zrobił tylko to, co on mu kazał…

Witeliusz nigdy oczywiście nie wspomniał o tym Herodowi. Lis łatwo by się z tego wyłgał. „Skąd mogłem wiedzieć, że raport oficjalny nie dotrze w tym samym czasie co mój, jeśli nie wcześniej? Byłoby chyba nieuprzejmością, gdybym sam też nie napisał? Wyraziłem w nim najwyższe uznanie dla twojej zręczności dyplomatycznej, lojalności i mądrości, możesz być pewny”. Przeklęty Lis. Król Wszystkich Lisów.

– Któregoś dnia dopadnę także ciebie – rzekł głośno Witeliusz. Zacisnął palce na zwoju. Zwój. Jeszcze nie otworzył cesarskiego listu. Ile razy myślał o Herodzie, zapominał o wszystkim innym – on, który pół godziny wcześniej pouczał starego Poncjusza Piłata o konieczności wyłączenia emocji…

Ta myśl go rozbawiła. Złamał pieczęć, rozwinął pergamin o pozłacanych brzegach i pierwszą rzeczą, jaką zauważył, było imię Heroda.

– Nie – rzekł cicho. – Nie. Nie. To niemożliwe. – Potem przeczytał list.

„Tyberiusz cezar august do prokonsula L. Witeliusza, namiestnika Syrii, z pozdrowieniami!

Mój przyjaciel tetrarcha Herod Antypas przypomniał mi o złu, jakie wyrządził jemu i jego królestwu arabski rozbójnik nazywający siebie Aretasem królem Petry. Schwytaj Aretasa i prześlij mi w łańcuchach. Jeśli ci się nie uda, prześlij mi jego głowę”.

Witeliusz przygryzł wargę. Jeszcze sam nie zdążył się zemścić, a teraz musiał wygrać wojnę dla Heroda, absurdalną wojnę wywołaną przez jego własną lubieżność. Siedem lub osiem lat temu Herod poślubił córkę Aretasa. Potem jednak zakochał się w żonie przyrodniego brata, Herodiadzie, która szybko zostawiła dla Lisa własnego idealnego męża. Młoda arabska księżniczka domyśliła się, że zostanie porzucona, więc postanowiła nie czekać na takie upokorzenie i wróciła do ojca. Rozwścieczony Aretas zmobilizował swoją armię. Herod też, ale był dość mądry, by nie dowodzić nią osobiście. Przy pierwszym starciu herodiańskie wojsko rozpierzchło się na wszystkie strony z wyjątkiem tej, gdzie był wróg, i Aretas zajął spory pas terytorium Heroda. I tak to się zaczęło.

Przez pewien czas nic więcej się nie wydarzyło. Teraz jednak, gdy Herod upewnił się, że Tyberiusz go lubi, wykorzystał to w pełni i prokonsul zarządzający Syrią okazał się dość dobry, by wykonać dla niego brudną robotę.

Warron stanął w drzwiach i Witeliusz od razu się odprężył.

– Tak, synu, co się stało?

– Majordomus czeka za drzwiami, panie… już dość długo. Chce się z tobą widzieć w sprawie listy gości na wieczorny bankiet.

– Oczywiście – rzekł Witeliusz. – Niech wejdzie. Aha, przy okazji – chcę, by legaci Priskos i Trebeliusz stawili się tu jutro rano ze swoimi oficerami. Trybun Pizon też.

– Tak, panie – odrzekł Warron, uchylając zasłonę, by Kleon mógł wejść.

Majordomus wtoczył się rozpromieniony.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Posłaniec Króla.