Posłaniec Króla. Rozdział ósmy

Po pół godzinie było już ciepło, po godzinie gorąco i słońce paliło ich bez żadnej osłony.

– Tam! – wykrzyknął nagle Aszab, wskazując coś włócznią. – Tam są.

– Nic nie widzę – odparł Kasjusz.

– Wygląda jak mała chmura, ale to kurz. Nie ma go wiele, bo to tylko mała karawana.

Miał rację.

– Nareszcie – rzekł Kasjusz.

– Co z twoim planem? – zapytał Aszab.

– Najpierw musimy podjechać bliżej – odpowiedział Kasjusz.

Jechali dalej. Po chwili chmura kurzu zmieniła się w coś w rodzaju gąsienicy, wijącej długie ciało o licznych odnóżach przez wydmy, kurczącej się przy podejściach i rozciągającej po przejściu przez łagodne zbocze. Włócznie strażników świątyni lśniły w słońcu, tak jak ich hełmy i zbroje.

– Bliżej – rzekł schrypniętym głosem Kasjusz. – Jeszcze bliżej. Zbierz swoich ludzi, Aszabie.

Arab posłuchał i pojechali dalej małą zwartą grupą.

– Wystarczy – stwierdził Kasjusz. – Utrzymajcie przez chwilę tę odległość. Wrócę za kilka minut. – Spiął konia i po chwili zrównał się z karawaną.

Strażnicy oczywiście go spostrzegli i gdy jeden z dwóch oficerów się odwrócił, zobaczył także grupę jadącą za nimi w odległości kilkuset metrów. Kasjusz widział jego wahanie i uśmiechnął się chłodno. Wiedział, co się dzieje w głowie oficera. Czy ma zignorować taką garstkę czy kazać swoim ludziom sformować szyk i skierować go przeciw potencjalnej bandzie rozbójników? Ryzyko zasadzki na otwartej przestrzeni i tak blisko miasta było jednak znikome, a w bezpośredniej walce mała grupka nie miała szans. Oficer wyciągał szyję, rozglądając się. W zasięgu jego wzroku nie było innych jeźdźców. Nie wydał rozkazu.

Kasjusz lustrował wzrokiem karawanę spod kaptura szerokiego białego płaszcza. Dziesięciu strażników na wielbłądach jechało w straży przedniej. Dalej czterech mężczyzn na osłach, dobrze ubranych, brodatych, z inteligentnymi twarzami. Prawdopodobnie pisarze lub urzędnicy świątyni. Dalej jeden samotny jeździec, też na ośle, ale jednym z tych szybkich, pięknych osiołków hodowanych w Arabii. Był młody, mniej więcej w wieku Kasjusza. Za nim, w pewnej odległości, jechało dwóch oficerów, dalej sześciu strażników, a potem kolumna objuczonych osłów poganianych przez niewolników. Kolejnych ośmiu strażników tworzyło straż tylną.

Tylko jeden z tych mężczyzn mógł być Szawłem z Tarsu. Kasjusz znów mu się przyjrzał. Po trzydziestce. Niewysoki, delikatny, drobnokościsty, blady… bardzo blady. Spuszczone oczy, zatopiony w myślach. Ubrany w czarną szatę z frędzlami noszoną przez faryzeuszy. To był Szaweł. To była jego ofiara.

Kasjusz nie mógł oderwać oczu od nienawistnego widoku wyniosłej twarzy. Nawet z tej odległości wyczuwało się bezgraniczną pewność siebie tego człowieka. Szaweł z Tarsu, sędzia. Szaweł z Tarsu, egzekutor Bożej sprawiedliwości, nieubłagany jak śmierć.

Z czoła karawany dobiegł okrzyk. Jeden ze strażników wymachiwał włócznią, coś nią wskazując.

Oficer przedniej straży uniósł dłoń, by osłonić nią oczy. Uśmiechnął się i dał karawanie znać, by się zatrzymała. Z wysokości swojego wielbłąda skinął na samotnego jeźdźca na białym ośle i coś mu tłumaczył. Szaweł z Tarsu też wpatrywał się w horyzont.

A tam, jak miraż, wyrastało na dalekiej równinie miasto, białe i perłowoszare, z murami i wieżami, otoczone wieńcem świeżej zieleni jak naszyjnikiem za szmaragdów – Damaszek.

Szaweł z Tarsu skinął głową i ruszył dalej. To samo na znak oficera uczyniła cała karawana.

Kasjusz zawrócił konia i podjechał do swojej grupy, która utrzymywała stałą odległość. Spojrzał na Aszaba.

– Kiedy dam znak – rzekł chłodnym głosem – zaatakujemy ich z lewej strony. Jest wśród nich jeździec w czarnej szacie, jedyny tak ubrany. Jedzie na najlepszym ośle, tym białym. To mój człowiek. Podjadę wprost do niego. Ty, Aszabie, będziesz się trzymał blisko mnie. Trzech twoich ludzi ma pilnować lewej flanki, czterech pozostałych prawej. Niech konie rżą, by zrobić zamieszanie. Jak tylko zabiję tego człowieka, pojadę dalej w tym samym kierunku, a ty i twoi ludzie za mną. Nie zabijajcie nikogo więcej, jeżeli da się tego uniknąć, tylko wymachujcie bronią i odparowujcie ich ciosy, o ile w ogóle będą. Powinno być po wszystkim, zanim zdążą cokolwiek zrobić. Powtórzcie, co wam powiedziałem, żebym miał pewność, że nie będzie żadnych nieporozumień.

– Kiedy dasz znak – powtórzył Aszab – zaatakujemy z lewej flanki. Ja będę przy tobie, trzech moich ludzi na lewo i czterech na prawo od nas. Mamy sprawić, by konie rżały, i pozorować walkę. Nikogo nie zabijać, jeśli nie musimy. Jak tylko zabijesz swojego człowieka, pojedziemy dalej w tym samym kierunku.

– Dobrze – pochwalił go Kasjusz. – Musimy jeszcze trochę zaczekać, aż miną te wydmy przed nami. Kwadrans, może nieco dłużej. Potrzebujemy płaskiego terenu, a ten powinien być trochę dalej. Jedźcie za mną i czekajcie na mój znak.

***

Karawana mimo upału poruszała się teraz trochę szybciej. Nie tylko ludzie, zwierzęta też czuły, że zbliżają się do końca długiej podróży.

Tylko Szaweł pozostał nieporuszony. Przed nim nie było miasta lśniącego w swym przepychu w promieniach słońca ani końca podróży i czasu na odpoczynek, tylko miejsce, gdzie miał zabijać jadowite żmije i gdzie rozwijał się wrzód, który musiał przeciąć swoim nożem.

Nie było kraju na świecie, gdzie nie zabijano mordercy. Ale morderca zabijał tylko ciało swojej ofiary. Co zatem należy zrobić temu, kto zatruwa i zabija duszę drugiego człowieka? To była zbrodnia tych, którzy wynieśli na Mesjasza człowieka powieszonego na krzyżu. Jak odpowiedziałby na to Szczepan?

Szaweł zmarszczył brwi. Znów zadawał sobie pytanie, co powiedziałby Szczepan. Ale mózg Szczepana już się rozkładał, a jego bluźniercze usta zostały na zawsze zamknięte. I dlatego musiał umrzeć każdy mężczyzna i każda kobieta prowadzący innych tą ścieżką, drogą wiodącą do zniesienia Prawa, nie do jego wypełnienia, jak woleli myśleć – jeżeli można to nazwać myśleniem – lecz do bezprawia i zniszczenia wybranego narzędzia, narodu wybranego Pana.

Nie uwierzyłeś mi, Szczepanie, kiedy ci to mówiłem. Do ostatniego oddechu wykrzykiwałeś swoje bluźnierstwa, do ostatniej chwili myślałeś – jeżeli można to nazwać myśleniem – że to ty trzymasz klucze do prawdy. Gdzie jesteś teraz, Szczepanie? Czy Pan obrócił twoją duszę w kamień w miejscu zatracenia? Ja nie będę się nad tym zastanawiał. Niech Bóg broni, bym przez ciebie zaczął myśleć o rzeczach niemiłych Panu, którego Prawa bronię.

Nie możesz mieć racji, Szczepanie. To niemożliwe byś miał rację. Mesjasz nie mógł zawisnąć na krzyżu. Mesjasz nie mógł cierpieć. Mesjasz przyjdzie, i proszę Boga, by to się stało za mojego życia, w chwale, książę Wiecznego Pokoju, poprzedzony przez Eliasza, tego Eliasza, który w swoim czasie podróżował tą samą drogą na rozkaz Pana. „Idź – rzekł do niego Pan – wracaj twoją drogą ku pustyni Damaszku”. I jak Eliasz mogę powiedzieć: „Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze”. Nie wszyscy, nie, nie jest tak źle jak wtedy, gdy zostało tylko siedem tysięcy tych, którzy nie chcieli się pokłonić Baalowi. A ja dopilnuję, by znów się tak nie stało. Tylko garstka pokłoniła się fałszywemu Mesjaszowi. Nie trzeba Eliasza, Szaweł to uczyni. Oczyszczę miasta i miasteczka, jedno po drugim, oczyszczę prowincję i sprawię, by dojrzały umysły synów Izraela dla prawdziwego Mesjasza, który przyjdzie w chwale wyzwolić Twój lud, którego niezłomność będzie bardziej przerażająca dla jego wrogów, niż można sobie wyobrazić – czyż Henoch tego wyraźnie nie powiedział? I czyż Ezdrasz nie mówił, że ktokolwiek na niego spojrzy, zadrży pod jego wzrokiem, i gdziekolwiek dosięgnie jego głos, wszystko roztopi się jak wosk w słońcu?

Jak taki Mesjasz mógłby cierpieć? Jak mógłby umrzeć, i to najbardziej hańbiącą śmiercią na krzyżu? Sami to czuli, te nieoświecone dusze, i dlatego mówili o zmartwychwstaniu Nazarejczyka. Ale Nazarejczyk już nie żył, nie żył jak Szczepan, a Prawo Boże trwało, to Prawo, które zabiło Szczepana, kiedy próbował je ominąć.

Nazarejczyk nie żył. Ale jak mogłeś umrzeć z jego imieniem na ustach, Szczepanie, ty, rabbi, jak mogłeś? Powiedz mi, ty martwy człowieku – jeśli potrafisz!

Jak mogłeś przemienić tych mężczyzn i kobiety w to, czym są teraz – hardzi nawet pod biczem, niewypierający się nigdy tego strasznego błędu? Co im uczyniłeś, że stali się jak wojownicy za sprawę kłamstwa, gotowi rozlać krew tak jak ty? Twoje oczy patrzyły na mnie z ich twarzy, z twarzy starców i chłopców, dziewcząt i dojrzałych kobiet, ludzi chorych i tych silnych w kwiecie wieku? To ciebie muszę zmiażdżyć w każdym z nich, tak jak zmiażdżyłem twojego mistrza w tobie.

Nawet mi zrobiłeś coś strasznego, Szczepanie, i uczyniłeś to umierając. W tamtej chwili umarła jakaś cząstka mnie. Modliłeś się za mnie, Szczepanie. Mógłbym przebaczyć klątwę – ale jak mam przebaczyć modlitwę? W ostatniej sekundzie nie myślałeś o sobie, tylko o tych, którzy cię zabili, i wystąpiłeś jako ten, który się za nimi wstawia. W ten sposób odwróciłeś cały porządek rzeczy. Uczyniłeś oskarżonego sędzią, ofiarę zwycięzcą. Czy to miałeś na myśli, mówiąc o wypełnieniu Prawa? Czy wszystko ma być odwrotnością tego, co było? Czy słabość jest siłą, a siła słabością? Czy szaleństwo jest mądrością, a mądrość szaleństwem? Czy życie jest śmiercią, a śmierć życiem? Ale ty nie możesz mi odpowiedzieć, bo nie żyjesz, tak jak nie żyje twój mistrz…

Zawsze te same myśli, powracające jak skrzypienie drewna, jak bezsłowny jęk studni, wokół których ślepe woły ciągną swój kierat, godzina za godziną, dzień za dniem, bez nadziei, bez szansy ucieczki, na próżno próbując kopnąć, kiedy milczący nadzorca kłuje je ościeniem, by wykonywały wyznaczone im zadanie…

Czy te myśli kiedykolwiek ustaną? Gnębiły go na jawie i we śnie. Nie mógł ich powstrzymać ani słoneczny żar, ani chłód nocy.

Nagle zapadła cisza – taka, jakiej nigdy dotąd nie było. Zwierzęta stanęły jak wryte, i wielbłądy, i osły, a w głowach niektórych mężczyzn błysnęło przez ułamek sekundy niejasne wrażenie, które uformowało się w przerażającą myśl, że zaraz nastąpi trzęsienie ziemi.

Ale to nie było trzęsienie ziemi. Tylko cisza, tak intensywna, że obezwładniła ich umysły i odebrała ciałom zdolność poruszania się. Nawet bicie ich serc jakby ustało. Znieruchomieli, ludzie i zwierzęta, w chwili strasznego przeczucia. To było tak, jakby stanął cały wszechświat, słońce, księżyc i gwiazdy w ich orbitach.

Rozbłysło światło, ale to nie było światło, tylko ognista kula, która przysłoniła słońce i podziałała na nich z taką siłą, że nikt nie zdołał się utrzymać w siodle. Chwiali się i spadali, starając się osłonić oczy.

Szawła pochłonął świat ognia, który nie sprawiał bólu. Nie było pustyni ani miasta, wisiał w przestrzeni, jakby ta przestrzeń była szubienicą, zawieszony nad skrajem wszechświata, a ogień go trawił. Nic nie czuł. Tam, gdzie się znajdował, nie było grozy ani lęku.

Ale słyszał.

– Szawle – powiedział Głos. – Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?

Hebrajski. Nie aramejski. Starożytny język proroków i patriarchów, używany tylko przy czytaniu świętych Pism. Hebrajski.

Głosowi należało odpowiedzieć. Ale, jak Mojżesz na górze Synaj, Szaweł musiał zadać pytanie.

– Kto jesteś, Panie?

Ze światła nadeszła odpowiedź.

– Jestem Jeszua…

I teraz Szaweł zobaczył. Zobaczył człowieka, twarz mężczyzny wzniesionego do chwały Boga i ten obraz wypełnił jego umysł, który jednak nie mógł go pomieścić.

Zrozumiał w jednym mgnieniu, czym jest Piękno i czym jest Dobro, Czystość, Prawda i Pokój i nie zrozumiał w pierwszej chwili, co powiedział Głos:

– …którego ty prześladujesz.

Kiedy dotarły do niego te słowa, poczuł się jak wygnany, niczym drugi Adam, z ogrodu Bożej przyjaźni. Prześladować… Jego? Człowiek mógł zabić ojca i matkę, zgładzić własne dzieci, ale nie mógł nienawidzić Miłości i Czci i nadal pozostać człowiekiem.

– Trudno ci wierzgać przeciw ościeniowi – powiedział Głos.

Współczucie. Współczucie dla niego zamiast przekleństwa i kary. Szczepan zranił go swoim współczuciem. Jeszua go zabił. Nie żył. Szaweł nie żył. Nie Jeszua.

Drżąc, dygocząc, Szaweł poddał się śmierci – i w tym samym momencie narodził się na nowo. Usłyszał własny głos:

– Co mam czynić, Panie?

– Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić.

Światło zbladło i znikło. Wszelkie światło znikło. Zapadła nagle noc i była to noc bez gwiazd.

Gramoląc się z piasku, Szaweł próbował wstać, by okazać posłuszeństwo Głosowi. Zdołał się dźwignąć na kolana.

Otaczał go gwar głosów, które coś mamrotały i szeptały. Ktoś zapytał lękliwie:

– Co to było?

I drugi:

– Czy kogoś widziałeś? Na pewno ktoś do ciebie mówił. Słyszałem, lecz nie rozumiałem. Co powiedział?

Szaweł milczał. Niewidzialne ręce pomogły mu wstać.

cdn.

Louis de Wohl

Powyższy tekst jest fragmentem książki Louisa de Wohla Posłaniec Króla.